poniedziałek, 30 listopada 2015

23. Blizny...

Miał zadzwonić, kiedy wyląduje i opuści samolot. 
Nie zadzwonił, choć jest pewna iż już dawno jest na miejscu. Nie wie co myśleć, nie wie. Kocha go, naprawdę kocha. Kocha miłością dojrzałą, więc mu ufa, ufa bezgranicznie, jednak ta sytuacja, w której się znaleźli nie należy do najłatwiejszych. Zdecydowanie nie jest łatwa. Ani dla niego, ani dla niej. Jest zdezorientowana, jest zmartwiona. Z jednej strony już kilka razy zabierała się za to, by zadzwonić do niego, dowiedzieć się czy wszystko w porządku. Z drugiej, nie zdecydowała się na to. Dlaczego? Bo mu ufa? Przecież obiecał, że się odezwie. Jednak nie spełnił obietnicy... Nie spełnił, choć on jest słownym człowiekiem. A raczej był, do dziś...
***
Milczą jadąc do kliniki. Właściwie odkąd spotkali się na lotnisku zamienili ze sobą tylko kilka zdań. On chciał wiedzieć w jakim stanie jest Mark, więc jego partner odpowiedział na pytania. Teraz obaj milczą i to nie dlatego, że się nie lubią, bo właściwie nie mogą tego ocenić, nie znają się, ale dlatego, że sytuacja jest ciężka, rozmowa o niej również. Więc milczą.
***
Słyszy dzwonek do drzwi, kiedy maluje w pracowni. Nie idzie otworzyć. Na dole jest przecież jej mąż, bawi się z ich dziećmi. Wie, że wpuści on ich gościa. Nie słyszy kto postanowił wpaść, ale po chwili słyszy odgłos kroków. Tak jakby ktoś szedł na górę, po schodach. Wydaje jej się, że to Marco. Odwraca się w momencie, w którym drzwi do pracowni się uchylają. To faktycznie jest jej mąż:
-Skarbie przyszła Agnes.- informuje ją.
-Więc dlaczego nie przyszła tutaj?
-Nie wiem, została na dole z dziećmi. Prosiła, bym cię zawołał.
-Coś się stało? 
-Nie wiem, ale nie wygląda na okaz szczęścia.- twierdzi piłkarz.- Wezmę dzieci na plac zabaw, a wy może spokojnie porozmawiacie. 
-Zostańcie.
-Dzieci nie pozwolą jej na spokojną rozmowę z tobą. Przecież ją uwielbiają. Będą chciały się z nią bawić, a ona potrzebuje w tej chwili na pewno czegoś innego.- mówi do niej blondyn.
-No tak.- przyznaje brunetka.- Więc ten plac zabaw jest dobrym pomysłem.- przyznaje mu rację.- Wy idźcie, a ja posiedzę z naszą przyjaciółką i wyciągnę od niej co się dzieje.
-Myślę, że to ma związek z Rickym...
-Jestem pewna, że tak...
***
Śmieją się razem z Julie. Ona rozśmiesza małą, a dziewczynka robi takie miny, że i ona śmieje się serdecznie i nie może momentami przestać. Bawią się jak zawsze świetnie. Są same w ogrodzie rodziców Mario. Nikogo nie ma w domu. Dziadkowie małej pracują, natomiast jej tata jest na treningu. Emily tego dnia robi małej mnóstwo zdjęć, wyjątkowych zdjęć. Uwiecznia na nich jej miny, jej uśmiech, to jak się bawi, jak obserwuje z zaciekawieniem otoczenie. Uwiecznia wiele momentów. Momentów, które są wyjątkowe, które są wyjątkowe jak dziewczynka, którą się opiekuje. Emily jest w niej zakochana. Dziwnie to brzmi? Nie ma pojęcia kiedy to się stało, że tak bardzo przywiązała się do tej małej dziewczynki, kiedy tak mocno ją pokochała. To stało się spontanicznie. Tej małej istotki nie da się nie kochać, po prostu się nie da. 
***
-Lepiej?- pyta lekarz piłkarza.
-Tak, dziękuję.
-Będzie bolało, nie forsuj się. Myślę, że tydzień w zupełności wystarczy, by wznowić treningi. 
-Tydzień to długo...
-Wiem, że to dla ciebie kolejny cios, ale takie sytuacje się zdarzają, wiesz dobrze o tym. Gorsze się zdarzają...
-Wiem, ja po prostu...- wzdycha.- Nic, przepraszam... Pójdę do szatni się ubrać i pojadę do domu.
-To dobry pomysł.- Zgadza się lekarz.- Nie podnoś siłowo córeczki dobrze? Chociaż dwa dni. Uważaj. Zresztą jak to zrobisz, to odczujesz na pewno. To niby nic poważnego, ale dobrze się naciągnąłeś więc musisz spasować na kilka dni.
-Postaram się, ale z drugiej strony mojej córce trudno się oprzeć, jest taka kochana i słodka, że ciągle chcę ją mieć na rękach, nosić czy tulić...- uśmiecha się mówiąc te słowa.
-To tul ją na siedząco.- doradza lekarz.- Do zobaczenia jutro.
-Do jutra, dzięki.
***
-Co się dzieje Agnes?- pyta po prostu, bo smutek jej przyjaciółki jest widoczny, zresztą blondynka wcale nie stara się go ukryć.
-Nic... No właśnie nic...
-Nie rozumiem...
-Powiedział... Obiecał...- przerywa, bo może przesadza. Przecież nie oddzwonił, ale może coś mu się stało z telefonem czy coś innego, więc może jest na to wytłumaczenie, a ona może jest wariatką, która dorabia sobie jakieś fikcyjne historie, snuje domysły, a one nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
-Ricky?- pada pytanie.- Chodzi ci o niego, prawda?
-Tak.- spogląda na przyjaciółkę.- Poleciał, rozumiem go. Jednak miał się odezwać, miał zadzwonić, napisać... Dać znak życia zaraz po wylądowaniu. Milczy.- mówi.
-Nie napisał nawet?
-Nie.
-Próbowałaś dzwonić?
-Miałam w dłoni telefon kilkadziesiąt razy, ale nie nacisnęłam zielonej słuchawki. 
-Dlaczego?
-Bo pomyślałam sobie, że pomyśli iż jestem nadopiekuńcza... Może pomyśleć, że mu nie ufam, że chce go sprawdzać na odległość... Nie wiem już sama. 
-Myślę, że to, że się martwisz jest normalne...
-Wiem, ale... Ricky jest słowny, on zawsze jak obieca to tak jest. Tym razem nie był, nie jest... Przecież ten samolot wylądował już z dwie godziny temu, jak nie lepiej, pewnie jest już w klinice, pewnie go już mógł zobaczyć, bo jego partner miał być na lotnisku... 
-Agnes...
-Nie wiem co się dzieje, to jest najgorsze... Nie wiem co się teraz z nim dzieje, co przeżywa, nie mogę tam być...
-Wiesz, nie możesz panikować. Na pewno nic mu nie jest. Myślę, że po prostu zapomniał. Może spotkał od razu tego Sebastiana...
-Może...- Agnes bawi się nerwowo palcami.
-Jesteś niepewna, prawda?- pyta Natalie.
-Ja...
-Boisz się tej sytuacji. 
-Tak, boję się, ale to chyba nie jest niczym nadzwyczajnym.
-Nie jest, to normalne. 
-Ja po prostu nie wiem co myśleć... - patrzy na przyjaciółkę.- Kocham go, całą sobą. Ufam mu. Wiem, że on mnie również, wiem, że mnie kocha. Ale boję się, naprawdę. I jestem niepewna- nie jego uczuć, ale tego co poczuje w tej sytuacji, jak tam dotrze, jak będzie obok... Może przeszłość w niego uderzy, może uczucia wrócą, bo kiedy coś takiego się dzieje, takie tragedie, to uczucia wracają...
Natalie słucha przyjaciółki, słucha uważnie. Nie przerywa kiedy blondynka mówi, kiedy wyrzuca z siebie pojedyncze słowa, całe zdania, jak wyraża swoje obawy. Pozwala jej się wygadać, bo wie jak to jest ważne, jak ważne jest nie tłumienie w sobie żalu i obaw. 
***
W szpitalnym pokoju, w którym się znajdują nie jest zbyt przyjemnie. Od zawsze generalnie nie lubił szpitali. Nienawidzi tego zapachu, tej sterylności. Nienawidzi nawet tego lekko zielonego koloru, którym pomalowane są ściany, choć podobno zielony jest kolorem nadziei. W pomieszczeniu słychać pikanie monitora. Jest to jedyny dźwięk, który roznosi się po pokoju. Oni nic nie mówią. Ubrani w ochronne fartuchy, po prostu tam są. Sebastian przyprowadził go tam, miał wyjść, ale Ricky powiedział mu, że nie musi. Został. 
Mężczyzna, który leży na łóżku nie przypomina osoby, którą zna, którą kiedyś kochał. Twarz nie jest bardzo poparzona, właściwie Mark ma tylko lekko poparzony policzek, ale z boku, niedaleko ucha. Można powiedzieć, że miał szczęście, bo twarz wygląda dobrze. Niestety od szyi już nie jest tak dobrze. Oparzenia zaczynają się z prawej strony szyi, ciągną przez prawe ramię, plecy i klatkę piersiową po prawej stronie, brzuch, biodro, pośladek, biegną przez udo. Właściwie chłopak ma poparzoną prawą stronę ciała. W tym momencie na ranach jest specjalny krem, a na nim opatrunki. Ricky patrzy na śpiącego mężczyznę. Śpi, bo podano leki uspakajające. Ze śpiączki farmakologicznej wybudzono go na w drugiej dobie po wypadku. Nie mieli tego robić, ale sytuacja tego wymagała. Musieli.
-Śpi ponieważ dostał leki.- tłumaczy Sebastian.
-Wie, że miałem przylecieć?
-Nie, nie mówiłem mu. Postanowiłem, że lepiej będzie tego nie robić. Nie wiem czy chciałby, byś zobaczył w jakim jest stanie.- tłumaczy partner Marka.- Właściwie mnie też kazał wyjść, kiedy się obudził. Nie chciał, bym z nim siedział, patrzył na niego... Jednak nie wyszedłem, nie mógłbym go zostawić. Nie zrobię tego nawet gdyby sam mnie wyrzucał...- mówi chłopak, a Ricky patrzy na niego.
-Wiem, że go nie zostawisz.- twierdzi.- Nie zostawia się osób, które się kocha.
***
Nie zastaje nikogo w domu, kiedy wraca. Nie dziwi go to ponieważ Emily często wychodzi z jego córeczką. Chce mu się pić toteż kieruje się do kuchni. Wyciąga z szafki wysoką szklankę, po czym wlewa do niej odpowiednią ilość soku, następnie go wypija. Zastanawia się co będzie robił i w końcu kieruje się do salonu, siada na sofie, krzywiąc się odrobinę przy tej czynności ponieważ naciągnięty mięsień daje o sobie znać. Sięga po pilota od tv po czym włącza urządzenie. W telewizji nie ma nic ciekawego, w końcu ogląda powtórkę jakiegoś meczu. Spotkanie nie jest jakoś mega widowiskowe toteż momentami przysypia. 
***
Pojawiają się w domu w którym jest cicho. Emily ma na rękach śpiącą Julie, która zasnęła w drodze do domu i pomimo tego, iż blondynka przed momentem wyciągnęła ją z wózka i wzięła na ręce, dziecko nadal śpi. Opiekunka wie, że w domu jest szatyn, na to wskazuje jego samochód stojący na podjeździe. Kierując się w stronę schodów słyszy włączony telewizor więc zagląda do salonu. Zauważa go. Śpi na sofie. Widziała go już w różnych sytuacjach, ale śpiącego nie miała okazji. Patrzy przez chwilę na śpiącego chłopaka. Jego twarz jest spokojna. Oddycha równomiernie, jego klatka piersiowa rytmicznie unosi się i opada. I być może Emily wpatruje się w niego dłużej niż wypada...
***
Dzwoni jej telefon. Słyszy doskonale, ale nie biegnie bynajmniej by go odebrać. Właściwie zastanawia się gdzie go zostawiła. Potem przypomina sobie, że była u Natalie więc urządzenie musi być w torebce. Ma rację. Wyjmuje smartphona i sprawdza kim była osoba, która chciała się z nią skontaktować. Okazuje się, że to jej mężczyzna. Jej serce bije mocniej, bo w końcu się odezwał. Na wyświetlaczu znów pojawia się jego numer, telefon znów wydaje z siebie charakterystyczne dla nadchodzącego połączenia dźwięki. Odbiera.
-Proszę.- mówi. Nie wita go tak jak zwykle. Zwykle jej słowa są otulone czułością, tym razem tak nie jest. On rozumie.
-Tak bardzo cię przepraszam...- odzywa się Ricky. Wie za co przeprasza. Kiedy ona nie wypowiada żadnego słowa, on się odzywa.- Kocham cię. Przepraszam, obiecałem się odezwać, nie zrobiłem tego. Po prostu zapomniałem, bo na hali przylotów stał Seba... Przepraszam skarbie, tak bardzo przepraszam.- powtarza.- Powiedz coś proszę.
-Jak się czuje Mark?- pyta blondynka.
-Nie miałem okazji zapytać, ciągle śpi.- pada odpowiedź.- Oparzenia są rozległe i głębokie. Cały bok od szyi aż po łydkę. Właściwie połowa jego ciała ucierpiała. Powiedziałem bok, ale źle to ująłem. 
-Co mówią lekarze?
-Sebastian powiedział, że nie mówią nic konkretnego. Monitorują funkcje, ma obrzęk płuc... Nie znam szczegółów, nie rozmawialiśmy zbyt dużo z jego partnerem. Nie chcę wypytywać, nie chcę go męczyć, bo on i tak jest przybity i zmartwiony. 
-Jesteś teraz poza pokojem Marka?
-Tak, są tam lekarze, wyszedłem, Seba został.-odpowiada.- Kochanie...
-Tak?
-Ja naprawdę przepraszam, nie gniewaj się na mnie.- przeprasza po raz kolejny.- Proszę powiedz, że już nie jesteś zła...
-Nie jestem, ale...
-Wiem, wiem Agnes... Przepraszam.- rozumie doskonale co musiała czuć dlatego nie musi nawet słuchać co dziewczyna chciała powiedzieć. On to już wie.- Jestem tak bardzo w tobie zakochany... Nigdy nie wątp, proszę cię...
*** 
Robi herbatę w kuchni, w domu nadal jest cicho. Mała Julie śpi w swoim pokoju, w łóżeczku. Mario, kiedy schodziła na dół nadal spał w salonie. I być może zauważyła niebieskie plastry przyklejone do jego pleców, w  części krzyżowej, znikające pod gumką dresów, kiedy jego koszulka podsunęła się do góry. Nie słyszy kroków, ale zauważa piłkarza wchodzącego do kuchni. Chłopak przeciera oczy. Widać, że przed momentem się obudził.
-Kiedy wróciłyście?- pyta szatyn siadając na jednym z krzeseł.
-Jakąś godzinę temu, może niecałą.- pada odpowiedź.- Napijesz się herbaty?
-Chętnie, dziękuję.- odpowiada piłkarz. Ma zamiar wyciągnąć z kieszeni spodni komórkę, która pika ponieważ właśnie przyszła do niego nowa wiadomość tekstowa, jednak ta wyślizguje mu się z rąk i upada na podłogę. Mario odruchowo schyla się, ale natychmiast żałuje, ponieważ czuje ukłucie bólu i przypomina sobie co mówił lekarz, kiedy skończył przyklejać mu plastry. -Cholera...- mruczy.  W rezultacie Emily podaje mu telefon widząc grymas bólu na jego twarzy.
-Dziękuję. 
-Bolą cię plecy?- pyta dziewczyna stawiając przed nim kubek z parującym napojem. Szatyn potakuje głową unosząc lekko koszulkę, a ona widzi plastry.- Naciągnąłem coś. Nie mogę wykonywać gwałtownych ruchów, bo boli. Nie mogę też nosić Jull, mogę ją trzymać, ale nie nosić...
-To zrozumiałe. Nie możesz się forsować, to szybko wrócisz do siebie.
-Szybko to pojęcie względne...- mruczy.- Jestem zły...- wyznaje.
-Nie złość się, bo to nie jest nic poważnego, po prostu naciągnąłeś coś...
-Niby tak, ale dla mnie każdy dzień, tydzień to kolejne stracone treningi...- tłumaczy jej.
-Wiem... Wiem też jak bardzo chcesz wrócić do formy, jak pragniesz grać. To się stanie...
***
-Muszę iść się odświeżyć, zostaniesz z nim?- pyta Sebastian wychodząc z pokoju Marka.- Nie będzie mnie najwyżej z pół godziny. 
-Jasne, nigdzie się nie wybieram.- przytakuje.
-Dzięki.- mówi tamten i znika. Ricky kieruje się do pokoju poszkodowanego mężczyzny. Przygląda mu się chwilę stojąc po prostu obok łóżka, a potem w końcu zajmuje miejsce na fotelu obok, po czym milczy wsłuchując się w pikanie maszyny. Dopiero po dłuższej chwili udaje mu się coś powiedzieć.
-Mam nadzieję, że się obudzisz i będziemy mogli porozmawiać. Muszę wiedzieć jak się czujesz...- mówi cicho.
-Ricky...
Nie ma pojęcia czy dobrze słyszał, czy wyobraźnia płata mu figle. Jednak chwilę później widzi, że oczy Marka są otwarte, a on sam wpatruje się w niego. Na twarzy Ricky'ego automatycznie pojawia się mały uśmiech.
-Jestem...
Poparzony mężczyzna przełyka, po czym bierze dwa głębsze oddechy.
-Od kiedy tu jesteś?- pyta powoli, jakby nawet wypowiadanie słów sprawiało mu trudność i ból, choć pewnie tak jest.
-Przyleciałem dzisiaj...
-Skąd wiedziałeś? Kto...- bierze duży oddech.- ci powiedział, że tu jestem?
-Twój partner... Dobrze zrobił.
-Nie powinien...
-Nie gniewaj się na niego. Powinien właśnie i to zrobił. 
-Nie powinien...
-Mark, sam byś postąpił tak samo gdybyś był na jego miejscu... Chciał skontaktować się z twoją rodziną... Nie miej mu za złe, że się przejmował. Tak robią ludzie, którzy kochają...
-Pewnie tak... ale... Nie zasługuj... zasługuję na niego... Tak jak nie zasługiwa... zasługiwałem na ciebie... Zniszczę go... jak ciebie...
-Nie mów tak...
- Zresztą po co... Po co mu... par... partner- bierze oddech...- potwór...- dodaje.
-Co ty mówisz?
-Wyglądam jak potwór... Jak potwór...
-To nieprawda, nieprawda...
***
Jestem z kolejnym. Łapcie.
I komentujcie.
Pozdrawiam.



czwartek, 19 listopada 2015

22. Kiedy przeszłość puka do drzwi...

Obserwuje Emily, która w tym momencie właśnie zapina pasy w wózku spacerowym, by Julie nie wysunęła się z niego podczas spaceru. Szybko przywykł do obecności dziewczyny w domu. Niektórzy może powiedzieliby, że zbyt szybko. 
-Na pewno nie chcesz iść z nami?- słowa dziewczyny wyrywają go z zamyślenia.
-Nie to, że nie chcę, a nie mogę. Obiecałem Marco, że pojadę z nim obejrzeć samochód.- odpowiada.
-Myślałam, że Natalie z nim pojedzie...
-Nie pojedzie, bo nie podoba jej się pomysł kupienia przez niego porsche. Mieli tysiąc rozmów na ten temat, jednak nie namówił Natalie, by z nim wybrała.
-Czyli nie sprzeciwiła się zakupowi, ale nie pomoże mu wybrać?
-Dokładnie. Nat i Marco są świetnym małżeństwem, naprawdę dobrze się dogadują i zgadzają w wielu kwestiach, ale ona nie podziela jego miłości do szybkich sportowych samochodów. I nie da się przekonać. Jednak nie należy do osób, które narzucają swoje zdanie. Dlatego pewnie Marco kupi ten samochód. 
***
-Kochanie wychodzę.- mówi blondyn wchodząc do salonu. Jego żona w tym momencie bawi się z ich córeczką, a Oliver  bawi się klockami.
-Jedziesz po Mario?
-Tak. Obiecał ze mną pojechać.- odzywa się piłkarz.- no chyba, że zmieniłaś zdanie i też się wybierzesz.- mówi z nadzieją.
-Znasz moje zdanie na ten temat, Marco.- odpowiada malarka.
-Znam, ale miałem nadzieję...- nachyla się i muska jej usta.-Jak wrócę to zajmę się dziećmi, a ty zajmiesz się sobą.
-Będę malować.
-Co tylko zechcesz skarbie.- mówi po czym składa małego całusa na czole córeczki i drugiego na policzku synka. Chwilę później Natalie słyszy jak jej mąż odjeżdża spod domu.
***
Idzie powoli alejką parkową pchając przed sobą wózek. Julie śpi, zasnęła 10 minut wcześniej. Mogłaby wrócić do domu i ją położyć, ale nie ma zamiaru odbierać jej możliwości snu na świeżym powietrzu. Kiedy zbliża się do placu zabaw zauważa, że na jednej z ławek, niedaleko niej, dzieli je właściwie siatka ogrodzeniowa, siedzi Natalie. 
***
-Cześć.- słyszy więc odwraca głowę w lewo skąd dochodzi głos.
-Cześć Emily.- odpowiada uśmiechając się.
-Mogę?- pyta blondynka wskazując na ławkę.
-Pewnie, siadaj.- zachęca ją malarka zaglądając do wózka z Jull.- Śpiąca królewna.- żartuje.
-Zasnęła po 15 minutach spaceru. Uwielbia spać na świeżym powietrzu.
-Ollie i Cass też uwielbiali. Spacer zawsze kończył się dla nich na śpiąco. Teraz te czasy minęły...- patrzy na swoje pociechy bawiące się na piaskownicy z innymi dziećmi.
-Teraz wolą szaleć na placu zabaw.
-Zdecydowanie. Uwielbiają tu przychodzić, to ich ulubiony plac zabaw, choć bliżej naszego domu jest inny, większy. Jednak to tutaj częściej bywają. Tak właściwie, to dziś miałam z nimi zostać w domu, nie chciało mi się nigdzie wychodzić, tym bardziej, że w ogrodzie też mogliby się bawić, ale oczywiście moje plany i ich plany to dwie różne sprawy. Chwilę po wyjściu Marco Oli zaczął pytać o plac zabaw, a Cass mu wtórowała. No i nie miałam szans przekonać ich do pozostania w domu. Wyszaleją się teraz, to potem, kiedy będą mieć tatusia to wtedy nie będą mieć siły na szaleństwa, więc Marco nie będzie się musiał zbyt dużo wysilać.- tłumaczy.
-Czyli ty teraz się nimi zajmujesz, a później Marco?
-Tak, mam zamiar potem  malować, a z dziećmi to niemożliwe. 
-No tak. 
-A Mario oczywiście wybył z moim mężem.- uśmiecha się malarka.- Obydwaj uwielbiają sportowe samochody więc oczywiście pojechali do salonu, bo Marco oszalał na punkcie jednego modelu. 
-No tak, Mario mówił. Też mu się oczy świeciły jak mówił o tym porsche.
-No tak, oni ostatnio o niczym innym obydwaj nie rozmawiali. Ciągle o tym. 
Obydwie widzą córkę Nat idącą w ich stronę. Jej oczka niebezpiecznie się szklą, co widać na pierwszy rzut oka. Mała dziewczynka podchodzi do mamy po czym, kiedy tylko widzi jak jej mama rozkłada ręce, ona natychmiast wpada w jej ramiona.
-Co się stało kochanie?
-Domek?- pyta dziecko.
-Chcesz wrócić do domku? Ale coś się stało?
-Tatuś...
-Myszko, ale tatusia nie ma w domku, ponieważ pojechał z wujkiem obejrzeć nowy samochód?
-Wujkiem Mario?- pyta dziewczynka.
-Tak skarbie, z wujkiem Mario. Tatuś będzie później, będzie się z Wami bawił, tak? Popatrz, Oli cię szuka. Idź do niego. 
Mała dziewczynka schodzi z kolan swojej mamy, po czym kieruje się w stronę piaskownicy, na której stoi jej brat. 
-Córeczka tatusia?- pyta Emily.
-Zdecydowanie.- pada odpowiedź.- Jest bezsprzecznie zakochana w swoim ojcu. Kiedy go nie ma, ona potrafi bez przerwy o niego pytać. Oli też nie lubi jak Marco jest nieobecny, kiedy wyjeżdża, jednak to Cass ciągle pyta, tysiące razy. Czasem nie mam już siły odpowiadać tysięczny raz. 
-Wiesz, myślę, iż Julie będzie robić tak samo.- zauważa Emily.- Już teraz miewa humorki, kiedy Mario nie ma w domu...
-Z tego co wiem, to wcześniej miewała większe humorki, teraz, odkąd jesteś ty okazuje to mniej...
-Bo jestem dla niej nowością. Staram się, kiedy jej taty nie ma, robić wszystko, by była zajęta. Udaje się. Jednak naprawdę, kiedy on się pojawia, to jej twarz się rozjaśnia.
-Tak jest, masz rację. Ona go uwielbia, zresztą odpłaca mu tym uwielbieniem i miłością, za jego miłość.- Natalie spogląda do wózka, gdzie Julie mruczy coś przez sen.- Wiesz, ona może straciła mamę, która kochałaby ją równie mocno jak jej tata, jednak tak sobie myślę, że choć byłoby lepiej, gdyby Ann żyła, mogła ją wychowywać, to jednak stało się tak a nie inaczej... I tak myślę, że pomimo wszystko, Julie nigdy nie odczuje braku rodzicielskiej miłości. Tego jej nigdy nie braknie, bo Mario da jej ją za dwoje rodziców. 
-Właściwie znam go od niedawna, ale wiem, że masz rację. Mario jest naprawdę wspaniałym tatą, choć momentami mam wrażenie, że on sam w siebie wątpi.- mówi Emily.
-On momentami faktycznie jest niepewny, ale to normalne. Widzisz, myślę, że te miesiące od śmierci Ann dały mu dużo, przebolał jej odejście w jakimś stopniu, ale to ciągle za mało, on potrzebuje więcej czasu... Julie była ich oczkiem w głowie już kiedy jej oczekiwali, planowali jak będą ją wspólnie wychowywać, a potem los pokrzyżował te plany. Mario ma prawo być zagubiony i niepewny. I jeszcze nie raz zwątpi w to, czy jest dobrym ojcem dla Jull, czy jest w stanie zapewnić jej tyle uwagi ile powinien, czy zdoła w jakiś sposób zalepić lukę, by nie odczuwała tego tak bardzo, że nie ma mamy. 
-Nie mówi o tym, ale to można odczuć, zobaczyć...
-Jak się jest dobrym obserwatorem, Emily...- uśmiecha się Natalie.
-Cóż, ja chyba nim jestem.- stwierdza.- Może mam trochę z mamy...
***
Jest potwornie zmęczony, ale uparcie trwa przy szpitalnym łóżku, nie opuszcza pokoju. Właściwie to cały czas trzyma jego dłoń. Nie puszcza jej, choć nie ma pewności, iż on czuje jego obecność, jego dotyk. Chwilami wydaje mu się, że odpływa. Łamie go sen, ponieważ nie spał już ponad dwie doby. Jednak w tym momencie nie to jest najważniejsze, a on... Od kilkunastu godzin, zważywszy na stan chorego, zastanawia się nad jedną rzeczą. W końcu wybiera jeden numer z kontaktów i wciska zieloną słuchawkę.
***
Spędza wieczór tuląc do siebie kobietę, którą kocha. Oglądają jakąś komedię, śmiejąc się momentami do łez. Tak właściwie, to uwielbia takie wieczory. Uwielbia kiedy jest spokój...
-Czy nie słyszysz swojego telefonu, Ricky?- odzywa się Agnes.
-Słyszę, ale tak mi tu dobrze, że próbuję zignorować to, że dzwoni. Może ten ktoś da sobie spokój.- twierdzi.
-A może to coś ważnego, kochanie. 
-No dobra...- wstaje i odbiera. I kiedy chwilę później siada na sofie w salonie Agnes zauważa, iż coś się musiało stać, odczytuje to z jego twarzy.
-Co się stało, Ricky?- pyta blondynka siadając.- Bo coś się stało, prawda?
-Tak. Dzwonił partner Marka... Szukał kontaktu do rodziny Marka...- mówi.- Mark jest w klinice w stanie krytycznym... Nie wiadomo co będzie.- dodaje spoglądając na nią.- Lekarz mówił, że trzeba być gotowym na najgorsze, dlatego jego partner chce skontaktować się z jego rodziną...
-Ale co się stało?
-W mieszkaniu sąsiada zaczęło się palić. Próbował pomóc... wyciągnął dwójkę dzieci... Jest bardzo poparzony, bo ogień odciął mu drogę powrotu, kiedy wrócił, bo dzieciom wydawało się, że ich najstarszy brat został. Chłopak wyskoczył przez okno, złamał sobie nogę, a Mark... On... Może umrzeć, Agnes...
-Boże...- dotyka jego dłoni.- Tak mi przykro...
-Muszę polecieć... Muszę, Agnes... 
***
Łapcie kolejny :)
Dziękuję, dziękuję, dziękuję pięknie osobom, które skomentowały poprzedni rozdział :)
Poproszę o jeszcze :)


wtorek, 3 listopada 2015

21. One step closer...

Śpiewa kołysankę tuląc do siebie małą dziewczynkę, która prawie zasypia. Małej zamykają się oczy, jednak co chwilkę jeszcze na kilka sekund zdarza jej się je otworzyć, dlatego też nie odkłada jej na razie do łóżeczka, oczekuje, aż dziecko zaśnie mocniej. W czasie gdy mała próbuje zasnąć, ona rozgląda się po pomieszczeniu, w którym się znajduje. To pokój dziecięcy. Ściany pomalowane są na jasno beżowy kolor, dwie z nich są w złote kropki. Zasłony są w ciemniejszym odcieniu beżowego, meble, znajdujące się w pokoju czyli komoda, łóżeczko, regał, mały stolik, na którym stoi lampka są w białym kolorze, natomiast tapicerka fotela, który również się tam znajduje jest w odcieniu beżu z kolorowymi, bladymi kropkami. Puchaty dywanik znajdujący się przed fotelem jest biały. Nad łóżeczkiem, na ścianie jest biały napis : Julie. 
Na półkach dziewczyna zauważa ramki z fotografiami Julie. Powoli podchodzi do regału. Z ust dziewczynki wychodzi ciche westchnienie, na które jej opiekunka reaguje uśmiechem. Patrzy chwilę na dziecko, a potem przenosi wzrok na zdjęcia znajdujące się na półkach. Na niektórych z nich jest Julie w różnych momentach jej życia, począwszy od pierwszych dni po urodzeniu. Są tam również fotografie dziewczynki z Mario, a także z jego rodzicami, jego braćmi. Na jednym z nich Julie jest w ramionach kobiety, której dziewczyna nie zna. Nie zna również mężczyzny stojącego obok kobiety. Domyśla się, że muszą to być drudzy dziadkowie dziewczynki, a teściowie jej ojca. Domyśla się, nie jest pewna. Ogląda fotografie. W końcu na kolejnych dziewczyna zauważa Ann. Jest tam Ann w objęciach Mario, na plaży. Jest również uśmiechnięta Ann trzymająca swoje dłonie na sporych rozmiarów brzuchu. W końcu jedna z fotografii przedstawia rodziców dziewczynki. Jej mama leży na kocu z uniesioną bluzeczką tak, iż widać jej ciążowy brzuszek, na którym pomadką namalowane są oczy i wielki uśmiech, a który całuje leżący obok Mario. Obydwoje na zdjęciu promienieją. Od obydwojga bije niesamowita radość. Te fotografie są pełne kolorów, uczuć. Są po prostu piękne. I Emily patrząc na twarze, wtedy jeszcze przyszłych rodziców, może zobaczyć dokładnie jak bardzo wyczekiwanym i kochanym dzieckiem była Julie, oraz jak wielkie uczucie łączyło jej rodziców. To widać w sposobie w jaki na siebie patrzą. I w jej głowie pojawia się myśl, że chciałaby kiedyś być tak kochana jak była Ann i chciałaby kochać równie mocno.
***
Pod prysznicem, a także po wyjściu z kabiny ciągle myśli o swojej córeczce. To jej pora drzemki, ale tym razem to nie on jest przy niej, to nie on stara się sprawić, by zasnęła. Jest w domu, ale z jej córeczką jest osoba, która ma się nią zajmować, kiedy on, albo jego rodzice nie mogą. Osoba, która ma być opiekunką Julie, jej nianią. Tak, zatrudnił w końcu opiekunkę. Nie zatrudnił żadnej pani polecanej przez agencję, która miała znaleźć odpowiednią kandydatkę. Oczywiście owe biuro wywiązało się ze zobowiązania, to po prostu on nikogo nie wybrał pośród potencjalnych kandydatów stamtąd. Pomimo tego znalazł. Właściwie to był przypadek, właściwie nie ma pojęcia jak to się stało, że padła taka propozycja, a on po prostu zgodził się na próbę. Nie ma pojęcia jak to będzie, jak Julie będzie się zachowywać, jednak z drugiej strony wie, że osoba, która obecnie znajduje się w pokoju dziecięcym z jego córką, jest godna zaufania, nie jest nieznana, zresztą jego córka w jakiś sobie wiadomy sposób ją sobie sama wybrała, bo przecież to nie pierwsze ich spotkanie... 
Szatyn przygotowuje się do wyjścia do klubu. Ma spotkać się z fizjoterapeutą, a także z klubowym psychologiem. I to jest dla niego dziwne, że ma czas i może spokojnie wziąć prysznic, spokojnie się ubrać, ponieważ ostatnimi czasy nie miał takiej możliwości, ponieważ Julie miewała swoje humory. Czasem, choć chciało jej się spać, to nie zasnęła, więc zostawiając ją w kojcu praktycznie biegiem udawał się do łazienki, po czym brał kilkuminutowy prysznic, właściwie polegający na namydleniu ciała i spłukaniu. Teraz ma czas, ale to dziwne. Odwykł od tego, że może coś zrobić spokojnie, z małym dzieckiem nie można mieć zbyt wiele wolnego czasu. 
***
Wpatruje się w śpiącą dziewczynkę. Zasnęła już kilkanaście minut temu, ona, zaraz po odłożeniu dziecka schowała poprasowane ubranka do komody, rozkładając je odpowiednio na półkach, posprzątała zabawki, które dziewczynka zdążyła porozrzucać podczas zabawy przed snem. Miała już wziąć butelkę i wyjść, jednak jeszcze postanowiła chwilkę na nią popatrzeć. 
Nawet nie słyszy jak w pokoju zjawia się jeszcze jedna osoba. Mężczyzna staje w drzwiach, patrzy na dziewczynę stojącą przy łóżeczku jego córki. Nie widzi jej twarzy, ale jest pewien, iż się uśmiecha. Nie można się nie uśmiechać patrząc na śpiącą Julie. Nie można też przestać na nią patrzeć. I nie myśli tak bynajmniej dlatego, iż dziewczynka śpiąca w łóżeczku jest jego córeczką. Myśli tak ponieważ takie małe dzieci są po prostu najsłodszymi istotami na świecie. I on od zawsze uwielbiał dzieci, mógł godzinami się z nimi bawić, mógł też godzinami na nie patrzeć. Odkąd ma Julie, może to robić kiedy tylko ma na to ochotę. I korzysta z tego przywileju. 
Postanawia podejść więc to robi. Kiedy staje przy dziewczynie zauważa, iż się nie mylił. Na jej twarzy faktycznie gości uśmiech:
-Zasnęła bez problemu?- pyta piłkarz.
-Wątpiłeś w moje umiejętności?- odpowiada pytaniem na pytaniem dziewczyna.
-Szczerze, to nie.- spogląda na nią.- Moja córeczka naprawdę lubi twoje towarzystwo. Ona sama właściwie ciebie wybrała.- dodaje.
-Cieszę się.- dziewczyna spogląda na niego. Chłopak ma na sobie spodnie dresowe, a także biały t-shirt, na który ma narzuconą bluzę. Jego włosy są jeszcze mokre, co wskazuje, iż przed chwilą wyszedł spod prysznica. -Jedziesz już do klubu?-pyta.
-Tak, za chwilę.- pada odpowiedź.- Mam jeszcze chwilę, po prostu za wcześnie się przygotowałem. 
-Nagle masz więcej czasu.- uśmiecha się dziewczyna.
-Za dużo. To naprawdę komfort móc wejść pod prysznic o tej porze i móc spokojnie pod nim chwilę postać. 
-Domyślam się. Korzystaj z tego.
-Mam zamiar, choć nie zamierzam korzystać w nadmiarze.- tłumaczy.- Myślę, że ona tak zawładnęła moim sercem, że nie będę w stanie zostawić ją na dłużej, niż to będzie konieczne.- mówi piłkarz.
-Niektórzy rodzice myślą inaczej, korzystają z wolnego czasu ile mogą. Nie mówię, że to jest złe, każdy potrzebuje odpocząć, zrelaksować się, zrobić coś dla siebie...
-Tak, ale niektórzy robią to kosztem dzieci. Ja tak nie chcę.
-Myślę, że Jull nie będzie miała takiego problemu. - uśmiecha się.
***
Ten czas, kiedy są same spędzają na zabawie. Kiedy tylko Julie się budzi, zaraz po przewinięciu jej, a potem nakarmieniu, poświęca na zabawę z nią. Zaskakuje ją to, że mała nie jest marudna bez taty, ponieważ mama piłkarza uprzedzała ją, iż taka czasami bywa, kiedy budzi się i nie ma Mario w zasięgu wzroku. Okazuje się, iż albo dziewczynka ma jeden z tych lepszych dni, albo po prostu dziewczynka faktycznie bardzo ją lubi. 
W domu pojawiają się rodzice piłkarza i on sam jednocześnie. I kiedy wchodzą, już w drzwiach mogą usłyszeć śmiech Julie, a także śmiejącą się w głos Emily. 
I na ustach całej trójki pojawiają się uśmiechy.
***
-I jak radzi sobie Emily?- pyta Natalie, która siedzi na tarasie, obok swojego męża, a na przeciwko siedzi Mario.
-Świetnie.-pada odpowiedź.- Jull, kiedy wróciliśmy śmiała się w głos.- mówi.- Stanęliśmy w przedpokoju, bo przyjechaliśmy do domu równocześnie, ja i moi rodzice, a one po prostu się śmiały.- patrzy na nich, a jego oczy błyszczą.- Uwielbiam jak Julie się śmieje.
-Czyli Emily była dobrym wyborem?- dopytuje Nat.
-Najlepszym.- kwituje Marco.- Nie jest obcą zupełnie osobą, kocha dzieci, ma do nich podejście, poza tym jest pewna, przecież to córka Alice.
-Gdyby to nie była Emily, to pewnie bym nikogo nie wybrał. Nie miałem przekonania co do tych kobiet proponowanych przez agencję. Nic do nich nie mam, ale nie zostawiłbym Jull z zupełnie obcą osobą, osobą, o której nic nie wiem.
-Nie dziwię się, bo ja też bym tego nie zrobił z Olim lub Cass.- mówi Marco, a Natalie uśmiecha się.- No co?
-Nic, po prostu niektóre pary zatrudniają opiekunki, których nie znają. 
-Tak jest, podziwiam tych rodziców. Ja bym nie potrafił. 
-Bo sytuacja cię do tego nie zmusiła. Nas też nie. Jednak nie wszyscy mają rodzinę przy sobie. 
-Ann byłaby jeszcze bardziej przeciwna. 
-Myślę, że Ann przez dłuższy czas odłożyłaby na bok swoje ambicje zawodowe.
-Tak planowała. Odkąd pamiętam modeling był dla niej czymś naprawdę ważnym. Przez chwilę nawet wydawało mi się, że być może nie będzie chciała za wcześnie zrezygnować z kariery, by urodzić. Potem, kiedy poroniła tak bardzo przeżyliśmy tę stratę, choć wtedy nie planowaliśmy dziecka. Julie też nie była planowana, jednak była za to bardzo wyczekiwanym maleństwem. I odkąd Ann mi powiedziała, odkąd o tym rozmawialiśmy, to od razu zaznaczała, że zamierza poświęcić się Julie, nie chce być nieobecną mamą robiącą karierę. Chciała przerwy, obydwoje chcieliśmy, by Julie nie była dzieckiem wychowywanym od początku przez nianie. I wiem, że byłaby szczęśliwa mogąc poświęcić jej cały swój czas i uwagę.- mówi szatyn ze smutkiem słyszalnym w głosie.- Nie chciałaby niani, na pewno przez długi czas.
-Myślę, że tak by było. Poza tym wiesz co myślę?- powiedziała Nat.
-Co?
-Jeśli już, po pewnym czasie, zdecydowałaby się na kogoś, to z pewnością nie byłaby to młoda, atrakcyjna dziewczyna.- Nat uśmiecha się znacząco, więc Mario od razu wie o co jej chodzi, zresztą Marco też.
-To byłaby zdecydowanie pani dużo starsza od Ciebie.- dodaje Marco.-Twoja żona bez wątpienia ci ufała, jednak na pewno nie zgodziłaby się, by atrakcyjna dziewczyna w twoim wieku kręciła się po waszym domu.
Mario uśmiecha się, bo wyobraża sobie w tym momencie swoją żonę. Natalie i Marco mają rację. Ann była zazdrosna, co potrafiła też pokazać. Broniła zaciekle wszystkiego co było jej, a on zdecydowanie był jej. Była jego ukochaną zazdrośnicą. Tylko jego. I choć czasem jego najpierw dziewczyna, a potem żona, pomimo tego, iż ufała mu, to jednak w pewnych sytuacjach nie potrafiła utrzymać swojej zazdrości w sobie, to jednak kochał ją najbardziej na świecie. Właściwie to nie powinien myśleć w czasie przeszłym, bo on nadal kocha ją najbardziej na świecie. I nie wyobraża sobie, żeby kiedykolwiek nadszedł moment, by pokochał jakąkolwiek inną kobietę tak samo jak kochał Ann. Ba, on nie wyobraża sobie, by w ogóle jeszcze kiedykolwiek mógł zakochać się w kimś innym, niż jego żona. Jest pewien, że do tego nie dojdzie. To niemożliwe.
***
Tuli swoją żonę do siebie rysując palcami jakieś abstrakcyjne wzory na jej nagich plecach. Obydwoje milczą. W domu jest cisza, ich pociechy śpią. W którymś momencie ciszę przerywają słowa Natalie.
-Myślisz, że Mario jest w stanie... Nie mówię, ze teraz, albo w najbliższym czasie, ale kiedyś... Jest w stanie pokochać jakąś inną kobietę?- pyta. 
Jej słowa sprawiają, że się zastanawia. Milczy, milczy dość długo, a ona nie ponawia pytania, ponieważ sama myśli, czy po takiej miłości, jaką darzył i darzy Mario, Ann jest możliwe, by kiedykolwiek obdarzyć podobnym uczuciem kogoś innego. 
-Nie wiem, kochanie.- Marco w końcu odpowiada.- Ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Wiesz... tak się zastanawiam czy byłbym w stanie pokochać inną kobietę oprócz ciebie... Gdybym był na miejscu Mario.- zastanawia się.- Myślę, że to niemożliwe, Nat.- spogląda na nią wkładając palce w jej włosy i przeczesując je delikatnie.- Nie jesteśmy w takiej sytuacji i modlę się, byśmy nie musieli przeżywać tego, co nasz przyjaciel. Jednak nie potrafię sobie wyobrazić kogoś innego na twoim miejscu. Nie jestem w stanie.- powtarza.- Kocham cię całym sobą, każdą nawet najmniejszą  częścią mnie. Podobnie było i jest  z Mario... Bardzo bym chciał, aby kiedyś, znalazł szczęście u boku innej osoby, by pokochał inną kobietę, ponieważ Ann odeszła, a przed nim całe życie. Nie chciałbym, by był sam, jednak z drugiej strony wiem, że dopuszczenie do swojego serca miłości, w takim przypadku jest naprawdę trudne. Nie jestem w jego skórze, ale nie wyobrażam sobie tego. Poza tym myślę, iż kiedy kocha się tak mocno i prawdziwie, kiedy poznasz już smak takiej miłości, tak wyjątkowej, wielkiej i niepowtarzalnej, to potem pragnie się już tylko takiego uczucia, tak wielkiego, tak prawdziwego i porównuje się, a prawda jest taka, że nie ma dwóch identycznych osób. Mario w żadnej kobiecie już nie odnajdzie Ann. A on pragnie Ann, myślę, że od zawsze jej pragnął i odkąd pamiętam to ją kochał. Ich miłość była wyjątkowa i niepowtarzalna, taka jak jest nasza. Boję się, że nie spotka drugiej osoby, którą obdarzy takim uczuciem, choć życzę mu z całego serca, by spotkał. Zasługuje na to. - Natalie chłonie każde słowo z ust swojego męża. I zgadza się z nim. Ona też nie wyobraża sobie innego mężczyzny u swojego boku niż Marco. I wcale nie dziwi się Mario.
***
Witajcie po długiej przerwie.
Przepraszam za milczenie i nieobecność. Naprawdę mam sporo na głowie i brakuje mi czasu i często sił i skupienia, by coś napisać i dodać. Jednak dziś coś tam naskrobałam więc postanowiłam wrzucić. Ostrzegam, że tekst nie jest sprawdzany, więc literówki pewnie będą na porządku dziennym. 
Pokażcie mi proszę, że czytacie. Skomentujcie. Bardzo mi zależy na Waszych opiniach. Naprawdę na nie czekam. I ogromnie cieszy mnie każde słowo, które piszecie. Dziękuję tym, którzy zechcą poświęcić minutę na komentarz.
Pozdrawiam i myślę, że tak długa przerwa już się nie zdarzy.