piątek, 29 stycznia 2016

27.Wielka radość... Wielki smutek... I nowy Anioł Stróż?

Jakiś czas później...
-Nie sądzę, aby to był dobry pomysł, kochanie.- mówi Liliana spoglądając na syna i starając się zachować spokój, jednak szatyn wie, że jego mama jest mocno zdenerwowana.
-Dlaczego tak myślisz?- dopytuje syn.
-Nie rozumiem dlaczego w ogóle w tym momencie przyszło ci to na myśl... Źle się tu czujesz?
-Nie...
-Mario, kochanie... To wcześnie, powinieneś poczekać, dać sobie więcej czasu...
-Już zawsze będzie wcześnie, za wcześnie. Jeśli myślisz, że czas leczy rany, to wiesz, że to nie jest prawda.- syn spogląda na swoją rodzicielkę.- Minęły miesiące, ale to boli tak samo, mamo. Tak samo, albo i mocniej. Miną kolejne, a ja nadal będę kochał ją tak samo, tęsknił tak samo. To się nie zmieni.- zapewnia.
-Wiem kochanie...
-To nie tak, że jest mi źle, to nieprawda. Nie zrozumcie mnie źle. Poza tym na razie nigdzie nie uciekam, dopiero przymierzam się do tego, może zacznę przeglądać ogłoszenia... To potrwa. Jednak chciałem byście wiedzieli. - Nie uważam, że to jest dobry pomysł, ale to oczywiście twoja decyzja.- twierdzi matka piłkarza. Jego ojciec milczy nie wypowiadając się. Mario siada na kanapie w momencie, w którym jego mama wychodzi do kuchni zrobić herbatę. Piłkarz przeczesuje palcami włosy i wzdycha.
-A ty tato też uważasz to za zły pomysł?- szatyn spogląda na swojego ojca. Ten przez chwilę milczy, a potem zajmuje miejsce obok syna.
-Jesteś dorosłym i rozsądnym mężczyzną, synu. Jeśli czujesz, że powinieneś, że potrzebujesz, że to jest słuszne to po prostu to zrób. Jednak wiedz, że...
-Mogę wrócić...- kończy za tatę Mario.-Wiem, tato. Wiem.
***
Ten dzień nadchodzi...
***
Jest pochłonięty przygotowaniami. To właśnie tego dnia jego córeczka zdmuchnie swoją pierwszą urodzinową świeczkę na torcie. Jest szczęśliwy i podekscytowany w końcu zdarza się to po raz pierwszy w życiu Julie, w jego również. To nie tak, że nie bywał na żadnych pierwszych urodzinach, bywał. Jednak te będą inne. Na nich bowiem odegra rolę taty solenizantki, rolę w którą wciela się już 12 miesięcy, rolę, którą uważa za największy dar jaki dostał w życiu. Nie zamieniłby go na żaden inny. Bycie tatą to wymagająca rola, ale najpiękniejsza i jedyna w swoim rodzaju. 
Z zamyślenia wyrywa go popiskiwanie jego córeczki, która właśnie w tym momencie pojawiła się w pokoju na raczkach. Julie ma już rok. Urosła. I jest jeszcze piękniejsza niż była. I bez wątpienia odziedziczyła urodę po swojej mamie. Tego jest pewien. Nie tylko on zresztą to widzi, widzą wszyscy. Jakoś nie smuci go fakt, że mała nie jest podobna do niego. Cieszy się, bo Julie naprawdę przypomina Ann. I on w tym momencie ma przy sobie miniaturkę swojej żony, którą niezmiennie kocha, pomimo tego, że ona nie żyje, że jej ciało od 12 spoczywa na cmentarzu. Kocha. 
-Ta-ta.- woła Julie próbując zwrócić na siebie większą uwagę swojego rodzica. Udaje jej się to, jak zawsze zresztą. Tata zawsze poświęca jej uwagę, najwięcej uwagi.
-Moja mała księżniczka.- zwraca się do niej Mario, biorąc ją na ręce.
-Tam.- wskazuje palcem dziewczynka.
-Chcesz iść do ogrodu? Do babci?- dopytuje.
-Taa...- przytakuje entuzjastycznie dziewczynka. Więc Mario otwiera drzwi tarasowe i zabiera ją do ogrodu gdzie są jego rodzice. Tak, nadal z nimi mieszka, ale to nie tak, że nie kupił mieszkania. Kupił, jednak wymyślił sobie remont, który co prawda jest już na ukończeniu, ale chce poczekać, aż drobne prace kosmetyczne zostaną zakończone. To wtedy wykona kolejny krok. 
***
Świętuje nie tylko w gronie rodzinnym, choć osoby, które zaprosili właściwie traktuje jak swoją rodzinę. Jest jego rodzina, rodzice Ann,  ale także Natalie i Marco z dziećmi, Agnes i Ricky, oraz Emily. Jest też Ann. Jej duże zdjęcie, w ramce stoi na komodzie. Właściwie w domu pełno jest zdjęć mamy Julie. Mario pragnie, by mała znała mamę, by otaczały ją jej zdjęcia. Mówi jej o niej, pokazuje fotografie, filmiki, które nagrali razem. I choć mała Julie wydaje się, że jeszcze niewiele rozumie to do zdjęcia Ann zawsze się uśmiecha, wskazuje na nie często palcem i mówi " Ma." Nie umie wypowiedzieć więcej. Tata mówi bezbłędnie, z przerwą przeważnie ta-ta, ale mama nie wypowiedziała jeszcze ani razu. 
***
Śpiewają Julie " Sto lat", a ona śmieje się i klaszcze w dłonie. Potem nadchodzi czas na zdmuchnięcie świeczki. Z pomocą Mario płomień na pierwszej urodzinowej świeczce gaśnie, a wszyscy biją brawo. 
-Wszystkiego najlepszego moje słoneczko.- Mario całuje jej policzki, a mała chichocze.- Bądź szczęśliwa, zawsze.- dodaje.
***
Szuka swojej komórki, bo chce pstryknąć szybko zdjęcia jak Julie bawi się z dziećmi Marco, ale nigdzie nie może jej znaleźć. W końcu zauważa, że Julie ma ją koło siebie na dywanie. 
-Ty mała spryciaro, jak go zabrałaś?- zbliża się do niej chcąc zabrać jej telefon, ale kiedy sięga po niego Julie mówi " Mama" oraz wskazuje na wyświetlacz telefonu, na tapecie którego faktycznie jest Ann. Mario kuca. Nie zabiera dziewczynce telefonu, a głosy wszystkich jakby ucichły.- Tak, Jull. Twoja mama.
-Ma-ma.- powtarza dziewczynka.- Mama... ma... uma...- co oznacza, że mamy nie ma. I to stwierdzenie sprawia, że ból ukrywany głęboko zaczyna przemieszczać się w górę...
***
-Zasnęła?- pyta Liliana, kiedy Emily schodzi na dół. Tego wieczoru to Emily usypiała dziewczynkę, bo właściwie dziewczynka nie pozwoliła się zabrać od dziewczyny. 
-Tak, była zmęczona. Jednak to tyle emocji...
-To prawda.
-Pójdę już. Podziękuję Mario za zaproszenie. Dziękuję również Państwu.
-Cieszymy się, że byłaś z nami w tak ważnym dniu.
-Nie mogłabym przegapić urodzin Jull. Kocham ją.
-Wiem.
-Dziękuję jeszcze raz.
Liliana odprowadza ją do drzwi. Woła Mario, ale on nie odpowiada. Na zewnątrz widzi, że zniknął jego samochód.
-Nie ma go.
-W porządku.
***
Kiedy wyjeżdżała spod domu rodziców Mario, miała zamiar jechać do domu. Nie ma pojęcia dlaczego przyjechała pod cmentarz. Przez długą chwilę nie wychodzi z samochodu. Wie, że on jest u niej. I wie, że nie powinna przeszkadzać.
***
Ten dzień musiał nadejść. Pierwsze urodziny Julie. Szczęście. Radość. Duma. Miłość. Starał się, starał z całych sił. Zrobił wszystko, by ten dzień, ta data była wyjątkowa dla jego córki. Urodziny Julie były naprawdę wspaniałe. Świętowali, bo jest co świętować. To ważna data, bo tego dnia jego największy skarb, jego córeczka, jego słoneczko pojawiło się na świecie. Stał się tatą. Marzył o tym, a potem, gdy okazało się, że to marzenie ma szansę się urzeczywistnić, kiedy Ann zjawiła się u niego i przekazała mu radosną wieść, oczekiwał Julie z niecierpliwością. I pojawiła się. Małe szczęście. Mały cud. Tego dnia powinien być tylko i wyłącznie szczęśliwy. Powinien. 
Starał się. 
Zepchnął to uczucie na dno swojego serca. Powiedział sobie, że tego dnia przede wszystkim będzie świętował, cieszył się, że jego córeczka jest z nim już 12 miesięcy, że jest zdrowa, wspaniała, szczęśliwa. I świętował i cieszył się. To uderzyło w niego niespodziewanie, kiedy mała Jull wskazała na zdjęcie na telefonie i po raz pierwszy wypowiedziała słowo " mama." Nie spodziewał się, bo przecież tak wiele razy podpowiadał jej jak powinna to zrobić, jednak ona wolała mówić " tata". Więc, gdy usłyszał w końcu jak Julie je wypowiada, był zaskoczony. Od razu wyobraził sobie jaki Ann miałaby uśmiech w momencie, w którym Jull wypowiedziałaby to słowo. Oczyma wyobraźni widział jej wielki uśmiech i zaszklone oczy, które pewnie, a raczej na pewno by miała. Wyobraził sobie, jak jego żona wzięłaby swoją córeczkę w ramiona i ucałowała czule. Bez wątpienia byłaby szczęśliwa. A potem, kiedy usłyszał jak Julie wypowiada w swoim dziecięcym języku, słowa, które oznaczały, że mamy nie ma, znów poczuł ukłucie w sercu. Trzymał się do końca imprezy, starał się Jednak, kiedy Emily poszła położyć małą, on musiał wyjść z domu, musiał przyjechać. Gdy żyła, a on cierpiał zawsze była przy nim. Niezależnie jak wiele złego się działo, ona była. Jej ramiona dawały ukojenie, jej słowa powtarzane często jak mantra docierały w końcu do jego umysłu, pocieszały. Teraz, w tym momencie również pragnie schować się w jej ramionach-nie może. Pragnie usłyszeć słowa, które często wypowiadała " Razem poradzimy sobie ze wszystkim, przecież wiesz. Jestem przy tobie." Tak bardzo pragnie to teraz usłyszeć. I chociaż jest cicho, wsłuchuje się- nie słyszy. Nie raz, kiedy zdarzało mu się przyjść na jej grób, mówił. Tego wieczoru nie jest w stanie. Nie jest w stanie, bo ma ściśnięte gardło, z którego od czasu do czasu wydostaje się jedynie cichy szloch. Tak, płacze. Ciepłe łzy moczą jego policzki, by za chwilę mógł osuszyć je wiatr, który wieje. 
***
Idzie alejką. Wie, że on tu jest. Wiedziała dokładnie gdzie mógł pojechać. Widzi go już  z daleka. Bije się z myślami, czy powinna podejść. Prawdopodobnie nie, nie powinna przeszkadzać, ale rozum mówi jej, by zawróciła,
aby zostawiła go w spokoju, by pozwoliła mu wyrzucić z siebie ból, pobyć samemu nad mogiłą żony, żony, którą ciągle kocha, za którą tęskni, a serce pcha ją do przodu. Więc idzie. 
***
Słyszy ciche kroki. Ktoś idzie, ale nie ogląda się. 
***
Wie, że usłyszał, że ktoś idzie. Zauważa, że wytarł policzki rękawem bluzy. Szatyn nie podnosi się, nadal przykuca przed grobem. Może nadal powinna odejść, ale nie robi tego. Nie może, kiedy widzi jego przygarbione plecy i zauważa, że raz po raz jego ciało drży. Wie, że płacze. Kiedy staje obok niego kładzie swoją dłoń  na jego ramieniu i to właśnie wtedy Mario podnosi wzrok i spogląda na nią. Jego oczy są opuchnięte, jego usta, choć pewnie stara się z całych sił momentami drżą. Emily nie ma pojęcia co powinna powiedzieć, przecież nie ma takich słów, które by go w tym momencie podniosły na duchu, pocieszyły więc milczy. On również. Patrzą na siebie, ale po chwili dziewczyna czuje jak Mario splata palce jej dłoni, tej, którą trzyma na jego ramieniu, z palcami swojej, po czym chłopak podnosi się i staje. Kolejna łza, która wypływa z jego oka moczy policzek piłkarza, a on pośpiesznie ściera ją rękawem bluzy. 
-Nie musisz...- mówi Emily, a on ponownie na nią patrzy.
-Przepraszam...- mówi zmienionym głosem.
-Nie musisz przepraszać, nie musisz ukrywać łez.- mówi mu dziewczyna.- Przepraszam cię jeśli ci przeszkodziłam. Może chciałeś być sam, każdy czasem potrzebuje wypłakać się w samotności... Powinnam pójść, to ja przepraszam...-mówi.- Miałam jechać do domu, ale coś mnie tu przywiodło, wyjechałam spod twojego domu z zamiarem powrotu do domu, a potem nagle znalazłam się na parkingu i nawet nie wiem kiedy zmieniłam kierunek jazdy...- tłumaczy.- Przepraszam, nie powinnam ci przeszkadzać.- przeprasza po raz kolejni i robi krok do tyłu, żeby odejść, ale on nie puszcza jej dłoni. Emily podnosi wzrok i widzi kolejne świeże łzy wypływające obficie z jego oczu. Już nie powstrzymuje się, tak jak przed momentem. Emily patrzy na niego, pragnie go przytulić, ale nie wie czy powinna. I wtedy słyszy jego słowa.
-Przytul mnie, proszę.- jego głos jest jeszcze niższy niż zwykle, drżący.- Proszę, przytul mnie.- powtarza, a ona po prostu robi to. 
***
Obserwuje z daleka swojego przyjaciela z Emily. Oni nie mają pojęcia, że tu jest, dopiero przyjechał zaalarmowany tym, że Mario nie odbierał telefonów. Domyślił się, że jego przyjaciel jest na cmentarzu. Postanawia zawrócić, a idąc do samochodu wybiera numer do mamy Mario, by ją uspokoić.
-Jest?
-Tak, nie martw się. Jest cały i zdrowy.- odpowiada.
-Jedziecie do domu?
-Nie.
-To gdzie go zabierasz?
-Spokojnie. Zadzwoniłem, żeby powiedzieć, że tu jest, widzę go. 
-Aaa, dopiero idziesz...
-Tak. Połóż się i już się nie zamartwiaj,  Mario jest w dobrych rękach.- mówi z przekonaniem Marco.- Dobranoc.
-Dobranoc. I dziękuję za to, że zawsze czuwasz i jesteś obok, kiedy potrzebuje.- mówi kobieta, a on choć tego nie wypowiada myśli, że nad Mario czuwa już nie tylko on...
***
ciąg dalszy nastąpi...
***
Obiecałam, że nie będzie trzeba czekać tak długo jak ostatnio i udało mi się dotrzymać słowa :) 
Podobał Wam się rozdział???
Komentujcie ! 

wtorek, 26 stycznia 2016

26.Dwa proste słowa...

Marco próbuje rozmawiać z przyjacielem, próbuje, ale nie za bardzo mu się to udaje. Mario jest cichy, za cichy i to go niepokoi. Najpierw nie ma pojęcia co się stało, tego dowiaduje się od żony, bo Mario nie od razu mówi mu, że śniła mu się jego Ann, a właściwie wypadek. Dopiero po tym jak przyjaciel pyta go wprost zaczyna mówić. Jego słowa przerywają łzy, które obficie spływają po policzkach młodszego, a który nawet nie stara się powstrzymać  przed płaczem, bo przecież nie musi, przecież łez nie należy się wstydzić, przecież dla Marco to nie nowość, przecież blondyn widział go w takim stanie wiele razy i pewnie jeszcze wiele razy zobaczy. Co robi Marco? Czy go pociesza? Co mówi? czy mówi?
Marco milczy. Marco nie mówi nic. Marco zna go dobrze i wie, że jemu w tym momencie nie są potrzebne słowa, bo przecież słowa nie uleczą jego połamanego serca, nie zlepią go w całość, nie sprawią, że będzie mniej boleć. Nie przywrócą jej życia...
Słowa otuchy słyszał już bowiem wiele razy. Wie, że przyjaciel chce dobrze, wie, że pragnie, by się podniósł, wie, że zdania, które wypowiadał setki razy, były i zawsze będą szczere, jego wiara, iż Mario da sobie z tym wszystkim radę, jest i zawsze będzie szczera i mocna, jednak w tym momencie nie potrzebuje tego wszystkiego, w tej chwili potrzebuje po prostu wylać z siebie ból i to właśnie robi, po raz kolejny załamując się przy swoim najlepszym przyjacielu, przy swoim bracie, a on po prostu przy nim jest.
***
Nie widzi Mario właściwie przez cały czas, w którym przebywa w jego domu, choć wie, iż chłopak w nim przebywa. Wie, że jest w swojej sypialni jednak drzwi do jego sypialni nie są uchylone, jak to najczęściej bywało wcześniej. Tego dnia są zamknięte. Nie pyta nikogo o to i nikt nic nie mówi. Dziewczyna jednak zauważa zatroskanie rodziców piłkarza oraz zmartwienie wymalowane na ich twarzach. I nie wie tego na pewno, ale podejrzewa, że sen, który śnił Mario tej nocy, kiedy była w jego domu ma coś wspólnego z tym co się dzieje.
***
Obserwuje Marka od rana właściwie i zauważa, po raz kolejny jak mężczyzna zerka w stronę telefonu komórkowego, który leży na szafeczce przy łóżku. Wie dlaczego tam zerka, domyśla się, iż oczekuje on na telefon od swojego kochanka. Telefon jednak milczy uparcie. 
-Martwisz się.- mówi głośno, a Mark patrzy na niego.- Czekasz na jego telefon i przeklinasz w myślach, że nie wydaje z siebie sygnału przychodzącego połączenia.- zauważa.
-Daj spokój, proszę...
-Przyznaj, powiedz to głośno...- namawia go.
-Co mam przyznać?- dopytuje były partner dziennikarza.
-Kiedy tu jest najczęściej próbujesz odsunąć go od siebie, no może z wyjątkiem momentu, w którym powiedział, że jego ojciec nie żyje. Wmawiasz mu,  że powinien dać sobie spokój z tobą... Ale tak naprawdę martwisz się o niego i ci na nim zależy. Bardzo zależy, Mark.- mówi patrząc na niego.- Patrzę na ciebie i to widzę. Widzę to. I mam nadzieję, że on również to widzi, kiedy patrzy na ciebie, nawet w tych momentach, w których twoje słowa tak mocno w niego uderzają.
-Umarł jego ojciec...
-To nie to... Wiem, że umarł jego ojciec, martwisz się o niego również z powodu jego straty, ale to nie to...- twierdzi dziennikarz.- Kochasz go.- mówi.- Ty go kochasz, przyznaj to. I martwisz się.
-Tak, martwię, bo obiecał się odezwać, a milczy. Nie wiesz co przeżył... Ojciec...
-Wiem.- przerywa Markowi, Ricky.- Wiem Mark, powiedział mi.- oznajmia.
-Powiedział ci?- pyta mężczyzna.
-Tak, rozmawialiśmy o tym. Myślę, że podzielił się ze mną tym, co się wydarzyło, bo wiedział od ciebie, że moi rodzice też nie zachowali się zbyt dobrze, choć w porównaniu z jego, moi wypadli całkiem nieźle... Jednak, tak jak ja, jakoś to przeżył i poradził sobie, jak widzę całkiem nieźle... 
-To prawda.- przyznaje Mark.- Jesteście do siebie podobni, wiesz?- mówi, ale kiedy zauważa dziwne spojrzenie, którym obdarza go Ricky natychmiast tłumaczy.-Nie, nie jestem z nim, bo ma podobną osobowość do twojej, bo widzę w nim ciebie. Nie.- zaprzecza.- Nie ma dwóch takich samych osób. Ty jesteś wyjątkowy...
-Mark...- przerywa mu dziennikarz.
-On tez jest... Ty jesteś.- powtarza.- Zawsze byłeś i będziesz, ale ciebie straciłem...
-Nie chcę w ten sposób rozmawiać...
-Pozwól mi dokończyć, Ricky. Pozwolisz?- pyta.
-Proszę.
-Od pierwszego momentu cię kochałem. Od początku. I byłem z tobą szczęśliwy, ale z niezrozumiałych powodów, z głupoty to zniszczyłem. I musiałem się z tym pogodzić. Pogodziłem, choć to trwało chwilę. My.- wskazuje na Ricky'ego i na siebie.- My to przeszłość.- patrzy na dziennikarza.- Tak, kocham go. Masz rację, kocham.- oznajmia.- Naprawdę. I martwię się, bo ta sytuacja jest trudna, tak jak trudna była twoja. Wiem, pamiętam, co działo się po tym, jak wyjechaliśmy, wiem, że choć starałeś się nie pokazywać tego, jak bardzo to wszystko w ciebie uderzyło, starałeś się chować to gdzieś głęboko, to jednak to ciągle tam tkwiło. I byłem pewien, że prędzej czy później coś się stanie, coś, co sprawi, że nie będziesz już w stanie trzymać tego w sobie, tych wszystkich emocji, tego bólu. Z nim jest podobnie. Boję się, że to stanie się teraz, tam. I martwię się, bo mnie tam nie będzie...
Ricky milczy. Patrzy na Marka i widzi, że mężczyzna w tym momencie jest całkowicie szczery, widzi, że porzucił on maskę " zimnego, niedostępnego drania", którą zakładał, bojąc się w ciągu ostatnich dni pokazać swoje prawdziwe emocje i obawy, strach, który odczuwa po tym, co się wydarzyło. W tym momencie maska całkowicie zniknęła.
-On sobie poradzi.- mówi Ricky stanowczo.- Poradzi sobie, bo jest silniejszy niż nam się wydaje.
Mark wierzy słowom dziennikarza. Wierzy, bo przecież Ricky wie o czym mówi- sam był w podobnej sytuacji, choć z tą różnicą, że nie musiał pożegnać jednego, ze swoich rodziców.
-To jesteś ty.- dodaje Ricky.- Teraz przypominasz faceta, jesteś tym facetem, którego znałem, w którym lata temu się zakochałem.  I jestem pewien, że Sebastian właśnie takiego również cię pokochał. Nie zakładaj ponownie tej maski niedostępności, obojętności, kiedy wróci. Nie ma cię tam, ale jesteś tu i on za dwa dni też tu będzie...- podpowiada mu, a Mark lekko się uśmiecha.- Ale myślę jeszcze, że nie tylko ty czekasz na to, aż telefon zadzwoni...- sugeruje. I być może, kiedy Ricky wychodzi do bufetu i zostawia mu w zasięgu ręki telefon, być może otwiera nową wiadomość tekstową, wpisuje numer Sebastiana i dwa słowa w treści tej wiadomości. I być może wciska " wyślij." I być może chłopak, który w tym momencie znajduje się setki kilometrów od niego czytając te słowa czuje ulgę i być może uśmiecha się przez łzy...
***
-Jak się czuje Mario?- pyta Natalie, kiedy przez zupełny przypadek wpadają na siebie w cukierni. Emily właściwie niewiele może jej powiedzieć, jest pewna, że Nat wie wiele więcej od niej samej, ale rozumie dlaczego pyta, przecież Emily niedawno wróciła z domu Mario.
-Nie mam pojęcia, nie widziałam się z nim.- odpowiada.- Wiem, że był w domu, ale pewnie w swojej sypialni.- tłumaczy.
-Nie zszedł na dół?
-Nie.- zaprzecza.- Jego rodzice byli bardzo milczący i zmartwieni, ale nic nie mówili, a ja nie pytałam. Nie chcę być wścibska, właściwie mogliby powiedzieć, że to nie moja sprawa...
-Nigdy by tak nie powiedzieli...
-Mogliby.- mówi Emily.- Ale powiem ci szczerze, że...- przerywa na moment.- Jak on się ma?- pyta.- Mario, o niego pytam, bo wiem, że Marco zapewne...
-Rozmawiał z nim, tak.- potwierdza Natalie.- Ma jeden z tych gorszych momentów.
-Ten sen...- Emily patrzy na nią.- On wołał ją przez sen. Swoją żonę.- tłumaczy.- Śnił mu się...
-Wypadek.- kończy Natalie.- Zresztą nie pierwszy raz, ale już było lepiej i znowu. Cieszyliśmy się, zawsze się cieszymy, jak nie ma tych snów, ale niestety one wracają.- tłumaczy brunetka.- On przeżył tragedię. To jest świeże, choć minęło kilka miesięcy. Będzie świeże jeszcze długo. Ona naprawdę była całym jego światem. 
***
Dwa dni później...
Rozmawiają na temat dalszego leczenia z lekarzem. Są pewne propozycje ze strony mężczyzny w białym fartuchu, który tłumaczy wszystko i informuje o wszystkim. Mark nie chce podejmować decyzji sam, chce poczekać, chce pomyśleć, toteż po chwili lekarz opuszcza pokój. 
-Myślę, że to byłoby dobre rozwiązanie, ale decyzja należy do ciebie.- mówi dziennikarz.
-Porozmawiam z Sebą...- mówi Mark.- Chcę z nim porozmawiać. Wolałbym...
-Zadecydować wspólnie, to zrozumiałe.- zgadza się dziennikarz.- Najpierw musisz mu powiedzieć, co mówił lekarz...
-Powiem, naprawdę to zrobię.- zgadza się.
-O czym mi powiesz?- pada pytanie więc zarówno Mark jak i Ricky odwracają głowy w stronę drzwi, gdzie stoi partner Marka.
-Wróciłeś... Miałeś jutro...
-Nie mogłem...- mówi Seba.- Nie chciałem tam zostać, chciałem być tutaj, z tobą.- wyznaje podchodząc do łóżka chorego. I kiedy Kilkanaście sekund później Ricky cicho otwiera drzwi, by opuścić pokój, by dać im chwilę spokoju, chwilę na rozmowę słyszy słowa, które padają z ust Sebastiana.
-Nie odpisałem na smsa, bo chciałem powiedzieć osobiście. Ja ciebie też, Mark. Ja ciebie też kocham.
Na twarzy Ricky'ego, w tym momencie pojawia się uśmiech i wie on już, że wszystko będzie dobrze.
***
Emily spogląda na małą dziewczynkę śpiącą spokojnie w łóżeczku. Julie przed momentem zasnęła podczas zabawy, więc niania położyła ją do łóżeczka uważając, by jej nie obudzić. Wykorzystując czas, kiedy dziewczynka ucina sobie drzemkę, Emily ma zamiar posprzątać zabawki porozrzucane po podłodze. Nie robi tego jednak od razu, ponieważ uwielbia poświęcić chwilę, by popatrzeć na śpiącą dziewczynkę. Nie wie w którym momencie w pokoju pojawia się ojciec małej. Zauważa jego obecność, kiedy chłopak staje obok. Emily spogląda na niego i od razu zauważa sińce pod oczami oraz bledszą niż zwykle twarz piłkarza. 
-Cześć.- mówi do niej mężczyzna.
-Cześć.- dopowiada.- Jak się czujesz?- pyta.
-Pytasz o moje plecy?- pada pytanie.
-Pytam o plecy i nie tylko o nie.- odpowiada.
-Moje plecy mają się lepiej, a ja...Cóż... Rozmawiałem przed chwilą z twoją mamą...
-Złapałeś ją? Ma takie urwanie głowy, bo ma tak zapchany dzień, pacjent za pacjentem... Nawet nie miała czasu odebrać telefonu, dobijałam się do niej ponad godzinę zanim odebrała...
-Ode mnie odebrała od razu. Myślę, że moja mama z nią rozmawiała i pewnie powiedziała jej, że świruję...
-Co ty mówisz?
-Przepraszam, nie słuchaj mnie...- mówi piłkarz.
-Co się stało? Jesteś zły?
- Na ciebie nie, ale moja mama... Jestem na nią zły. Zasłużyła sobie, naprawdę.
-Co zrobiła?
-Panikuje. 
-Troszczy się, martwi.
-Wiem, ale momentami ta troska, nadopiekuńczość daje odwrotny skutek. Ja naprawdę w tym momencie nie chcę słuchać jak to powinienem odpoczywać, nie przejmować się, bo przecież mam ich, bo oni mi pomogą, bo sam nie jestem w stanie zaopiekować się Jull...
-Jesteś, ale teraz, gdy cię bolało...
-Jej nie chodziło o mój stan fizyczny, bardziej o to, że nie jestem zdolny psychicznie zając się moją córką. Też tak uważasz?- spogląda na nią.- Przepraszam, pytam bez sensu. Przecież obserwujesz i widzisz... Moja mama pewnie ma rację...
-Hej.- przerywa mu.-Twoja mama się troszczy, ale ja nie uważam, że nie jesteś w stanie zając się Jull. Świetnie sobie radziłeś, radzisz i będziesz. Teraz po prostu fizycznie nie możesz, bo przecież nie możesz jej podnosić. Ale jak ci twoi fizjoterapeuci wezmą sprawy w swoje ręce i ból minie, a zastrzyki zrobią swoje, to Julie w końcu będzie tam gdzie najbardziej uwielbia być- w ramionach taty.- mówi szczerze.- Umówiłeś się z moją mamą?
-Tak, za półtorej godziny mam się z nią spotkać.
-Pojedziemy z tobą, co ty na to?
***
Witajcie :)
Wiem, że trochę mnie nie ma tutaj, ale nie ma mnie również w domu więc nie mam możliwości pisać częściej. Wybaczcie. 
Jest późno, powinnam w tym momencie spać, ale postanowiłam jednak posiedzieć, skoro w końcu mogę chwilę poświecić i wrzucić kolejny rozdział, który mam nadzieję, przypadnie Wam do gustu. Oczywiście czekam na opinie w komentarzach. Pozdrawiam:)