czwartek, 27 sierpnia 2015

16. Zabierz mnie...

***
Wsłuchajcie się podczas tego rozdziału w pierwszą piosenkę z playlisty- Gosi Andrzejewicz. Ten utwór pasuje do scen na cmentarzu, napisałam je pod wpływem tej piosenki. W moim wyobrażeniu były bardziej rozbudowane, ale jak to często bywa, wyobrażenie inne, a efekt inny :)
***

Budzi go dźwięk telefonu. Wie, że nie włączał budzika, zresztą pomimo tego, iż jeszcze nie jest w stanie jasno myśleć, ponieważ został wyrwany ze snu, jest pewien, że to nie melodia budzika. Właściwie z zamkniętymi oczyma sięga do szafki, na której leży jego telefon. Kiedy ma go przed sobą zmusza się do otworzenia oczu. Patrzy i zamiera na moment. Bo to faktycznie powiadomienie. Na ekranie pisze "Urodziny Ann." 
***
Pije kawę na tarasie. Jest zamyślona, nie słyszy nawet kroków swojego ojca, którego obecność zauważa w momencie, w którym mężczyzna zajmuje miejsce na krześle obok. 
-Jesteś bardzo zamyślona.- zauważa.
-Taki dzień, tato... - mówi upijając łyk i patrząc na swojego ojca.- Nie wiem czemu, ale...
-Znów rozmyślasz, że ten dzień nie nadszedł by, gdyby nie zdarzył się cud...
-Tak. Te myśli to coś normalnego. Są dni, kiedy wstaję i po prostu żyję, ale są też takie, w które myślę kim była osoba, dzięki której tu teraz jestem i rozmawiam z Tobą. Zastanawiam się co robią jej najbliżsi, kiedy ja po prostu siedzę tuz moim ojcem i jestem szczęśliwa? Czy oni też, po stracie mają choć namiastkę szczęścia, które mam ja?- zastanawia się na głos.- Czy cierpią, bo upłynęło zbyt mało czasu, czy nawet, gdy upłynie go więcej, to czy będą w stanie zaznać odrobinę radości? 
-Nie potrafię odpowiedzieć na Twoje pytania, kochanie.- odzywa się ojciec dziewczyny.- Myślę, iż tylko bliscy tej osoby, mogliby zdradzić co czują. Wiem jednak, jestem pewien, iż minęło zbyt mało czasu, by pogodzić się ze stratą. Czasem w ogóle nie da się tego zrobić.- spogląda na nią.- Ale nie możesz czuć się winna z powodu tego, że ty żyjesz, cieszysz się każdą chwilą, a oni cierpią. Jestem pewien, iż fakt, że serce bliskiej im osoby bije w kimś, łagodzi ból. 
-Oby tak było, oby tak było, tato...- wzdycha, a kilka sekund później czuje ciepłą dłoń swojego ojca na swojej. I naprawdę jest wdzięczna Bogu za ten dzień  i każdy kolejny.
***
Ten dzień należy do czołówki tych ciężkich. Smutek uderza w niego w momencie przeczytania powiadomienia w telefonie, a potem wcale nie jest lepiej. Kiedy wstaje, okazuje się, iż w domu nie ma jego córki, ani jego mamy. w kuchni znajduje kartkę z informacją, iż babcia zabrała wnuczkę na spacer, ponieważ pragnęła, by odpoczął. Najpierw się złości, ponieważ każdy dzień rozpoczyna od przytulenia swojej córeczki, tego dnia nie może. Tak więc czuje złość, jednak zaraz reflektuje się, gdyż wie doskonale, iż jego mama nie zrobiła tego, by go zranić czy wkurzyć, a z troski o niego, ponieważ kilka ostatnich nocy nie mógł spać. Tak więc złość mija, a zastępuje ją poczucie winy, bo przecież jak mógł złościć się na mamę?
Ma zamiar zjeść śniadanie, jednak zaraz po przygotowaniu go okazuje się, iż niespecjalnie czuje głód, odczuwa wręcz uścisk w żołądku, który raczej nie jest objawem głodu. Nie je. Idzie do łazienki z zamiarem wzięcia prysznica i zmycia z siebie tego przygniatającego uczucia. To się jednak nie udaje, ponieważ słyszy dźwięk dzwoniącego telefonu. Nie cieszy się widząc na wyświetlaczu napis " Teściowie."  Od razu domyśla się z jakiego powodu dzwonią. Odbiera.
-Słucham.
-Cześć Mario.- wita się z nim mama Ann.
-Dzień dobry.-odpowiada.
-Co u Was? Jak ma się nasza wnuczka?- pyta.
-Julie ma się świetnie, rośnie.- pada odpowiedź.
-Dawno nas nie było, ale...- słyszy jak rodzicielka jego żony bierze głęboki oddech.- Wiesz... Wybieraliśmy się, jednak... To naprawdę trudne.
-Wiem. Rozumiem.- przyznaje. 
-Dzwonię ponieważ dzisiejsza data...- kobieta zawiesza głos na chwilę i Mario słyszy jej oddech.- Dzisiaj...
-Są urodziny, Ann... - kończy za nią Mario.
- Tak.- przytakuje kobieta.- Mamy zamiar przyjechać na cmentarz i chcielibyśmy się z Wami zobaczyć.
-Zapraszam.- mówi po prostu.- Zawsze jesteście mile widziani.
-Dziękuję. - mówi mama Ann.-Do zobaczenia.
-Do widzenia.
Kiedy połączenie zostaje przerwane Mario wie, iż to będzie długi i bardzo ciężki dzień. 
***
Alice siedząc na kanapie słyszy rozmowę swojej córki, która rozmawia przez telefon. Kiedy kończy zjawia się w salonie, po czym siada na sofie, zaraz obok swojej mamy, wcześniej stawiając na stoliku dwa kubki z gorącą herbatą.
-Proszę, mamo.
-Dzięki.- Alice uśmiecha się z wdzięcznością, po czym bierze kubek do ręki i upija mały łyk gorącego napoju.- Wspaniała jak zawsze.- komplementuje swoją córkę.
-Wiem jaką lubisz.- odzywa się Emily.
-Z kim rozmawiałaś?- pyta.
-Z Christianem.- odpowiada.- Pamiętasz? To narzeczony Aleksandry.- mówi, a zaraz potem się poprawia.- Był narzeczonym Aleksandry.- w jej głosie słychać smutną nutę. Jest jej przykro, ponieważ Aleksandra nie miała tyle szczęścia co ona, nie doczekała swojej szansy. Emily ,właściwie odkąd poznała tę dziewczynę, od razu ją polubiła. Pomimo złego stanu zdrowia, blondynka była wyjątkowo pogodną osobą. Nawet wtedy, gdy stan pogarszał się w zastraszającym tempie, ona nadal wierzyła i czekała na dobre wieści. Swoim optymizmem potrafiła zarazić pielęgniarki, swoją rodzinę i osobę, w której była zakochana- Christiana. Emily pamięta właściwie każdą rozmowę odbytą z Aleksandrą, każdy jej uśmiech. Pamięta również to, jak dziewczyna czekała na swojego narzeczonego, oraz to, jak jej oczy błyszczały, kiedy się zjawiał.  Ich uczucie było silne, Emily jest pewna, że silniejsze niż śmierć.
-Zawiesiłaś się, Emily.- mówi Alice.
-Przepraszam.- dziewczyna upija łyk herbaty.- Umówiłam się z Christianem wieczorem na herbatę. Odwiedzę też Aleksandrę na cmentarzu, bo dziś jej urodziny. Chris pewnie przyniesie jej ulubione herbaciane róże, a ja pomyślałam, że to będą białe lilie, bo je też kochała.- spogląda na swoją mamę.- Wiesz, życie nie jest sprawiedliwe.- mówi.- Oni się tak kochali, byli tak bardzo sobie oddani. Mogli być tak bardzo szczęśliwi, a los odebrał im to wszystko. - wypowiada te słowa z żalem.- Nie potrafię tego pojąć dlaczego życie bywa tak bardzo okrutne? Ich miłość była prawdziwa.- spogląda na Alice, ale zaraz potem widzi, że jej mama wskazuje w stronę telewizora, który jest włączony, ale dość mocno wyciszony, jednak na tyle, by usłyszały jakie słowa padają z ust dziennikarki. 
" Była mądrą i piękną kobietą, znakomitą modelką i najukochańszą żoną znanego piłkarza. Byłaby zapewne wspaniałą mamą dla małej Julie. Dziś, zapewne w gronie rodziny, z córeczką, mężem i przyjaciółmi, świętowałaby kolejne swoje urodziny. Niestety jest to niemożliwe. Odeszła kilka dni po wypadku, który zdarzył się, gdy wracali z mężem od przyjaciół. 
Dzisiejszy dzień jest zapewne jednym z tych najtrudniejszych dla jej bliskich."
Obydwie kobiety milczą oglądając i wsłuchując się w słowa dziennikarki. A kiedy na ekranie pojawia się zdjęcia Mario i Ann, uśmiechniętych, szczęśliwych, Alice mówi:
-Ich miłość również była prawdziwa. Oni również mogli być szczęśliwi.
***
Tego dnia nie zjawia się na treningu, ale Marco doskonale wie czemu go nie ma. Wszyscy właściwie wiedzą, że dzisiaj są jej urodziny. I nikt się nie dziwi. Blondyn dzwonił do przyjaciela, ale nie udało mu się porozmawiać z nim, ponieważ w tym czasie rozmawiał z kimś innym. Jednak nie ma zamiaru na tym poprzestać.
***
Niby jest normalnie, szatyn bawi się z córeczką, przytula ją, karmi, układa do snu, wydawać by się mogło, dzień jak co dzień. Jednak ten dzień nie jest takim zwykłym dniem. I to się czuje. Widzą i czują to rodzice szatyna, czuje jego córeczka, która tego dnia wyjątkowo marudzi, jeśli jej ojciec choć na chwilę oddali się od niej. Normalnie uwielbia spędzać z nim czas, natomiast jeśli ten wychodzi, ona zostaje z dziadkami i przyjmuje to zwykle normalnie. Tego dnia jest inaczej. Mała protestuje w momentach, a których Mario oddala się od niej. Więc on po prostu tego nie robi za często. Jest z nią, daje jej całą swoją uwagę. Gdy zjawiają się rodzice jego żony, jedzie z nimi i Julie na cmentarz. Potem wracają do domu, dziadkowie bawią się z wnuczką, potem zabierają ją na spacer, a on idzie z nimi, ponieważ jego córeczka domaga się jego obecności przez cały dzień. Rozmawia z rodzicami swojej żony, słucha, kiedy jej mama wspomina swoją córkę, obydwoje z ojcem wspominają. Stara się włączyć w rozmowę, ale momentami tak ściska go w gardle, że nie może mówić. Oni zdają się rozumieć jego milczenie. Momentami również milczą. Nie ważne co powiedzą, jak wiele wspomnień przywołają, jak bardzo chcą, by wróciła, nie są w stanie cofnąć czasu, nie są w stanie sprawić, by była.
***
-Mario nie było dzisiaj w ośrodku.- mówi blondyn wchodząc do salonu, gdzie bawią się jego dzieci, a Natalie z nimi. Całuje żonę krótko w usta po czym również siada na dywanie. Natalie widzi zmartwienie w jego oczach.
-Wiedzieliśmy, że tak będzie.- mówi.- Dziś są urodziny Ann. 
- Mama zajmie się dziećmi, prosiłem ją.
-To dobrze.
-Przyjechali rodzice Ann...
***
Spogląda na swoją śpiącą córeczkę. Mała oddycha spokojnie. Jest ubrana w piżamkę, którą kupiła jej mama. Niedługo przed wypadkiem Ann kupiła mnóstwo ubranek dla dziecka. Dziwił się wtedy, bo to działo się nagle, gdyż pierwsze twierdziła, że nie chce zapeszać, nie chce kupować za wcześnie. Potem nagle zaczęła przynosić coraz to nowsze pakunki, jak jechali na zakupy, uwielbiała spędzać czas w sklepach dziecięcych. Zresztą on również uwielbiał. Teraz, kiedy o tym pomyśli, jedyna myśl, która mu się nasuwa jest taka, iż jego żona robiła to podświadomie. Nie wiedziała przecież, iż nie będzie mogła uczestniczyć w życiu swojej córeczki. Postępowała tak, jak gdyby wiedziała, że nie będzie mogła robić tego po pojawieniu się dziecka na świecie, choć przecież nie wiedziała.
Patrzy na małą Julie i widzi Ann. Dotyka dłonią malutkiej dłoni dziewczynki śpiącej w łóżeczku. 
-Kocham Cię maleńka.- mówi.- I jak na ciebie patrzę, widzę Twoją mamę. Dziś są jej urodziny i jestem pewien, że ona tu z nami dzisiaj jest, Julie.
***
Rozmawiają długo siedząc w przytulnej kawiarni, popijając herbatę. Wspominają Aleksandrę, bo ten temat jakby sam się nasuwa. Mówią głównie o niej, ale też mówią o swoim życiu, co robią. Christian cieszy się szczerze, iż Emily się udało, że dostała swoją szansę. dziewczynie wydaje się, że bardzo dobrze się trzyma, jednak w pewnym momencie, kiedy rozmawiają o jego zmarłej narzeczonej, chłopak przerywa wpół zdania. Emily zauważa, iż walczy on ze łzami. Nie mówi nic, nie jest w stanie go pocieszyć, po prostu trzyma go za rękę. Cisza, która nastaje nie jest niekomfortowa. Trwa to chwilę, zanim Christian ponownie zaczyna mówić. Jednak potem mówi swobodnie. W pewnym momencie obydwoje dochodzą do wniosku, że powinni się zbierać. Jadą na cmentarz, do Aleksandry. I kiedy idą alejką, Emily rozpoznaje Mario, który stoi przy jednym z grobów. Ona wie, kto tam spoczywa. 
***
Co czuje stojąc nad grobem ukochanej kobiety? To samo co zawsze- ogromny ból i tęsknotę. Te miesiące, kiedy jej nie ma, nie przyzwyczaiły go do bólu. Tęsknota nie zmalała, powiedziałby, że każdego dnia tęskni bardziej. Boli każda chwila bez niej, choć stara się żyć, bo przecież ma dla kogo. I choć niejednokrotnie nachodziły i nadal nachodzą go myśli, o tym, że najchętniej dołączyłby do swojej ukochanej, to przecież nie może zwieść najbliższych, nie może zawieść osób, którym zależy na nim, które w niego wierzą, które starają się z całych sił, by życie bez Ann było dla niego do zniesienia, które wypełniają jego czas, sprawiają, iż jego myśli choć na chwilę odbiegają od wypadku, od śmierci jego żony. Nie może zawieść również najważniejszej kobiety w jego życiu- Julie. I nie może zawieść Ann, która chciałaby, by był najlepszym tatą na świecie.
-Kocham cię, Ann...- szepce.- Kocham tak, że to aż boli, bo nie mogę ci tego powiedzieć, pokazać.- wyznaje.- Tak bardzo cię potrzebuję.
***  

Marco zatrzymuje samochód na parkingu, który znajduje się niedaleko cmentarza. Obydwoje z Natalie wysiadają z samochodu. Malarka bierze bukiet kwiatów, który kupili dla Ann. Gdy znajdują się już w alejce cmentarnej obydwoje z daleka widzą przyjaciela. I kiedy chwilę później obydwoje stają obok niego przy mogile jego żony, nie dziwią ich łzy na jego policzkach, a jego nie dziwi ich obecność. Bo przecież zawsze są. Teraz też.
***
Wracają na parking. Idą cmentarną alejką, rozmawiają cicho. Spędzili przy grobie Aleksandry sporo czasu. Emily idąc zerka w stronę grobu Ann. Zauważa iż Mario nadal tam jest, ale już nie sam. Rozpoznaje drugiego z mężczyzn i jego żonę. Stoją przy grobie modelki całą trójką. Ale nie tylko stoją. Marco obejmuje ramieniem swojego przyjaciela, trzymając dłoń na ramieniu Mario, a Natalie trzyma go w pasie. I w tym momencie dziewczyna wie, iż przyjaźń dwóch piłkarzy, o której mówiono w mediach to nie wymysł. 
***
Stoją przy mogile Ann i milczą. Tego dnia powinni składać jej życzenia, bawić się, oglądać ją szczęśliwą. A teraz nie mogą tego wszystkiego zrobić, bo odeszła. Nie liczą ile czasu spędzają na cmentarzu. Mogą to być minuty, godzina, półtorej, dwie. 
-Czasem, kiedy czuję, że mnie wszystko przerasta, kiedy już nie mogę...- mówi cicho Mario.- Przychodzę tutaj i mówię jej...- Ann zabierz mnie stąd, proszę.- wyznaje.- Ale zaraz potem przed oczyma staje mi obraz Julie i to pragnienie się rozmywa... Nie wiem jak żyć bez niej, nadal nie wiem, jednak chcę żyć, bo kocham moją córkę najbardziej na świecie. I chcę starać się dla niej.- stwierdza.
-Jestem pewien, że ona swoją miłością odpłaci ci za te starania.- mówi blondyn.
***
Jak się podoba rozdział?
Komentujcie.
Aaa... Czy wiecie co się dzieje z Pszczółką Emmą? Zawsze zaznaczała swoją obecność, a ostatnio milczy. Ktoś coś wie? 



środa, 19 sierpnia 2015

15.Cud?

Spogląda na mężczyznę śpiącego na łóżku w hotelowym pokoju. Już dawno nie miała okazji zobaczyć go tak spokojnego. Wie, iż jak tylko się obudzi, ten spokój zniknie, wrócą obawy i strach. Zdaje sobie sprawę, iż pewnie powinna obudzić go już jakiś czas temu, że pewnie on tego chciałby, jednak nie robi tego, choć zdaje wie, że chłopak może być odrobinę na nią zły. Nie robi tego ponieważ wie jak bardzo był zmęczony i jak bardzo potrzebował odpoczynku i snu.  Mijają kolejne minuty, które ona wykorzystuje na wypicie kawy. 
Kiedy Ricky zaczyna się przekręcać, Agnes obserwuje to dopijając kawę. I kiedy zauważa, iż para oczu wpatruje się w nią intensywnie po prostu wstaje, podchodzi do łóżka, po czym kładzie się obok swojej drugiej połowy:
-Dzień dobry kochanie.- mówi dłonią dotykając jego policzka.
-Cześć.- Ricky przysuwa się, by delikatnie musnąć usta swojej dziewczyny, a potem dodaje.-Która godzina?
-Po 10.- odpowiada i zauważa zdziwienie na jego twarzy, a potem rejestruje jak jej mężczyzna szybko siada, po czym wstaje z łóżka.- Dlaczego nie obudziłaś mnie wcześniej? Jak tata? Dlaczego pozwoliłaś mi tak długo spać? - zadaje pytanie za pytaniem, wciągając na siebie czyste spodnie.
-Ponieważ tego potrzebowałeś,a  poza tym upewniłam się czy z Twoim tatą wszystko w porządku.
-Powinienem tam być już dawno.- marudzi.
-Powinieneś zjeść śniadanie. - Agnes wstaje z łóżka, w momencie, gdy on zakłada na siebie koszulę i zaczyna zapinać guziki. 
-Zjem później.- spogląda na nią. 
-Nie.- protestuje dziewczyna.- Zjesz teraz śniadanie, a potem pójdziesz do szpitala. Musisz jeść, z twoim tatą nic złego się nie dzieje, nie bądź uparty.
-Nie jestem głodny, poza tym jestem dorosły i naprawdę nie potrzebuję osoby, która będzie za mnie decydować czy mam jeść teraz czy później, tak?- odpowiada, a zaraz potem tego żałuje, ponieważ jego dziewczyna bez słowa bierze ubrania i znika za drzwiami łazienki. Wie, że jego słowa ją zabolały. Rozumie dlaczego Agnes się martwi. Przed wyjściem puka do drzwi łazienkowych, ale ona nie otwiera ani się nie odzywa. 
-Kochanie, bardzo mi przykro z powodu tego co powiedziałem. Przepraszam. Nie miałem tego na myśli. Potrzebuję cię, bardzo. Wiesz o tym prawda? Otworzysz?- nic to nie daje dlatego chłopak w końcu wychodzi z pokoju i idzie do szpitala. Agnes nie zjawia się tam. Kiedy mama dziennikarza wraca do hotelu, dziewczyna syna dotrzymuje jej towarzystwa, kiedy je posiłek, rozmawiają, ale nie poruszają tematu Ricky'ego, choć rodzicielka dziennikarza domyśla się, iż coś musiało się wydarzyć, ponieważ Agnes jest smutna, Ricky, którego spotkała w pokoju ojca również był w podobnym nastroju.
***
Nanosi kolejną warstwę farby, kiedy słyszy odgłos kroków w domu. Wie, że wrócił Marco, który był na treningu. Nie rusza się z pracowni, ponieważ wie, iż jej mąż wie doskonale gdzie ma jej szukać. Ten dzień ich pociechy spędzają z dziadkami, więc Natalie może spokojnie malować. Chwilę później do pracowni wchodzi piłkarz. Jest przebrany w dresowe krótkie spodenki, nie ma koszulki i oczywiście, jak to bywa najczęściej jest na bosaka. 
Natalie nie odwraca się choć wie, że przyszedł, ale uśmiecha się gdy nagle zostaje przyciągnięta do niego tak, że jej plecy opierają się o jego klatkę piersiową, a jego ręce ją obejmują. Czuje też usta chłopaka na swojej szyi.
-Wrócił twój mężulek.- mówi cicho blondyn.
-Cieszę się, że wrócił mój mężulek.- odpowiada malarka.
-Zrobisz sobie małą przerwę?- pyta mężczyzna.
-Nie mogę kochanie, muszę skończyć.- pada odpowiedź.
-A co jeśli twój mąż cię bardzo potrzebuje?- pyta.
Dziewczyna odwraca się tak, że stoi twarzą do niego.
-Coś się stało?- pyta lustrując go wzrokiem.
-Po prostu potrzebuję odrobiny czułości...-mówi piłkarz spoglądając jej w oczy.- Trochę pocałunków i przytulania?- pyta.
-Kochanie to zajmie mi najwyżej 10 minut, dobrze? Muszę domalować te cienie i obraz będzie gotowy.
-Dobrze, będę na dole.- muska jej usta swoimi po czy odwraca się, więc Natalie zauważa niebieskie plastry, które jej mąż ma przyklejone w okolicy krzyża, a które znikają pod jego bokserkami.
-Co się stało?- pyta zanim Marco udaje się wyjść z pokoju. On odwraca się zdezorientowany.- Twoje plecy i te plastry...- tłumaczy Nat.- Coś się stało?
-Aaa... to... naciągnąłem się za bardzo, bolało więc przykleili mi plastry. 
Dziewczyna podchodzi do piłkarza, staje za nim po czym przejeżdża delikatnie palcami od momentu gdzie plastry się zaczynają, a potem odchyla lekko jego bokserki i widzi, że kończą się na jego biodrze. Blondyn po prostu pozwala jej na to, by przekonała się, że nic złego mu się nie stało, ona zawsze to robi, sprawdza, czy nic mu nie jest, przekonuje się. Kiedy palce Nat przestają badać jego skórę, blondyn po prostu całuje  ją krótko w usta po czym wychodzi.
***
Siedząc przy łóżku taty zastanawia się co robi Agnes. Od mamy dowiedział się bowiem, że dziewczyna wyszła z hotelu. Nie ma jej tego za złe, nie czuje, że go opuściła, bo przecież od kilku dni nic innego nie robiła tylko była ciągle przy jego boku. Wie, że zawinił. Niby powiedział jedno zdanie, ale zdaje sobie sprawę, iż to na pewno ją dotknęło. Więc postanawia sobie, iż kiedy jego mama przyjdzie, on porozmawia ze swoją kobietą. Teraz jednak spogląda na tatę, który uparcie śpi.
-Tato, możesz się w końcu obudzić?- pyta syn cicho.- My tu czekamy na ciebie, martwimy się. Postaraj się, tak?- mocniej ściska jego dłoń.- Martwię się tym, że się nie budzisz, ale jeszcze martwię się, bo powiedziałem coś i Agnes, moja dziewczyna... Te słowa mogły ją urazić, na pewno uraziły... Ona się o mnie martwi, co jest zrozumiałe, a ja chyba okazałem się niewdzięcznikiem. - mówi.- Nie chcę jej stracić, wiesz? Ja ją kocham, naprawdę kocham, kocham mocno.- wyznaje po czym milknie na moment.-Po tym jak zostałem zdradzony... To było straszne.- wzdycha.- Po takim czymś, w takich momentach i po takich zdarzeniach nie wierzysz, że kiedykolwiek będziesz w stanie komuś zaufać ponownie. Ja też nie wierzyłem... Ale okazało się, że można, trzeba tylko spotkać odpowiednią osobę. - szepce.- Ona jest taką osobą. - stwierdza.- Jestem pewien tego uczucia... I chciałbym mieć z nią dziecko.- wyznaje.- Chciałbym również byś był obok i mógł to zobaczyć, więc musisz walczyć. Musisz się obudzić, tato.- szepce.
Słyszy jak odsuwają się drzwi. Odwraca głowę i widzi Agnes. Na jego twarzy pojawia się lekki uśmiech, bo przyszła. Dziewczyna podchodzi do łóżka zanim Ricky może zareagować. Wstaje z fotela, po czym puszcza dłoń ojca i przytula do siebie mocno blondynkę.
-Przepraszam.- szepce w jej włosy.-Przepraszam kochanie.- powtarza.- Nie chciałem cię zranić, ja wiem, iż się martwisz, rozumiem to i dziękuję za troskę. Wybacz mi.- prosi.- Kocham cię tak bardzo, nie chcę sprawiać ci przykrości, nie chcę abyś cierpiała. 
-Ja też cię kocham, Ricky.- mówi Agnes.- Przepraszam, że dopiero przyszłam, ale musiałam odsapnąć moment.
-Rozumiem, w porządku. Kocham cię.
-Ja ciebie też.
Ich usta łączą się w małym pocałunku. Oni jeszcze tego nie wiedzą, ale ktoś bardzo ucieszy  ten widok...
***
Kilka minut wcześniej.
Słyszy głos, męski głos. Zna go, zna bardzo dobrze. Słucha, choć on nie mówi, nie może. Jednak trafia do niego każde słowo. Próbuje odpowiedzieć, jednak jego usta na razie nie chcą współpracować. Chce otworzyć oczy, jednak powieki zdają się być za ciężkie. Wtedy próbuje poruszyć dłonią, jednak i te starania są bezskuteczne. Więc po prostu słucha. Jego umysł rejestruje każdą literę, wyraz, każde zdanie... To nie pierwszy raz, kiedy do niego mówią... Wcześniej również słyszał, każde słowo...
Słyszy również jakiś dźwięk, potem ciche kroki. Następnie padają słowa... Przeprosiny... 
Słucha... Po chwili podejmuje kolejną próbę pokazania tego, że jest, że słyszy... I kiedy w końcu jego powieki odrobinę się uchylają, obraz, który widzi przed sobą wywołuje mały uśmiech na jego twarzy...
-Rick...- chce powiedzieć, ale z jego gardła wydobywa się jedynie jakiś bełkot, jednak to wystarczy, by twarze zarówno mężczyzny jak i kobiety zwróciły się w jego stronę. Na ich twarzach maluje się szok i zaskoczenie, ale zaraz potem pojawia się radość...
-Tato...-mówi dziennikarz.- Wróciłeś, tato...
***
Łapcie kolejny rozdział. Wiem, że teraz była kolej na rozdział na drugim blogu, ale jakoś nie miałam na tamten weny więc napisałam tutaj. 
Komentujcie, będzie mi miło. Pozdrawiam.
                                                                             



środa, 12 sierpnia 2015

14. Historia miłości...

Przemierza ulice Dortmundu, jadąc na sesję z Alice. W dziecięcym foteliku siedzi jego córeczka, jest oczywiście przypięta pasami. Dziewczynka gaworzy i gryzie jakąś zabawkę. Mario jest skupiony na drodze, jednak od czasu do czasu zerka w stronę Julie. Dziewczynka, choć jest mała, jednak coraz bardziej przypomina Ann. Na twarzy Mario pojawia się uśmiech, kiedy Julie piszczy radośnie:
-Jesteś szczęśliwa prawda, Jull?- zwraca się do niej.
Uwielbia patrzeć na swoją córeczkę, szczególnie wtedy, gdy ta szeroko się uśmiecha, a jej oczy błyszczą. I przypomina sobie, iż oczy jego żony również błyszczały w ten sam sposób, kiedy była szczęśliwa. Przypomina sobie ich blask szczególnie wtedy, gdy oczekiwali dziecka. Bo wtedy właśnie ten blask bił z nich cały czas, codziennie, każdego dnia przez kilka miesięcy. Wcześniej również byli szczęśliwi, ale wtedy to szczęście było bardziej intensywne, stałe. 
Zatrzymuje się na skrzyżowaniu i zerka na swoją małą córeczkę, która w tym momencie ponownie wpycha sobie zabawkę do buzi.
-Kocham Cię moja mała księżniczko.- mówi do niej z czułością, a dziewczynka patrzy na niego.- Tatuś cię bardzo, bardzo kocha.- powtarza.
***
Alice siedzi w salonie na kanapie i przegląda maile, gdy słyszy odgłos zamykanych drzwi. Po chwili widzi swoją córkę, która uśmiecha się do niej odkładając torebkę na fotel, po czym siada na drugim. Na jej twarzy gości delikatny uśmiech więc Alice również się uśmiecha:
-Jak twoja kostka?- pyta patrząc na obandażowaną nogę swojej rodzicielki.
-Jest nieźle, bo wzięłam tabletkę przeciwbólową. Bez niej bardzo mnie bolała.- odpowiada. 
-Musisz po prostu pozwolić jej wydobrzeć.- mówi blondynka.- Odwołałaś swoje sesje? 
-Ja...
-Mamo, miałaś zadzwonić i odwołać sesje. Przecież z taką spuchniętą kostką nie będziesz siedzieć w gabinecie i przyjmować pacjentów.-- gani ją dziewczyna.
-Spokojnie, odwołałam.- uspakaja córkę.- Oprócz jednej, ale ta osoba zjawi się tutaj.- mówi.
-Kim jest ta osoba, że nie mogłaś przesunąć sesji, na termin, kiedy będziesz przyjmować?
-To Mario.- odpowiada.-Ta jego sesja była przekładana dwa razy, nie mogłam przełożyć trzeci.- tłumaczy.
-Polubiłaś go.- zauważa Emily.
-Jego nie da się nie lubić, Emi.- stwierdza, a potem ma jeszcze coś powiedzieć, jednak dzwonek do drzwi jej przerywa. Emily podnosi się z fotela po czym wychodzi z salonu. Chwilkę później wraca z Mario, który trzyma w ramionach Julie.
-Dzień dobry.-mówi.- Jak twoja kostka?- pyta.
-Nie jest źle.- odpowiada kobieta.
-Nałykała się pigułek przeciwbólowych.- stwierdza Emily.- Napijesz się czegoś?- spogląda na piłkarza.
-Wody, jeśli mogę prosić.- odpowiada.
-Mamo zrobić ci herbatę?
-Tak, poproszę.
Emily wychodzi do kuchni, a kiedy wraca kilka minut później jego mamy i piłkarza nie ma w salonie dlatego idzie do gabinetu.Przed wejściem puka do drzwi, a dopiero potem wchodzi. Jej mama śmieje się, na twarzy Mario również gości uśmiech i Emily myśli, że chłopak ma piękny uśmiech. Stawia napoje na stoliku, po czym stawia tam również muffinki.
-To tak na osłodę.- mówi uśmiechając się, a Julie siedząca na kolanach taty wyciąga w jej stronę rączkę.-Chodź do mnie okruszku.- dziewczyna wyciąga dłonie w stronę dziewczynki uśmiechając się do niej, a mała również podnosi swoje rączki. Mario pozwala córce terapeutki wziąć małą na ręce.- My pójdziemy na mały spacer po ogrodzie, a wy będziecie mogli sobie porozmawiać.- spogląda na Mario.- To w porządku?
-Tak, ale nie musisz...
-Ale to dla mnie przyjemność i chcę się nią zająć.- mówi dziewczyna.
-Dobrze.
***
Alice słucha dokładnie tego co mówi piłkarz. Do tej pory, na każdej z sesji wszystko działo się powoli. Nie poruszała pewnych tematów, kiedy zauważała, że to niekomfortowe dla szatyna, lub po prostu jest zbyt wcześnie. Tym razem dzieje się inaczej. Tym razem już na wstępie czuje, iż chłopak chce powiedzieć więcej niż zwykle. Zauważa również zmęczenie na jego twarzy i tak własnie zaczyna się ich rozmowa. 
-Od kiedy nie śpisz?- pyta.
-Od dwóch tygodni. - odpowiada.- To takie rzuty, mówiłem ci poprzednim razem o tym. To nie tak, że w ogóle nie śpię, po prostu nie przesypiam spokojnie nocy. Budzę się kilka razy, potem nie mogę zasnąć. Tak się zastanawiałem nad tymi pigułkami, które kiedyś brałem, ale ostatnio powiedziałaś, że najlepiej to przetrwać, spróbować bez wspomagaczy.
-Tak jest najlepiej. Tamtym razem pomogło.
-Tamtym razem po prostu trenowałem wieczorami, więc byłem tak zmęczony, iż zasypiałem od razu.
-Przestałeś trenować wieczorami?
-Nie, ale mój organizm przyzwyczaił się do większego wysiłku. Poza tym... Poza tym wróciły obrazy z wypadku. 
-Śni ci się wypadek?
-Hmm... Nie do końca, to takie urywaki, przebłyski, czasem śni mi się, że Ann mnie woła... Nie mogę jej znaleźć, choć szukam...- patrzy na nią.
-Opowiesz mi o Ann? Powiesz mi o waszej miłości?- pyta Alice patrząc na niego. Wydaje jej się najpierw, że zobaczy jakiś grymas na twarzy piłkarza, który będzie oznaczał, że to trudne, za trudne. Ten się jednak nie pojawia, zamiast niego na twarzy szatyna pojawia się delikatny uśmiech.
-Wiesz, moja córeczka...Nasza córeczka.- poprawia się.- Widzę  niej coraz więcej podobieństw do mojej żony. Oczy... Ma jej oczy. Ten sam kolor i te błyski jak jest szczęśliwa i radosna...- wymienia.- Myślę, że ma jej usta, wiesz kształt. To może się zmienić, Julie jest malutka, ale oglądałem zdjęcia małej Ann i muszę powiedzieć, że naprawdę są bardzo podobne. Kolor włosów... Może chcę to wszystko widzieć, może mi się tak tylko wydaje, ale... chciałbym, by była podobna do Ann... Moja żona była nie tylko piękną kobietą, była nie tylko piękna fizycznie, ale była piękna w środku. I gdy ją poznałem od razu mnie wzięło. Bardzo, ale to bardzo mi się spodobała, jednak z nią nie było tak łatwo. Wiele osób uważa, iż była typową Wags- w tym gorszym znaczeniu tego słowa. Wiesz, że była ze mną, ponieważ jestem piłkarzem, mogłem jej zapewnić wygodne życie, a przy okazji związku ze mną, mogły się nią zainteresować osoby z branży modelingu, bo przecież była modelką, więc mogła zrobić większą karierę. Jednak ona na to nie patrzyła, nie kierowała się tym, kiedy zaczęliśmy się umawiać. Właściwie najpierw nie chciała się ze mną umówić, ponieważ o piłkarzach też ludzie nie mają dobrej opinii. Stereotypy piłkarza- kobieciarza. Jednak w końcu dała się przekonać i zgodziła się gdzieś ze mną wyjść, Potem było kolejne spotkanie i kolejne i następne.Tak było dobre 4 miesiące.  I powiem, że najpierw się zaprzyjaźniliśmy, a dopiero potem odważyłem się jej powiedzieć, ze czuję do niej coś więcej. A odpowiedziała tym samym, byłem przeszczęśliwy  i w końcu ją pocałowałem. I może uznasz, że jestem szalony, ale ten pocałunek pamiętam do dziś. Potem całowałem ją wiele razy, ale tamten wieczór był magiczny, bo wtedy poczułem, że to jest właściwie początek naszej wspólnej historii. I faktycznie to był początek wielu szczęśliwych wspólnych lat.- przerywa podnosząc wzrok.- Ann od zawsze, od samego początku , była dla mnie opoką, ogromnym wsparciem, moją bezpieczną przystanią. Przy niej, kiedy działo się coś złego, miałem gorszy czas jeśli chodzi o piłkę, albo walczyłem z kontuzjami, to wszystko bladło. Choćby nie wiadomo jak źle było, choćbym nie wiadomo jak zrezygnowany był, choćbym nie wiem jak był zły, kiedy wracałem do domu, a ona na mnie czekała, (kiedy już ze sobą mieszkaliśmy), to wszystko odchodziło na bok. Ona wiele razy mówiła mi też, że w moich ramionach czuje się kochana, chciana i bezpieczna. Ja w jej ramionach czułem dokładnie to samo. Dużo pracowała, jednak była na każdym ważnym dla mnie meczu, jeśli była w domu to często przychodziła też na mniej znaczące. Kilka razy zrezygnowała z intratnych ofert, bo ja miałem ważny mecz. Nigdy nie wymagałem od niej tego, by rezygnowała z czegoś, co jest dla niej ważne, ze względu na moje mecze. Ja kochałem piłkę, a ona to w pełni akceptowała, a ona kochała swoją pracę. Miała też obsesję na punkcie zdrowego stylu życia, wiesz... zdrowe jedzenie, dużo ćwiczyła, generalnie żyliśmy i wypoczywaliśmy też aktywnie,  ale były też dni, kiedy mieliśmy wolne i po prostu potrafiliśmy cały dzień przeleżeć na kanapie oglądając jakieś tam filmy i tuląc się po prostu. Nic więcej nie było nam potrzebne do szczęścia. I wtedy grzeszyliśmy jedząc pizzę.- uśmiecha się na to wspomnienie, a Alice obserwuje go i widzi jak z jego oczy rozjaśniły się bardzo, od momentu, w którym zaczął mówić o swojej żonie.
-Mieliście też pewnie złe momenty...- mówi kobieta.
-Tak, było ich sporo. Wiesz... my się generalnie nie kłóciliśmy, nie krzyczeliśmy na siebie, staraliśmy się rozmawiać spokojnie, kiedy wynikał jakiś problem, były ciche dni i łzy również. Były telefony do przyjaciół, jak nie potrafiliśmy się dogadać, a potrzebowaliśmy rozmowy i czyjegoś neutralnego spojrzenia. Ann była wielką zazdrośnicą. Wiesz... gdzieś wyszliśmy, to przeważnie natknęliśmy się na kibiców, często pozowałem z nimi do zdjęć. Były wśród nich również kobiety. Były miłe, a ona złościła się, bo podobno mnie podrywały. Szczerze, to nigdy nie zdarzyło mi się popatrzeć na inną kobietę w sposób, w jaki patrzyłem na moją Ann. Tłumaczyłem jej to wiele razy, wiedziała to, ufała mi, jednak kiedy widziała jak któraś próbuje ze mną flirtować, bo była zła. Mnie to czasem bawiło, bo zdarzyło się, że małymi gestami pokazywała im, że jestem tylko jej.
-Ty też bywałeś zazdrosny?
-Tak, ale starałem się panować nad sobą. Przedkładałem zaufanie nad zazdrość, ale miałem gorsze momenty. Byłem bardzo zazdrosny o Antonia. Ann z nim często pracowała. Robił do niej podchody, a mnie to strasznie irytowało. Jednak koniec końców potrafiliśmy zawsze wyjaśnić sobie wszystko z Ann. Obydwoje mieliśmy zawsze poczucie, iż nasza miłość jest ponad wszystko, że ona przetrwa wszelkie złe chwile. I przetrwała.- zawiesił głos na chwilę.- Straciliśmy dziecko. - powiedział.- Plotkowano o tym w programach śniadaniowych, kiedy zauważono mnie w klinice. Podejrzewano, bo my nigdy, ani nikt z naszych bliskich nie potwierdził tej informacji. To nie była planowana ciąża, nie wiedziałem, Ann również. Dowiedzieliśmy się o dziecku, jak już je straciliśmy. Pamiętam jak bardzo płakała. Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro nie wiedzieliśmy, nie zdążyliśmy przyzwyczaić się do myśli o rodzicielstwie, to będzie mniej boleć. Bolało bardzo. Przetrwaliśmy to, przeszliśmy przez to razem, właściwie zawsze byliśmy razem, dzieliliśmy wszystko. Oczywiście mieliśmy przyjaciół. Oni zawsze byli i wszyscy bez wyjątku kochali Ann. Dla Marco była jak siostra. Jej nie dało się nie kochać. Na niektórych zdjęciach wygląda tak poważnie, tak jakby była zdystansowana, ale ona była naprawdę przemiłą, ciepłą i kochaną osobą.- spogląda na terapeutkę.- Ja naprawdę nie potrafię wyrazić słowami jak bardzo ją kochałem, Alice.- mówi.- Źle powiedziałem... Ja nadal ją tak kocham i nie przestanę nigdy. Takie uczucia nie znikają. 
-Nikt nie chce, byś przestał ją kochać, Mario. - odzywa się lekarka.- Rozstaliście się...
-Tak i to był najtrudniejszy czas w moim życiu...- wyznaje.- Nie dogadywaliśmy się, nie wiem właściwie co się stało. Próbowaliśmy, staraliśmy się, walczyliśmy, ale w pewnym momencie Ann była tak niepewna tego co czuje, że przeczuwałem, iż tak to się skończy. I pewnego dnia powiedziała mi, że potrzebuje przerwy, bo nie wie co czuje, czy jej miłość do mnie jest tak samo mocna jak była. Zasugerowała, że jej uczucia się zmieniły, zbladły... To strasznie mnie dotknęło, zabolało tak, jakby ktoś ugodził mnie nożem prosto w serce, bo moje uczucia nadal były tak samo żywe. Nie mogłem jednak nie dać jej tego czego potrzebowała... wolności i czasu... Dobrze ją znałem, jak nikogo innego i zauważyłem co się z nią działo. Wiesz... ja zawsze chciałem, by była szczęśliwa, a w tamtym momencie nie była więc pozwoliłem jej odejść. Uważałem, że jeśli beze mnie będzie szczęśliwsza, to niech tak będzie. Jednak to nie tak, że nie czekałem każdego dnia na jej powrót. Czekałem codziennie, codziennie, Alicjo. I każdego dnia, kiedy się nie zjawiała, bolało... 
-Wróciła w końcu...
-Tak, pojawiła się pewnego dnia. Była zmarznięta i zdezorientowana. Bała się czegoś, nie wiedziałem... A potem podczas rozmowy, z obawą, powiedziała mi najpiękniejszą nowinę jaką ktokolwiek, kiedykolwiek mi przekazał. Powiedziała, iż spodziewa się naszego dziecka. Nie pamiętam czy najpierw powiedziała, że popełniła błąd odchodząc, bo jej miłość ciągle jest tak samo silna, że nadal kocha mnie tak samo mocno i to się nigdy nie zmieni, czy przekazała wiadomość o ciąży. I znów byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
-Mówiłeś, że się bała, jak przyszła...
-Tak, że nie uwierzę, że maleństwo, które nosi pod sercem jest moje...
-Nie miałeś wątpliwości?
-Ani przez sekundę. Ann nigdy by  mnie nie okłamała w tak ważnej sprawie. Julie jest moją córeczką, ani przez ułamki sekund nie myślałem i nie myślę inaczej. Wzięliśmy ślub. To był piękny i najważniejszy dzień w naszym życiu. Kolejnym miał być dzień narodzin naszej córeczki. My naprawdę na nią czekaliśmy. Julie jest wyczekiwanym i chcianym dzieckiem. I wiem, że gdyby żyła moja żona to nie byłaby jedynym, gdyż zawsze chcieliśmy mieć przynajmniej dwójkę dzieci. Tak się nie stanie, niestety. Ja nie mam przy sobie mojej żony, a Julie nigdy nie przytuli się do swojej mamy. Nie wiem dlaczego Bóg nam ją odebrał, nie rozumiem...- spogląda na kobietę siedzącą w fotelu.- Wszyscy mówią, że czas leczy rany, ale to nieprawda. Po prostu w miarę jego upływu, przyzwyczajamy się do bólu, uczymy się z nim żyć. Ja mam wrażenie, że nigdy się nie nauczę. Codziennie boli tak samo. Codziennie wstaję z łóżka czując go i kładę się spać z tym samym uczuciem. Codziennie umieram z tęsknoty za nią... I nie wiem czy chciałbym żyć dalej, gdyby nie moja córeczka...
***
Huśta się na drewnianej, ogrodowej huśtawce. W swoich ramionach trzyma małą, śpiącą dziewczynkę. Spogląda na spokojnie śpiące dziecko i widzi, że po twarzy maleństwa raz po raz przemyka uśmiech. Mała mimowolnie, w niektórych momentach uśmiecha się. Dziewczynka jest prześliczna, blondynka nie może oderwać od niej wzroku. Zawsze uwielbiała dzieci, w tej kwestii od lat nic się nie zmienia. Zawsze chciała je mieć, niestety to bardzo prawdopodobne, iż to marzenie nigdy się nie spełni. Ta myśl uderza w nią nagle, z nienacka. Do tej pory cieszyła się szansą, którą dostała. W tym momencie, gdy trzyma w ramionach tę małą, wspaniałą istotkę, te myśli zalewają jej umysł. Przecież ona nie będzie za jakiś czas mogła trzymać takiego małego szczęścia w swoich ramionach, szczęścia, które byłoby jej. I to boli.
***
Wychodzi przez drzwi tarasowe zgodnie ze wskazówką Alice, która z racji bolącej i opuchniętej kostki nie mogła mu towarzyszyć i nie widzi nigdzie córki kobiety. Wychodzi na taras po czym staje i opiera się o barierkę. Rozgląda się. Ogród jest piękny. W oddali, w rogu widzi huśtawkę, a na nim siedzącą dziewczynę. Jej rozpuszczone włosy opadają na jej twarz, z racji tego iż dziewczyna ma głowę nieco pochyloną do przodu. I może Mario ma zwidy, ale przez ułamki sekund wydaje mu się, iż to nie Emily siedzi na huśtawce trzymając w ramionach śpiącą dziewczynkę, a jego Ann. W tym momencie i w tej pozie tak bardzo mu ją przypomina...
***
Kolejny rozdział napisany zupełnie spontanicznie. Wybaczcie błędy i niedociągnięcia, ale zupełnie nie mam siły sprawdzać i poprawiać. 
Pisałam, że zamierzam czekać na 10 komentarzy- cóż nie zaczekałam, bo pomyślałam, iż się nie doczekam. Jest mi przykro, że wiele osób czyta, a nie chce zostawić po sobie kilku słów...