poniedziałek, 28 grudnia 2015

25.Emily...

Mario leżąc na kanapie w salonie słyszy rozmowę Emily, którą dziewczyna najprawdopodobniej prowadzi z jego mamą. Nie jest pewien, wnioskuje to z tego co słyszy.
-Ależ nie ma potrzeby, aby Państwo wracali wcześniej, przecież ja tu jestem.- tłumaczy spokojnie.- Julie ma się świetnie, ucina sobie właśnie drzemkę, Mario odpoczywa w salonie.- mówi.- Nic złego się nie dzieje.- milczy przez moment.- Tak, dostał zastrzyk rano. Proszę się nie martwić.- zapewnia.-Tak, do zobaczenia.-dziewczyna odkłada telefon,by następnie zabrać kubek z parującą herbatą. Kiedy wchodzi do salonu zauważa, że Mario już nie ucina sobie drzemki. 
-Myślałam, że nadal śpisz.- mówi stawiając kubek na stoliku przed kanapą, na której odpoczywa chłopak.
-Obudziłem się chwilę temu.- odpowiada.-Rozmawiałaś z moją mamą?- pyta.
-Tak.
-Bardzo cię męczyła?
-Nie bardzo, ale się martwi i musiałam odwieść ją od pomysłu natychmiastowego powrotu.
-Nie zdziwię się jak pomimo to i tak wrócą.- mówi chłopak po czym powoli próbuje się podnieść do pozycji siedzącej.
-Pomogę ci.- oferuje Emily i pomaga mu usiąść.
-Dziękuję.- słyszy z ust piłkarza.- Za to, że wczoraj się pojawiłaś, za to, że zajęłaś się moją córką i za to, że nadal zajmujesz się nie tylko nią, ale i masz na głowie i mnie dodatkowo.- mówi.
-Nie masz za co dziękować, zawsze chętnie pomogę, choć wolałabym widzieć cię w dobrej formie. Wczoraj naprawdę mnie wystraszyłeś.- wyznaje.
-Ja też się wystraszyłem.-przyznaje szatyn.- Miałem różne kontuzje, czasem naprawdę poważne, bolało mnie, ale nigdy nie miałem żadnego zapalenia znikąd właściwie. Wiem jak boli naciągnięty mięsień, ale jak się wczoraj obudziłem to od razu wiedziałem, że to nie od tego tak mnie boli. No i mam...- wzdycha.
-Najważniejsze, że jest lepiej, wiesz co się stało, dostałeś zastrzyk i teraz już naprawdę będzie dobrze.
-Tylko muszę znów czekać...
-Nie masz wyboru.
-Jak zawsze...- mruczy i upija łyk herbaty.
***
Kiedy pojawia się w klinice, w pokoju Marka, ten śpi. W pomieszczeniu jest jeszcze Sebastian, który widząc go proponuje mu pójście na kawę do bufetu,  na którą to propozycję chętnie przystaje.
-Muszę polecieć do domu.- mówi partner Marka.- Chcę być na pogrzebie mojego ojca, zarezerwowałem już bilet.- patrzy na Ricky'ego.- Nie chcę jednak zostawiać go samego. Wiem, że planowałeś powrót do domu, ale jeśli mogę cię prosić, byś został dwa dni dłużej, do mojego powrotu, to bardzo proszę zostań.- prosi go.
-Wczoraj rozmawiałem z Agnes, moją dziewczyną... Musiałem, bo miałem już wracać do domu.
-Nie zgodziła się? Zrozumiałe, ja też czułbym się niepewnie...
-Zostanę oczywiście.
-Jeśli masz mieć problemy ze swoją dziewczyną...
-Nic podobnego, ona nie ma nic przeciwko. Próbuję ci właśnie powiedzieć, że miałem zamiar zostać tutaj kiedy ty będziesz w domu, jeśli jest taka potrzeba. Nie chciałbym byś pomyślał, że się narzucam, jestem nadopiekuńczy czy coś podobnego.
-Dziękuję. Nie chcę by został sam. On nie może być teraz sam. 
-Nie będzie. Wyjadę po tym jak wrócisz.- zapewnia Ricky. Przez chwilę piją kawę w milczeniu. Sebastian wyraźnie nad czymś się zastanawia, ale nie mówi nic, więc Ricky nie pyta. Dopiero po chwili w końcu partner Marka się odzywa.
-Mark mówił mi, bez szczegółów oczywiście, że twoja rodzina, kiedy dowiedziała się, że jesteście razem odrzuciła cię... Mnie też...- wyznaje i podnosi wzrok .- Choć to, że mnie odrzucili to lekko powiedziane. Mój ojciec... on...- przerywa na moment, by po kilku sekundach znów mówić.- Bałem się powiedzieć, ale z drugiej strony miałem dość tego, że ciągle mnie swatali z córkami znajomych. Gdybym wiedział co się stanie, gdybym wiedział jak to przyjmą, nigdy bym tego nie powiedział.-wyznaje.-Wybuchła wielka awantura, próbowałem tłumaczyć, ale nikt nie chciał słuchać, on krzyczał, wyzywał mnie, a moja matka nie mówiła nic, po prostu płakała. Kiedy próbowałem się bronić dostałem w twarz, ale na tym jednym razie się nie skończyło. Mój ojciec był dobrze zbudowanym mężczyzną, nie miałem szans. Pamiętam jak pociągnął mnie za włosy, kiedy chciałem uciec z pokoju, szarpnął mnie i pamiętam ból głowy, gdy upadłem na parkiet. Potem obudziłem się w szpitalu z pękniętą czaszką i niedowładem prawej ręki.  Byłem w prywatnej klinice, gdzie mogłem dojść do siebie, gdzie była rehabilitacja, ale gdzie byłem sam. Nigdy nie usłyszałem przepraszam. - wyznaje, a Ricky domyśla się, jak źle w tym momencie musi czuć się chłopak.- Najpierw, kiedy usłyszałem o jego śmierci, to pomyślałem sobie, że nie pojadę, bo przecież nie muszę czuć się zobowiązany. Ale to mój ojciec. To mój ojciec.- patrzy na Ricky'ego.- Postępuję irracjonalnie pewnie...
-Nie postępujesz, wiem co czujesz. Mój ojciec nie umarł i mnie nie pobił, ale po wielu latach, jak już wróciłem do Dortmundu, nie będąc już z Markiem, ale to akurat najmniej ważne, miał poważny wypadek. Mógł wtedy umrzeć, a ja, choć byłem zły, miałem do niego ogromny żal, to jednak nie mogłem nie pojawić się w szpitalu, pomimo wszystko. Bo to mój ojciec. I jestem pewien, że dobrze robisz jadąc na pogrzeb pomimo tego, co się stało. Nie rób tego dla innych, po prostu zrób to dla siebie. 
***
-Dzięki. -mówi Marco odbierając od Emily kubek z herbatą.
-Pójdę zobaczyć do małej.- mówi dziewczyna.
-Śpi, byłem przed momentem. Możesz spokojnie sobie usiąść.
-Nie chcę wam przeszkadzać.- stwierdza.
-Nie będziesz. Chodź.-namawia ją.
Obydwoje wchodzą do salonu, gdzie w pozycji półsiedzącej jest Mario popijając swoją herbatę i rozmawiając przez telefon ze swoją mamą. Po cichu, aby nie przeszkadzać w rozmowie siadają na kanapie.
-Mamo wszystko jest w porządku. Z Julie też, Emi świetnie się nią zajmuje, jak zawsze zresztą.- Tłumaczy zirytowanym tonem.- Tak, mną też się zajmuje, mamo, choć nie ma takiego obowiązku.- dodaje.- Tak, dostałem kolejny zastrzyk. - słucha przez chwilę.- Dobrze kończę, bo jest Marco i Emily. Do zobaczenia jutro po południu tak? Do zobaczenia.- rozłącza rozmowę po czym odkłada komórkę unosząc się lekko,a  wtedy jedna z poduszek, którą ma pod plecami wysuwa się co natychmiast zauważa Emily, więc podnosi się, podchodzi bliżej niego, po czym wsuwa ją na miejsce.
-Wysunęła się.- tłumaczy.
-Dziękuję.- mówi Mario.
-Nie jest ci zimno w stopy?- pyta widząc, że piłkarz nie ma ubranych skarpet.
-Jest w porządku, dziękuję.- odpowiada mężczyzna.- Momentami zachowujesz się jak moja mama.- uśmiecha się szatyn.
-Gdybyś usłyszał wszystko, co ja usłyszałam przez telefon, też byłbyś nadopiekuńczy. Chociaż ja i bez tego jestem...- przyznaje dziewczyna.
-Co akurat nie jest wadą.- dodaje Marco.- Lepiej być troskliwym niż obojętnym.- kwituje.
-Wychodzę z tego samego założenia.- zgadza się Emily.
-Cóż... a ja nie będę narzekać, bo jestem wam wdzięczny, że jesteście.- mówi poważnie.-Oszalałbym sam.- dodaje.
-Hej... Będzie w porządku.- mówi blondyn.
-Powiedz to moim plecom.
***
Natalie całuje śpiącego Oliego, a zaraz potem Cassie. Uśmiecha się, kiedy patrzy na swoje pociechy pogrążone we śnie. Jest taka szczęśliwa, że je ma. Nie wyobraża sobie życia bez tych małych istot. Tak bardzo je kocha. 
Słyszy odgłos zamykanych drzwi na dole, więc jest pewna, że jej mąż wrócił i własnie wszedł do domu. Zostawia włączoną lampkę, po czym wychodzi z pokoju dzieci. Marco znajduje w kuchni, kiedy pije wodę z wysokiej szklanki. Podchodzi do niego, po czym obejmuje go w pasie wtulając się w jego klatkę piersiową. Piłkarz odkłada szklankę na blat, a zaraz potem obejmuje ją i jeszcze mocniej przytula do siebie.
-Stęskniłaś się?- pyta.
-Zawsze jestem stęskniona.- słyszy odpowiedź.- Pocałuj mnie.- prosi. Dostaje to czego chce już kilka sekund później. Jej mężczyzna bowiem pochyla się odrobinę, po czym czuje jego usta na swoich. I choć są ze sobą już długo, choć wymienili przez ten czas między sobą tysiące pocałunków, to ona nigdy nie ma dość ust swojego męża. 
Mija dłuższa chwila, kiedy w końcu odsuwają usta od siebie. Marco uśmiecha się patrząc na jej zaczerwienione usta. 
-Kocham cię.- mówi jej, choć tego dnia wypowiedział te słowa już kilka razy.
-Kocham cię bardziej.- słyszy z jej ust.- I cieszę się, że jesteś już w domu. Pomyślałam o kąpieli...- mówi patrząc na niego.
-Wspólnej...- podpowiada jej.
-Wspólnej.- przytakuje Natalie uśmiechając się.
-Pójdę napuścić wodę, ale najpierw zajrzę do naszych dzieci i dam im buziaka na dobranoc.
-Dobrze.
Chwilę później, kiedy Natalie zjawia się w łazience jej mąż jest już w wannie. 
-Czekałem na ciebie.- mówi jej więc nie zastanawiając się długo dołącza do niego. Woda jest ciepła i przyjemna, ale jeszcze przyjemniej czuje się opierając się placami o klatkę piersiową swojego męża, głowę opierając na jego ramieniu, czując delikatne pocałunki, które mężczyzna składa na jej szyi.
-Mieliśmy wziąć kąpiel.-  przypomina Natalie uśmiechając się.
-Przecież się kąpiemy.- odpowiada blondyn.- Zawsze cię całuję więc dlaczego w wannie miałoby być inaczej?
-W wannie też zawsze mnie całujesz.- zauważa malarka.
-I nie tylko...- dodaje Marco składając kolejny pocałunek na jej szyi, a potem odwracając jej twarz bardziej w jego stronę i sięgając ustami do jej ust.- Rozumiem jednak, że dzisiaj mam być grzeczny?- patrzy na nią mrugając.
-Wiesz to zależy...- zaczyna Nat.- Jeśli chcesz za 9 miesięcy powitać kolejnego małego członka naszej rodziny, co jest bardzo, bardzo prawdopodobne, jeśli będziesz kontynuować, to nie musisz przestawać.- jego żona przesuwa się lekko, zmienia pozycję tak, że teraz może tulić się do niego siedząc już bokiem. Marco całuje ją w czoło. 
-Będę grzeczny.- obiecuje, a Natalie uśmiecha się wtulając się w jego ciało. Niedawno rozmawiali bowiem o trzecim dziecku, ponieważ obydwoje chcieliby, by w ich życiu pojawił się kolejny owoc ich miłości, jednak postanowili, że to jeszcze nie ten czas, że powinni jeszcze poczekać. -Choć naprawdę trudno mi to przychodzi mieć cię tak blisko i skończyć na pocałunkach i przytulaniu.- dodaje i jest pewien, że jego żona choć nie widzi w tym momencie jej ust, to jednak się uśmiecha. 
Spędzają w wannie jeszcze kilkanaście minut, by po kąpieli i dokładnym wysuszeniu położyć się do łóżka.
-Co u Mario, bo nie zapytałam w końcu, choć taki miałam zamiar?-pyta brunetka.
-Dostał kolejny zastrzyk, czuje się lepiej. Jego mama dzwoni ciągle, by się upewnić, czy wszystko w porządku, chyba naprawdę się bardzo wystraszyła.
-To pewnie Mario się denerwuje?
-Stara się tego po sobie nie pokazywać. Dodatkowo Liliana dzwoni do Emily, ale ona to już chodząca oaza spokoju. Jest mega cierpliwa, Mario mi opowiadał jak rozmawia z jego mamą, jak spokojnie odpowiada na każde pytanie, podczas gdy jego roznosi, choć wszystkiego nie słyszy.
-To musi być ciekawie.
-Wiesz coś ci powiem... Może nie powinienem, ale coś mi przyszło na myśl w momencie, w którym Emily poprawiała Mario poduszkę, jak mu się wysunęła... To znaczy już wielokrotnie to przychodziło mi na myśl, ale dziś znów...
-No to  powiedz co to takiego?- pyta zaciekawiona Natalie.
-Wiem, że to pewnie nierealne, bo znam mojego przyjaciela, wiem jak bardzo kochał i kocha Ann... I wiem, że mało prawdopodobne, by się szybko przełamał i dał komuś szansę, ale wiesz... myślę, że to powinien być ktoś taki jak Emily. - mówi Marco.
Natalie zastanawia się nad słowami, które wypowiedział jej mąż. I przyznaje mu rację.
-Masz rację Marco. - mówi.
-Tylko czy to się kiedykolwiek zdarzy? 
-On nadal potrzebuje czasu.
-Wiem o tym doskonale.
*** 
Uśmiecha się słuchając jak jego żona nuci  piosenkę, która własnie w tym momencie leci w jednej z ich ulubionych stacji.Ann również się uśmiecha podśpiewując i głaszcząc troskliwie jej duży ciążowy brzuszek. On przez moment również go dotyka, wtedy, kiedy jego żona mówi, iż jego córka kopie. Ruchy ich dziecka, które dokładnie czuje, kiedy trzyma dłoń na wypukłym brzuszku żony, wywołują na jego twarzy jeszcze większy uśmiech. 
-Będzie piłkarką?- żartuje Ann.
-Ma to w genach po tatusiu.- dodaje Mario.
Ann uśmiecha się, a on bierze dłoń i układa ją spowrotem na kierownicy. Czuje jak jego żona kładzie swoją dłoń na jego udzie.
-Nadal nie mogę w to uwierzyć, że ten nasz mały cud będzie z nami już za 6 tygodni.- mówi jego żona.
-Nie mogę się doczekać kochanie.- twierdzi piłkarz.- Myślę, ze ta mała kobietka odwróci nasz świat do góry nogami, ale pozytywnie oczywiście.
-Jestem tego pewna.- przyznaje mu rację.-Choć nie potrafię sobie ciebie wyobrazić po tym jak ta twoja mała księżniczka postanowi nas obudzić kilka razy w nocy. Myślę, że szybko zrezygnujesz z pomysłu, by łóżeczko było w sypialni. Przecież będziesz chodził na treningi zmęczony.
-Nie będziesz spać w osobnym pokoju z dzieckiem. Nie ma mowy. Nie chcę i nie potrafię spać bez ciebie. - mówi, a Ann się uśmiecha.-I nie chcę się tego uczyć.- dodaje. 
-Jestem taka szczęśliwa.- mówi blondynka.
-Ja też kochanie. - odpowiada jej, potem jadą w ciszy. Ann sprawdza instagram na tel, a on prowadzi. Nie rejestruje momentu w którym nagle jakieś światło go oślepia. Szarpie samochodem, słyszy potworny huk, potem czuje ból uderzając głową w boczną szybę. Poduszka oczywiście się otwiera, ale nie boczna. Kilka sekund trwa zanim może myśleć. Spogląda w bok i widzi twarz Ann całą we krwi. 
-Ann, nie!!!- krzyczy.- Nie!!!- krzyczy ponownie.- Ann!!! Ann!!! Nie!!! Nie!!!
***
Budzi ją krzyk. Najpierw, wyrwana ze snu nie wie co się dzieje, a potem zdaje sobie sprawę, że głos należy do Mario. Idąc do sypialni piłkarza zerka do dziecięcego pokoju upewnić się, czy Julie przypadkiem się nie obudziła, ale dziewczynka śpi więc przymyka drzwi. Kiedy wchodzi do pokoju piłkarza, który już nie krzyczy, bo się obudził, podchodzi i siada na skraju jego łóżka. Mario próbuje uspokoić oddech oraz szybkie bicie serca, bo w tym momencie bije tak szybko jakby miało zaraz wyskoczyć mu z klatki piersiowej. Chłopak łapie łapczywie powietrze.
-Spokojnie.- mówi Emily.- Musisz się podnieść do pozycji siedzącej, będzie ci łatwiej oddychać.- mówi mu po czym pomaga mu usiąść. Podkłada mu pod plecy poduszki.- Spokojnie Mario.- mówi dziewczyna.- Już dobrze.- gładzi palcami jego dłoń,a on skupia się na oddychaniu. Emily siedzi z nim dopóki uścisk w jego klatce piersiowej nie mija, a potem wychodzi na moment, by zrobić mu melisę. Nie pyta o nic, po prostu jest. Mario jest jej wdzięczny, bo nie jest w stanie odpowiadać na pytania. Chłopak wie, że już nie zaśnie dlatego ma zamiar położyć się w salonie i po prostu oglądać tv. 
- Spróbujesz zasnąć?
-Nie zasnę już. Położę się na kanapie i pooglądam tv.
-Dobrze.
Emily zostawia go chwilę później leżącego na kanapie po czym idzie na górę do pokoju gościnnego. Nie śpi już tej nocy ani ona ani Mario, który wcale nie ogląda tv na dole, a zdjęcia Ann w swoim telefonie, ale oprócz niego nikt o tym nie wie.
***
Dzieci szaleją na placu zabaw, a ona siedzi na jednej z ławek obserwując je. Nie zauważa momentu w którym Emilie zjawia się obok niej.
-Cześć.- mówi czym przyciąga uwagę Natalie.- Co za miłe spotkanie.
-Cześć.- dopowiada.- Przepraszam, zamyśliłam się.
-Nie szkodzi. Mogę?- pyta Emily wskazując na ławkę.
-Jasne. A gdzie masz Julie?- pyta malarka.
-Wrócili rodzice Mario więc została z nimi, a ja mam wolne.- tłumaczy.
-A jednak?
-Tak, mieli wrócić po południu, ale jak widać nie wytrzymali.
-Liliana zawsze była opiekuńcza, ale nie nadopiekuńcza. Taka stała się po tym co się wydarzyło, po wypadku i śmierci żony Mario.
-Domyślam się.
-Wracasz do domu?
-Tak, za chwilę. Zaparkowałam samochód na parkingu przy placu zabaw, bo nie miałam za bardzo gdzie w innym miejscu i miałam iść na małe zakupy, ale zauważyłam cię, więc przyszłam. Olie i Cass szaleją.- zauważa.
-Mają tyle energii, że nie nadążam za nimi momentami.- uśmiecha się Natalie.
-Myślę, że Jull też nie zatrzyma jak będzie już potrafiła dobrze chodzić. Jest grzeczna, ale mega ruchliwa i ciekawa.
- Z tego co mówiła mama Mario, on również taki był, bo Ann podobno była spokojnym dzieckiem.- mówi Natalie.-Boże, nadal nie mogę w to uwierzyć, że jej nie ma... To takie nierealne...- wzdycha malarka.
-Wołał ją w nocy przez sen.- mówi Emily, a Natalie patrzy na nią.
-Kogo?
-Ann.- odpowiada.- Wołał ją przez sen.- dodaje.
***
Łapcie kolejny.
Jak nie dodaję, to nie dodaję, jeśli natomiast już zacznę, od razu dwa :)
Jak się Wam podoba?

niedziela, 27 grudnia 2015

24. Nieszczęścia chodzą parami...

Nie ma pojęcia co ma powiedzieć, nie wie co robić. Właściwie czuje się bezradny. Stara się, bardzo się stara jednak to co robi nie wystarcza, jego słowa, czyny nie docierają do jego partnera. Ubolewa nad tym, z dnia na dzień coraz bardziej. I nie tylko on. Ricky również, bo został dłużej niż miał w planach. Nie mógł wyjechać, po prostu nie mógł. 
***
Idąc korytarzem z dwoma kubkami parującej kawy w dłoniach już z daleka dostrzega Sebastiana, który siedzi pod pokojem, w którym leży Mark, na jednym z krzesełek. Nie widzi dokładnie jego miny, ale domyśla się, że na twarzy chłopaka maluje się głównie smutek. Jest taki od kilku dni, właściwie to on jest coraz smutniejszy i choć chciałby mu pomóc, nie umie.  
Przykuwa uwagę Seby, kiedy siada obok niego na krzesełku i podaje mu kubek z kawą:
-Wziąłem taką jak lubisz.- mówi, po czym zauważa, że chłopak siedzący obok stara się uśmiechnąć do niego z wdzięcznością, ale wychodzi z tego jedynie grymas.-Co powiedział tym razem?- pyta, gdyż jest pewien, iż Mark powiedział swojemu partnerowi coś, co go dotknęło.
-Nic takiego...- odzywa się chłopak.-Dziękuję za kawę.
-Nie musisz mi dziękować.- odpowiada patrząc na niego i choć może nie powinien nic mówić, może powinien dać mu spokój, to jednak nie może.- Nie tłum tego w sobie.- Mówi po chwili.- Uwierz mi to nie jest dobry sposób. Wiem to z własnego doświadczenia. Jestem pewien, że powiedział coś, co cię mocno dotknęło. Widzę to po twojej twarzy...
-Praktycznie mnie nie znasz...
-Jestem dobrym obserwatorem...- mówi, a chłopak siedzący obok niego wzdycha, Ricky nie pyta już więcej, nie chce naciskać. Chwilę później z ust Sebastiana słyszy jednak co się stało. Słyszy słowa, które wypowiedział Mark, a które tak zabolały Sebę. I nie dziwi mu się, że cierpi. On też by cierpiał. 
-Posłuchaj mnie.- zwraca się do chłopaka.- On powie jeszcze więcej takich rzeczy, a ty, jeśli ci naprawdę na nim zależy, a widzę, że tak, będziesz musiał to znieść. Będzie cię ranił, a ty będziesz musiał być silny. Za Was obydwóch. I będziesz musiał nauczyć się nie brać tego tak bardzo do siebie, bo jestem pewien, że gdy on mówi, że nie chce cię przy sobie, to myśli zupełnie odwrotnie. Ja to wiem, ty też to wiesz. Odpycha cię, bo teraz sądzi, iż jesteś przy nim  bo tak trzeba, że się nad nim litujesz i pewnie obawia się, iż zapewne niedługo odejdziesz, znajdziesz sobie kogoś, kto będzie bez skazy.
-To nieprawda, tak się nie stanie.- zapewnia chłopak.
-Wiem, on pewnie też w normalnej sytuacji myślałby podobnie, jednak w tym momencie przemawia przez niego żal i strach. Potrzeba czasu i cierpliwości.- tłumaczy spokojnie.- Głowa do góry.
Sebastian spogląda na niego. Nic nie mówi, ale on domyśla się co ten chce powiedzieć. Chwilę później partner Marka wychodzi z oddziału, a on, zaraz po tym jak z pokoju wychodzą pielęgniarki, wchodzi do środka. Mark spogląda na niego przez dłuższą chwilę, ale potem odwraca wzrok.
-Nie dacie mi spokoju, prawda?- pyta.
-Nie rozumiem dlaczego mówisz te wszystkie rzeczy? - zajmuje miejsce na fotelu znajdującym się obok łóżka.
-O co ci chodzi?
-Wiesz, że robisz mu tym krzywdę?- bardziej stwierdza niż pyta Ricky.- Zdajesz sobie sprawę, że to wszystko go dotyka?
-Dasz mi spokój?
-Nie dam, Mark.- odpowiada.
-Dlaczego nadal tu tkwisz?- jego były partner zwraca się do niego.- Masz przecież dziewczynę, swoje życie, kochasz ją... Nie powinieneś być przy niej? 
-Agnes wie gdzie jestem.- odpowiada.
-Wracaj do niej, a mnie zostaw w spokoju. Nie trać czasu.- mówi mężczyzna.
-Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Nie ma słów, które mógłbyś wypowiedzieć, a które tak bardzo by mnie zraniły, bym stąd uciekł.
-Uwierz mi, że znalazłbym takie słowa.- mówi gorzko Mark.
Ricky spogląda na niego i zastanawia się przez moment nad tym co powiedzieć. Mógłby powiedzieć wiele, postanawia jednak niektóre kwestie przemilczeć.
-Wiem, że wszystko co teraz mówisz nie jest prawdą. Sebastian również to wie. I proszę cię, nie rób nic, by w to zwątpił.- patrzy na niego.- Bo w pewnym momencie możesz go stracić, a tego nie chcesz. Wiem, że nie chcesz...
***
-Nie wraca?- pyta Natalie stawiając kubek z kawą przed swoją przyjaciółką.
-Postanowił zostać jeszcze kilka dni.- informuje ją blondynka.
-Rozmawialiście?
-Tak, dość długo.
-Uspokoiłaś się?
-Tak.- odpowiada.- Bałam się po prostu. Nie wiem sama... Chyba myślałam sobie, że jego uczucia... że one...
-Zwątpiłaś, że kocha cię bardziej niż kochał jego, tak?- pyta Natalie wprost.
-Wiem, że mnie kocha, ale ja... w tej sytuacji... Boże, sama już nie wiem co sobie myślałam. Nie powinnam nawet o tym myśleć. Przecież to co ich łączyło to przeszłość, gdyby chciał do tego wrócić, to miał po temu okazję wcześniej. 
-No właśnie, więc nie masz się co martwić.- zapewnia ją malarka.
-Jednak chciałabym, aby wrócił. Tak bardzo za nim tęsknię...
***
Nie ma pojęcia co się dzieje, ale jego córka zdecydowanie nie ma tego dnia dobrego humoru, co mu bardzo dobitnie okazuje popłakując co chwilę. Próbuje wszystkiego. Podaje jej, jej ulubione zabawki, pokazuje książeczki, czyta je, w końcu zabiera na dwór, ale ona nadaj jest rozdrażniona. Nie ma temperatury, więc opcja z chorobą odpada. Julie jest marudna, ciągle pokazuje mu, by brał ją na ręce, a on nie może, ponieważ lekarz nie pozwolił. Niestety jego córka nie rozumie tego, przecież jest małą dziewczynką. Jest z nią sam, Emily tego dnia nie ma przychodzić, a jego rodziców nie ma.
-Kochanie błagam cię, ja naprawdę nie wiem co się z tobą dzisiaj dzieje.- mówi kiedy po raz kolejny Julie zaczyna łkać i po raz kolejny wyciąga do niego dłonie. Mario, choć nie powinien nachyla się, by wziąć dziewczynkę na ręce. Niestety w momencie,  w którym ją podnosi czuje ostry ból pleców. Z jego ust wydobywa się jęk, ale nie puszcza Julie. Powoli prostuje się, a jeszcze chwilkę później podchodzi do blatu w kuchni, bierze w dłoń telefon, po czym wybiera nr Emily. Dziewczyna odbiera po dwóch sygnałach.
-Słucham.
-Cześć.- mówi Mario starając się mówić spokojnie, choć czuje ból.- Przepraszam, ale mogłabyś przyjechać?- pyta mając nadzieję, że za kilka sekund padnie twierdząca odpowiedź.Julie wierci się w jego ramionach, a on odczuwa coraz większy ból.- Jull błagam...- wzdycha.
-Co się dzieje? W porządku?
- Podnoszenie jej nie było dobrym pomysłem...- wzdycha.
-Zaraz będę...- słyszy tylko po czym połączenie zostaje zerwane. Piętnaście minut później pojawia się Emily. Piłkarz otwiera jej drzwi, po czym bez słowa wpuszcza do domu. Kiedy ten zamyka drzwi ona zauważa jak ostrożnie chłopak się porusza.
-Dlaczego ją podnosiłeś, przecież nie możesz?- pyta dziewczyna.
-Po prostu nie miałem już pomysłu... Cały dzień popłakuje i marudzi.- odpowiada idąc z Emily w stronę salonu gdzie jego córeczka bawi się w kojcu niezadowolona. Emiky podchodzi do niej, a na ustach dziewczynki w momencie, w którym zauważa dziewczynę na chwilę pojawia się uśmiech. Od razu wyciąga do niej małe rączki, ale Emily nie bierze jej.
-Julie a gdzie jest twoja ulubiona śpiewająca kaczuszka?-pyta zwracając się do małej dziewczynki. Mała rozgląda się.- Nie ma jej? Poczekaj a ja jej poszukam dobrze? Zostań z tatusiem, a ja zajrzę do twojego pokoju. 
Emily znika, a Julie o dziwo siedzi spokojnie w kojcu patrząc ciągle w stronę gdzie poszła jej opiekunka. Mario stoi po prostu obok kojca. Chwilę później Emily zjawia się z kolorową kaczuszką, zabawką edukacyjną. Podaje ją małej, a ta piszczy z zachwytu. Mario obserwuje tę scenę. Dziewczynka kiedy dostaje ulubioną zabawkę zajmuje się nią i nawet nie zwraca uwagi na dwójkę dorosłych stojących obok.
-Co to za zabawka?- pyta Mario.
-Kupiłam jej przedwczoraj. Ona bardzo ją lubi i naprawdę się nią bawi. Kupiłam, bo ostatnio była marudna, myślę, że przez to opuchnięte dziąsło, o którym ci mówiłam. 
-Zapomniałem... Mówiłaś, że ten żel pomaga.
-Nie posmarowałeś jej?
-Zapomniałem, Boże... Jak mogłem zapomnieć?- wzdycha piłkarz.
-Nic się nie stało przecież. Zaraz to zrobię, a ty się połóż.
-Przepraszam, że zawracam ci głowę w wolny dzień. Ja naprawdę sam bym się nią zajął, ale tak mnie boli, że nie dam rady, a Marco i Nat mieli gdzieś jechać i...- tłumaczy się, bo ma wyrzuty sumienia, że zawraca Emily głowę. Jednak jej ciepła dłoń, którą dziewczyna nagle kładzie na jego dłoni przerywa potok słów wydobywających się z jego ust.
-To w porządku. Nic się nie stało.- patrzy mu w oczy.- Ja wiem, że w normalnych okolicznościach poradziłbyś sobie świetnie w opiece nad Julie, ale teraz naprawdę nie możesz więc ja się zajmę tym małym aniołkiem, a ty w tym momencie położysz się grzecznie do łóżka i pozwolisz swoim plecom odpocząć, tak?
-Tak.
-Świetnie, że się rozumiemy.- uśmiecha się dziewczyna.- Mam nadzieję, że odpoczynek pomoże i ból minie.
-Ja też mam taką nadzieję.
***
Kiedy zjawia się w szpitalu około godziny 17:30 w pokoju Marka nie zastaje jego partnera. Mark spogląda na niego jedynie przelotnie w momencie, w którym wchodzi do środka, po czym znów odwraca wzrok w stronę okna.Ricky przez chwilę układa na szafce butelki z wodą i sokami, które przyniósł. Kiedy kończy siada w fotelu przy łóżku pacjenta. Mark jak zwykle milczy, więc to on się odzywa.
-Gdzie jest Seba?- pyta.
-Skąd mam to wiedzieć?- pada odpowiedź. Ricky jest zaskoczony tonem głosu Marka w momencie wypowiadania tych słów. - Kiedy wyszedł? Co mu znowu powiedziałaś?- pyta dziennikarz.
-Daj mi spokój, nic mu nie powiedziałem, dobra?
-Nie wierzę. Więc gdzie on jest?- pyta patrząc na Marka.
-Nie mam pojęcia, dobra? Może w końcu dotarło do niego to co mu powiedziałem. Może dostrzegł w końcu jak wyglądam i jak będę wyglądać kiedy stąd wyjdę...
-Mark.
-Daj mi spokój.
-Zadzwonię do niego.
-Po co? Nie pojawił się, nie chciał więc po co będziesz do niego dzwonił? 
-Bo coś musiało się wydarzyć. Nie rozumiesz tego, że ten chłopak cię kocha? Nie rozumiesz tego naprawdę? I jeśli nie przyszedł to dlatego, że coś musiało się wydarzyć?
***
Budzi go ból. Zostaje właściwie przez niego wyrwany ze snu. Nie wie co się dzieje, ale bardzo go boli. Próbuje usiąść, jednak jest to bardzo bolesne więc zaciska zęby i to robi. Zerka na zegarek stojący na szafce przy łóżku i widzi, że zasnął zaledwie pół godziny wcześniej. Gdzieś z dołu dobiegają go głosy Emily i Julie, która popiskuje radośnie. Plecy nadal bolą, właściwie ból jest pulsujący. Nie mija, jedynie momentami zmniejsza się nieznacznie, aby za kilkanaście sekund uderzyć z podwójną mocą. Piłkarz domyśla się, że to nie minie. Postanawia pomimo wszystko wstać, niestety nie udaje mu się to, bo w momencie próby podniesienia się z łóżka nowa fala bólu uderza w niego z taką siłą, że przez moment brakuje mu powietrza. Słyszy głos Emily bliżej i jest pewien, że dziewczyna idzie na górę po schodach. Woła ją. Po kilkunastu sekundach w jego sypialni zjawia się dziewczyna z jego córeczką na rękach.
-Co się dzieje?- pyta.
-Bardzo mnie boli.- oznajmia cicho.- Zawieziesz mnie na SOR?- pyta piłkarz i obserwuje jak bardzo Emily jest zaskoczona jego pytaniem. 
***
Przegląda w pośpiechu jego ubrania chcąc znaleźć coś naprawdę wygodnego, najlepiej jakieś spodnie dresowe i bluzę. W końcu wybiera coś odpowiedniego. Kiedy ponownie wchodzi do sypialni Mario, zastaje go tak jak go zostawiła, siedzącego na łóżku. 
-Mam coś w czym będzie ci wygodnie.- układa ubrania obok niego.
-Pomożesz mi się ubrać?- pyta chłopak, bo wie, że sam sobie nie poradzi gdyż każdy ruch sprawia mu naprawdę wielki ból.
-Oczywiście.- zgadza się dziewczyna. Wciąga mu przez głowę koszulkę, a potem pomaga wsunąć ręce w rękawy obserwując każdy grymas na twarzy Mario. Z włożeniem spodni nie jest wcale lepiej, ale w końcu się udaje. Na końcu zakłada na stopy piłkarza skarpety, potem w końcu ubiera mu buty.
-Myślę, że w samej koszulce może ci być chłodno.- oznajmia po czym znika na moment, by za kilkanaście sekund wrócić z bluzą w dłoni, którą zarzuca mu na ramiona. Mario z pomocą Emily wstaje z łóżka. Plecy nadal go bolą, w pozycji stojącej jeszcze bardziej, ale wie, że musi wytrzymać, musi dotrzeć do kliniki. Z pomocą dziewczyny schodzi po schodach na dół, gdzie zostaje na chwilę, by Emily mogła wrócić po Julie, a następnie zanieść dziewczynkę do garażu po czym posadzić w foteliku i przypiąć, aby potem mogła wrócić po jej ojca. Tak też robi. Kiedy piłkarz z Emily idą do samochodu powoli, Mario czuje cały czas rękę Emily obejmującą go w pasie. Zajęcie miejsca na siedzeniu łączy się z kolejnym uderzeniem bólu, co Emily zauważa.
-Myślę, że lepiej by było dla twoich pleców gdybym po prostu wezwała karetkę.- mówi mu, ale wtedy on siedzi już na miejscu pasażera zagryzając wargę z bólu. Piłkarz czuje ciepłą dłoń Emily kiedy dziewczyna kładzie ją na jego dłoni.- Wytrzymaj jeszcze chwilę, za chwilkę będziemy w klinice.
Mario spogląda na nią i kiwa głową. Jakieś 10 minut później parkują przed szpitalem. Mario chce spróbować wysiąść, ale ona mu nie pozwala. Chwilę później zjawia się z wózkiem i pielęgniarzem. 
***
Siedzi na jednym z plastikowych krzesełek na poczekalni przed pokojem segregacji na SOR. Julie choć jest zmęczona to jednak o dziwo nie sprawia problemów, nie marudzi tylko siedzi na jej kolanach i bawi się breloczkiem od kluczy, który chwilę wcześniej jej dała. Są już w tym miejscu około godziny, właściwie nic nie wiedzą. Odkąd zabrano Mario nikt nie udzielił jej żadnych informacji. Pielęgniarka, której pytała twierdziła, że nic jeszcze nie wiadomo, prosiła by czekać. Więc czekają. Jako, że napisała do Marco wiadomość jest pewna, iż ten zjawi się w szpitalu kiedy tylko ją odczyta. Dziewczyna nie myli się. Chwilę później zjawia się blondyn.
-Co się stało?
-Odpoczywał, ja zajmowałam się Jull. Kiedy szłam z nią na górę usłyszałam jak mnie woła. Nie mógł sam wstać z łóżka, nie mógł sam się ubrać...
-Plecy tak?
-Tak, w części krzyżowej. Dziś podniósł Jull, choć lekarz zabronił. Marudziła, był z nią sam, więc kiedy po raz kolejny się rozpłakała niewiele się zastanawiając ją podniósł. Potem zadzwonił, żebym przyszła, już wtedy bardziej go bolało, jednak mógł funkcjonować. Teraz nie był już w stanie.
***
Kiedy wraca do instytutu nadal jest sam. W momencie w którym wchodzi do pokoju Marka zauważa, że ten jakby posmutniał zauważając, że jest sam. Powoli podchodzi do łóżka Marka po czym siada w fotelu. Mężczyzna leżący na łóżku nie pyta o nic. Nie pyta czy znalazł Sebastiana, nie pyta czy coś wie dlatego on sam zaczyna mówić.
-Nic mu nie jest.- oznajmia czym zyskuje uwagę Marka.- Jednak stało się coś, o czym pewnie powinieneś wiedzieć.- dodaje.
-Co?
-Jego ojciec dziś zmarł.- mówi Ricky.
-Ojciec Sebastiana?- Ricky kiwa potakująco głową. Mark patrzy na niego wyczekująco, jakby chciał wiedzieć coś więcej.-Kto mu powiedział?
-pyta w końcu.
-Ktoś z jego kolegów zadzwonił. Nikt z rodziny w każdym razie.
-Tego się domyśliłem.  Nawet w takim momencie nie potrafią się właściwie zachować.- komentuje Mark ze złością, ale kilka sekund później jego głos łagodnieje.- Co z nim?
-Mówi, że w porządku, ale nie jestem pewien... 
-Nie jest w porządku, to był jego ojciec pomimo wszystko.- komentuje cicho Mark.
-Nie mieli dobrych stosunków?- pyta Ricky.
-To podobna historia do twojej.- tłumaczy starszy z nich.-Jednak jego rodzice zachowali się dużo gorzej niż twoi. 
Przez chwilę milczą. Ricky obserwuje jak Mark autentycznie się martwi, choć nic nie mówi. Po dłuższej chwili jednak odzywa się w końcu.
-Mogę cię o coś prosić?
-Tak, możesz.
-Nie zostawiaj go samego, proszę.- patrzy na byłego partnera.- Pójdziesz do niego, proszę?
-Mógłbym, ale właściwie jestem dla niego obcą osobą, nie wiem czy sobie tego życzy.
-Jeśli nie, to powie ci o tym. 
-Dobrze.- zgadza się.- A czy ja mogę ciebie o coś prosić?- pyta Ricky.
-Tak.
-Przestań go odpychać.- mówi po prostu.- Jeśli się boisz, że cię zostawi, bo będziesz miał blizny, to się mylisz. Ty byś tak postąpił, gdyby to on miał  wypadek?
-Nie.
-Więc sam masz odpowiedź. On tu jest, bo chce tu być. Jest z tobą, ponieważ chce, nikt go nie zmusza. Więc przestań mówić te wszystkie rzeczy. Potrzebujesz go, a on w tym momencie na pewno będzie potrzebował ciebie... Nie dodawaj mu cierpienia...
***
Marco widzi jak klubowy lekarz zjawia się w szpitalu. Zamieniają zaledwie kilka zdań, a potem ten znika za drzwiami pokoju, w którym prawdopodobnie znajduje się jego przyjaciel. Blondyn spogląda na Emily, która w tym momencie nosi Julie na rękach, a mała przysypia powoli. Nic nie mówią, czekają dalej.
***
Rozmawiają kiedy drzwi do pokoju się otwierają. Ricky nie jest zaskoczony widząc w nich Sebastiana. Chłopak podchodzi powoli do łóżka swojego partnera, a Ricky wstaje ze swojego miejsca. Mark patrzy cały czas na swoją drugą połowę.
-Przepraszam, że nie przyszedłem wcześniej, ale teraz jestem i... - przerywa na moment.- Jeśli chcesz znów mówić mi te wszystkie okropne rzeczy, to zaraz sobie pójdę, bo naprawdę nie mam siły tego słuchać...- wyznaje.- Nie mam siły Mark...
- Hej...
-On umarł Mark. On nie żyje...- mówi chłopak stojąc przy łóżku partnera.
***
Witajcie :)
Miało być w Święta, ale miałam gości wiec trochę nie miałam czasu. Jednak dziś rozdział już jest. Następny będzie niebawem, myślę, że w ciągu kilku następnych dni.
Dzięki, że nadal czytacie :)



poniedziałek, 30 listopada 2015

23. Blizny...

Miał zadzwonić, kiedy wyląduje i opuści samolot. 
Nie zadzwonił, choć jest pewna iż już dawno jest na miejscu. Nie wie co myśleć, nie wie. Kocha go, naprawdę kocha. Kocha miłością dojrzałą, więc mu ufa, ufa bezgranicznie, jednak ta sytuacja, w której się znaleźli nie należy do najłatwiejszych. Zdecydowanie nie jest łatwa. Ani dla niego, ani dla niej. Jest zdezorientowana, jest zmartwiona. Z jednej strony już kilka razy zabierała się za to, by zadzwonić do niego, dowiedzieć się czy wszystko w porządku. Z drugiej, nie zdecydowała się na to. Dlaczego? Bo mu ufa? Przecież obiecał, że się odezwie. Jednak nie spełnił obietnicy... Nie spełnił, choć on jest słownym człowiekiem. A raczej był, do dziś...
***
Milczą jadąc do kliniki. Właściwie odkąd spotkali się na lotnisku zamienili ze sobą tylko kilka zdań. On chciał wiedzieć w jakim stanie jest Mark, więc jego partner odpowiedział na pytania. Teraz obaj milczą i to nie dlatego, że się nie lubią, bo właściwie nie mogą tego ocenić, nie znają się, ale dlatego, że sytuacja jest ciężka, rozmowa o niej również. Więc milczą.
***
Słyszy dzwonek do drzwi, kiedy maluje w pracowni. Nie idzie otworzyć. Na dole jest przecież jej mąż, bawi się z ich dziećmi. Wie, że wpuści on ich gościa. Nie słyszy kto postanowił wpaść, ale po chwili słyszy odgłos kroków. Tak jakby ktoś szedł na górę, po schodach. Wydaje jej się, że to Marco. Odwraca się w momencie, w którym drzwi do pracowni się uchylają. To faktycznie jest jej mąż:
-Skarbie przyszła Agnes.- informuje ją.
-Więc dlaczego nie przyszła tutaj?
-Nie wiem, została na dole z dziećmi. Prosiła, bym cię zawołał.
-Coś się stało? 
-Nie wiem, ale nie wygląda na okaz szczęścia.- twierdzi piłkarz.- Wezmę dzieci na plac zabaw, a wy może spokojnie porozmawiacie. 
-Zostańcie.
-Dzieci nie pozwolą jej na spokojną rozmowę z tobą. Przecież ją uwielbiają. Będą chciały się z nią bawić, a ona potrzebuje w tej chwili na pewno czegoś innego.- mówi do niej blondyn.
-No tak.- przyznaje brunetka.- Więc ten plac zabaw jest dobrym pomysłem.- przyznaje mu rację.- Wy idźcie, a ja posiedzę z naszą przyjaciółką i wyciągnę od niej co się dzieje.
-Myślę, że to ma związek z Rickym...
-Jestem pewna, że tak...
***
Śmieją się razem z Julie. Ona rozśmiesza małą, a dziewczynka robi takie miny, że i ona śmieje się serdecznie i nie może momentami przestać. Bawią się jak zawsze świetnie. Są same w ogrodzie rodziców Mario. Nikogo nie ma w domu. Dziadkowie małej pracują, natomiast jej tata jest na treningu. Emily tego dnia robi małej mnóstwo zdjęć, wyjątkowych zdjęć. Uwiecznia na nich jej miny, jej uśmiech, to jak się bawi, jak obserwuje z zaciekawieniem otoczenie. Uwiecznia wiele momentów. Momentów, które są wyjątkowe, które są wyjątkowe jak dziewczynka, którą się opiekuje. Emily jest w niej zakochana. Dziwnie to brzmi? Nie ma pojęcia kiedy to się stało, że tak bardzo przywiązała się do tej małej dziewczynki, kiedy tak mocno ją pokochała. To stało się spontanicznie. Tej małej istotki nie da się nie kochać, po prostu się nie da. 
***
-Lepiej?- pyta lekarz piłkarza.
-Tak, dziękuję.
-Będzie bolało, nie forsuj się. Myślę, że tydzień w zupełności wystarczy, by wznowić treningi. 
-Tydzień to długo...
-Wiem, że to dla ciebie kolejny cios, ale takie sytuacje się zdarzają, wiesz dobrze o tym. Gorsze się zdarzają...
-Wiem, ja po prostu...- wzdycha.- Nic, przepraszam... Pójdę do szatni się ubrać i pojadę do domu.
-To dobry pomysł.- Zgadza się lekarz.- Nie podnoś siłowo córeczki dobrze? Chociaż dwa dni. Uważaj. Zresztą jak to zrobisz, to odczujesz na pewno. To niby nic poważnego, ale dobrze się naciągnąłeś więc musisz spasować na kilka dni.
-Postaram się, ale z drugiej strony mojej córce trudno się oprzeć, jest taka kochana i słodka, że ciągle chcę ją mieć na rękach, nosić czy tulić...- uśmiecha się mówiąc te słowa.
-To tul ją na siedząco.- doradza lekarz.- Do zobaczenia jutro.
-Do jutra, dzięki.
***
-Co się dzieje Agnes?- pyta po prostu, bo smutek jej przyjaciółki jest widoczny, zresztą blondynka wcale nie stara się go ukryć.
-Nic... No właśnie nic...
-Nie rozumiem...
-Powiedział... Obiecał...- przerywa, bo może przesadza. Przecież nie oddzwonił, ale może coś mu się stało z telefonem czy coś innego, więc może jest na to wytłumaczenie, a ona może jest wariatką, która dorabia sobie jakieś fikcyjne historie, snuje domysły, a one nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
-Ricky?- pada pytanie.- Chodzi ci o niego, prawda?
-Tak.- spogląda na przyjaciółkę.- Poleciał, rozumiem go. Jednak miał się odezwać, miał zadzwonić, napisać... Dać znak życia zaraz po wylądowaniu. Milczy.- mówi.
-Nie napisał nawet?
-Nie.
-Próbowałaś dzwonić?
-Miałam w dłoni telefon kilkadziesiąt razy, ale nie nacisnęłam zielonej słuchawki. 
-Dlaczego?
-Bo pomyślałam sobie, że pomyśli iż jestem nadopiekuńcza... Może pomyśleć, że mu nie ufam, że chce go sprawdzać na odległość... Nie wiem już sama. 
-Myślę, że to, że się martwisz jest normalne...
-Wiem, ale... Ricky jest słowny, on zawsze jak obieca to tak jest. Tym razem nie był, nie jest... Przecież ten samolot wylądował już z dwie godziny temu, jak nie lepiej, pewnie jest już w klinice, pewnie go już mógł zobaczyć, bo jego partner miał być na lotnisku... 
-Agnes...
-Nie wiem co się dzieje, to jest najgorsze... Nie wiem co się teraz z nim dzieje, co przeżywa, nie mogę tam być...
-Wiesz, nie możesz panikować. Na pewno nic mu nie jest. Myślę, że po prostu zapomniał. Może spotkał od razu tego Sebastiana...
-Może...- Agnes bawi się nerwowo palcami.
-Jesteś niepewna, prawda?- pyta Natalie.
-Ja...
-Boisz się tej sytuacji. 
-Tak, boję się, ale to chyba nie jest niczym nadzwyczajnym.
-Nie jest, to normalne. 
-Ja po prostu nie wiem co myśleć... - patrzy na przyjaciółkę.- Kocham go, całą sobą. Ufam mu. Wiem, że on mnie również, wiem, że mnie kocha. Ale boję się, naprawdę. I jestem niepewna- nie jego uczuć, ale tego co poczuje w tej sytuacji, jak tam dotrze, jak będzie obok... Może przeszłość w niego uderzy, może uczucia wrócą, bo kiedy coś takiego się dzieje, takie tragedie, to uczucia wracają...
Natalie słucha przyjaciółki, słucha uważnie. Nie przerywa kiedy blondynka mówi, kiedy wyrzuca z siebie pojedyncze słowa, całe zdania, jak wyraża swoje obawy. Pozwala jej się wygadać, bo wie jak to jest ważne, jak ważne jest nie tłumienie w sobie żalu i obaw. 
***
W szpitalnym pokoju, w którym się znajdują nie jest zbyt przyjemnie. Od zawsze generalnie nie lubił szpitali. Nienawidzi tego zapachu, tej sterylności. Nienawidzi nawet tego lekko zielonego koloru, którym pomalowane są ściany, choć podobno zielony jest kolorem nadziei. W pomieszczeniu słychać pikanie monitora. Jest to jedyny dźwięk, który roznosi się po pokoju. Oni nic nie mówią. Ubrani w ochronne fartuchy, po prostu tam są. Sebastian przyprowadził go tam, miał wyjść, ale Ricky powiedział mu, że nie musi. Został. 
Mężczyzna, który leży na łóżku nie przypomina osoby, którą zna, którą kiedyś kochał. Twarz nie jest bardzo poparzona, właściwie Mark ma tylko lekko poparzony policzek, ale z boku, niedaleko ucha. Można powiedzieć, że miał szczęście, bo twarz wygląda dobrze. Niestety od szyi już nie jest tak dobrze. Oparzenia zaczynają się z prawej strony szyi, ciągną przez prawe ramię, plecy i klatkę piersiową po prawej stronie, brzuch, biodro, pośladek, biegną przez udo. Właściwie chłopak ma poparzoną prawą stronę ciała. W tym momencie na ranach jest specjalny krem, a na nim opatrunki. Ricky patrzy na śpiącego mężczyznę. Śpi, bo podano leki uspakajające. Ze śpiączki farmakologicznej wybudzono go na w drugiej dobie po wypadku. Nie mieli tego robić, ale sytuacja tego wymagała. Musieli.
-Śpi ponieważ dostał leki.- tłumaczy Sebastian.
-Wie, że miałem przylecieć?
-Nie, nie mówiłem mu. Postanowiłem, że lepiej będzie tego nie robić. Nie wiem czy chciałby, byś zobaczył w jakim jest stanie.- tłumaczy partner Marka.- Właściwie mnie też kazał wyjść, kiedy się obudził. Nie chciał, bym z nim siedział, patrzył na niego... Jednak nie wyszedłem, nie mógłbym go zostawić. Nie zrobię tego nawet gdyby sam mnie wyrzucał...- mówi chłopak, a Ricky patrzy na niego.
-Wiem, że go nie zostawisz.- twierdzi.- Nie zostawia się osób, które się kocha.
***
Nie zastaje nikogo w domu, kiedy wraca. Nie dziwi go to ponieważ Emily często wychodzi z jego córeczką. Chce mu się pić toteż kieruje się do kuchni. Wyciąga z szafki wysoką szklankę, po czym wlewa do niej odpowiednią ilość soku, następnie go wypija. Zastanawia się co będzie robił i w końcu kieruje się do salonu, siada na sofie, krzywiąc się odrobinę przy tej czynności ponieważ naciągnięty mięsień daje o sobie znać. Sięga po pilota od tv po czym włącza urządzenie. W telewizji nie ma nic ciekawego, w końcu ogląda powtórkę jakiegoś meczu. Spotkanie nie jest jakoś mega widowiskowe toteż momentami przysypia. 
***
Pojawiają się w domu w którym jest cicho. Emily ma na rękach śpiącą Julie, która zasnęła w drodze do domu i pomimo tego, iż blondynka przed momentem wyciągnęła ją z wózka i wzięła na ręce, dziecko nadal śpi. Opiekunka wie, że w domu jest szatyn, na to wskazuje jego samochód stojący na podjeździe. Kierując się w stronę schodów słyszy włączony telewizor więc zagląda do salonu. Zauważa go. Śpi na sofie. Widziała go już w różnych sytuacjach, ale śpiącego nie miała okazji. Patrzy przez chwilę na śpiącego chłopaka. Jego twarz jest spokojna. Oddycha równomiernie, jego klatka piersiowa rytmicznie unosi się i opada. I być może Emily wpatruje się w niego dłużej niż wypada...
***
Dzwoni jej telefon. Słyszy doskonale, ale nie biegnie bynajmniej by go odebrać. Właściwie zastanawia się gdzie go zostawiła. Potem przypomina sobie, że była u Natalie więc urządzenie musi być w torebce. Ma rację. Wyjmuje smartphona i sprawdza kim była osoba, która chciała się z nią skontaktować. Okazuje się, że to jej mężczyzna. Jej serce bije mocniej, bo w końcu się odezwał. Na wyświetlaczu znów pojawia się jego numer, telefon znów wydaje z siebie charakterystyczne dla nadchodzącego połączenia dźwięki. Odbiera.
-Proszę.- mówi. Nie wita go tak jak zwykle. Zwykle jej słowa są otulone czułością, tym razem tak nie jest. On rozumie.
-Tak bardzo cię przepraszam...- odzywa się Ricky. Wie za co przeprasza. Kiedy ona nie wypowiada żadnego słowa, on się odzywa.- Kocham cię. Przepraszam, obiecałem się odezwać, nie zrobiłem tego. Po prostu zapomniałem, bo na hali przylotów stał Seba... Przepraszam skarbie, tak bardzo przepraszam.- powtarza.- Powiedz coś proszę.
-Jak się czuje Mark?- pyta blondynka.
-Nie miałem okazji zapytać, ciągle śpi.- pada odpowiedź.- Oparzenia są rozległe i głębokie. Cały bok od szyi aż po łydkę. Właściwie połowa jego ciała ucierpiała. Powiedziałem bok, ale źle to ująłem. 
-Co mówią lekarze?
-Sebastian powiedział, że nie mówią nic konkretnego. Monitorują funkcje, ma obrzęk płuc... Nie znam szczegółów, nie rozmawialiśmy zbyt dużo z jego partnerem. Nie chcę wypytywać, nie chcę go męczyć, bo on i tak jest przybity i zmartwiony. 
-Jesteś teraz poza pokojem Marka?
-Tak, są tam lekarze, wyszedłem, Seba został.-odpowiada.- Kochanie...
-Tak?
-Ja naprawdę przepraszam, nie gniewaj się na mnie.- przeprasza po raz kolejny.- Proszę powiedz, że już nie jesteś zła...
-Nie jestem, ale...
-Wiem, wiem Agnes... Przepraszam.- rozumie doskonale co musiała czuć dlatego nie musi nawet słuchać co dziewczyna chciała powiedzieć. On to już wie.- Jestem tak bardzo w tobie zakochany... Nigdy nie wątp, proszę cię...
*** 
Robi herbatę w kuchni, w domu nadal jest cicho. Mała Julie śpi w swoim pokoju, w łóżeczku. Mario, kiedy schodziła na dół nadal spał w salonie. I być może zauważyła niebieskie plastry przyklejone do jego pleców, w  części krzyżowej, znikające pod gumką dresów, kiedy jego koszulka podsunęła się do góry. Nie słyszy kroków, ale zauważa piłkarza wchodzącego do kuchni. Chłopak przeciera oczy. Widać, że przed momentem się obudził.
-Kiedy wróciłyście?- pyta szatyn siadając na jednym z krzeseł.
-Jakąś godzinę temu, może niecałą.- pada odpowiedź.- Napijesz się herbaty?
-Chętnie, dziękuję.- odpowiada piłkarz. Ma zamiar wyciągnąć z kieszeni spodni komórkę, która pika ponieważ właśnie przyszła do niego nowa wiadomość tekstowa, jednak ta wyślizguje mu się z rąk i upada na podłogę. Mario odruchowo schyla się, ale natychmiast żałuje, ponieważ czuje ukłucie bólu i przypomina sobie co mówił lekarz, kiedy skończył przyklejać mu plastry. -Cholera...- mruczy.  W rezultacie Emily podaje mu telefon widząc grymas bólu na jego twarzy.
-Dziękuję. 
-Bolą cię plecy?- pyta dziewczyna stawiając przed nim kubek z parującym napojem. Szatyn potakuje głową unosząc lekko koszulkę, a ona widzi plastry.- Naciągnąłem coś. Nie mogę wykonywać gwałtownych ruchów, bo boli. Nie mogę też nosić Jull, mogę ją trzymać, ale nie nosić...
-To zrozumiałe. Nie możesz się forsować, to szybko wrócisz do siebie.
-Szybko to pojęcie względne...- mruczy.- Jestem zły...- wyznaje.
-Nie złość się, bo to nie jest nic poważnego, po prostu naciągnąłeś coś...
-Niby tak, ale dla mnie każdy dzień, tydzień to kolejne stracone treningi...- tłumaczy jej.
-Wiem... Wiem też jak bardzo chcesz wrócić do formy, jak pragniesz grać. To się stanie...
***
-Muszę iść się odświeżyć, zostaniesz z nim?- pyta Sebastian wychodząc z pokoju Marka.- Nie będzie mnie najwyżej z pół godziny. 
-Jasne, nigdzie się nie wybieram.- przytakuje.
-Dzięki.- mówi tamten i znika. Ricky kieruje się do pokoju poszkodowanego mężczyzny. Przygląda mu się chwilę stojąc po prostu obok łóżka, a potem w końcu zajmuje miejsce na fotelu obok, po czym milczy wsłuchując się w pikanie maszyny. Dopiero po dłuższej chwili udaje mu się coś powiedzieć.
-Mam nadzieję, że się obudzisz i będziemy mogli porozmawiać. Muszę wiedzieć jak się czujesz...- mówi cicho.
-Ricky...
Nie ma pojęcia czy dobrze słyszał, czy wyobraźnia płata mu figle. Jednak chwilę później widzi, że oczy Marka są otwarte, a on sam wpatruje się w niego. Na twarzy Ricky'ego automatycznie pojawia się mały uśmiech.
-Jestem...
Poparzony mężczyzna przełyka, po czym bierze dwa głębsze oddechy.
-Od kiedy tu jesteś?- pyta powoli, jakby nawet wypowiadanie słów sprawiało mu trudność i ból, choć pewnie tak jest.
-Przyleciałem dzisiaj...
-Skąd wiedziałeś? Kto...- bierze duży oddech.- ci powiedział, że tu jestem?
-Twój partner... Dobrze zrobił.
-Nie powinien...
-Nie gniewaj się na niego. Powinien właśnie i to zrobił. 
-Nie powinien...
-Mark, sam byś postąpił tak samo gdybyś był na jego miejscu... Chciał skontaktować się z twoją rodziną... Nie miej mu za złe, że się przejmował. Tak robią ludzie, którzy kochają...
-Pewnie tak... ale... Nie zasługuj... zasługuję na niego... Tak jak nie zasługiwa... zasługiwałem na ciebie... Zniszczę go... jak ciebie...
-Nie mów tak...
- Zresztą po co... Po co mu... par... partner- bierze oddech...- potwór...- dodaje.
-Co ty mówisz?
-Wyglądam jak potwór... Jak potwór...
-To nieprawda, nieprawda...
***
Jestem z kolejnym. Łapcie.
I komentujcie.
Pozdrawiam.



czwartek, 19 listopada 2015

22. Kiedy przeszłość puka do drzwi...

Obserwuje Emily, która w tym momencie właśnie zapina pasy w wózku spacerowym, by Julie nie wysunęła się z niego podczas spaceru. Szybko przywykł do obecności dziewczyny w domu. Niektórzy może powiedzieliby, że zbyt szybko. 
-Na pewno nie chcesz iść z nami?- słowa dziewczyny wyrywają go z zamyślenia.
-Nie to, że nie chcę, a nie mogę. Obiecałem Marco, że pojadę z nim obejrzeć samochód.- odpowiada.
-Myślałam, że Natalie z nim pojedzie...
-Nie pojedzie, bo nie podoba jej się pomysł kupienia przez niego porsche. Mieli tysiąc rozmów na ten temat, jednak nie namówił Natalie, by z nim wybrała.
-Czyli nie sprzeciwiła się zakupowi, ale nie pomoże mu wybrać?
-Dokładnie. Nat i Marco są świetnym małżeństwem, naprawdę dobrze się dogadują i zgadzają w wielu kwestiach, ale ona nie podziela jego miłości do szybkich sportowych samochodów. I nie da się przekonać. Jednak nie należy do osób, które narzucają swoje zdanie. Dlatego pewnie Marco kupi ten samochód. 
***
-Kochanie wychodzę.- mówi blondyn wchodząc do salonu. Jego żona w tym momencie bawi się z ich córeczką, a Oliver  bawi się klockami.
-Jedziesz po Mario?
-Tak. Obiecał ze mną pojechać.- odzywa się piłkarz.- no chyba, że zmieniłaś zdanie i też się wybierzesz.- mówi z nadzieją.
-Znasz moje zdanie na ten temat, Marco.- odpowiada malarka.
-Znam, ale miałem nadzieję...- nachyla się i muska jej usta.-Jak wrócę to zajmę się dziećmi, a ty zajmiesz się sobą.
-Będę malować.
-Co tylko zechcesz skarbie.- mówi po czym składa małego całusa na czole córeczki i drugiego na policzku synka. Chwilę później Natalie słyszy jak jej mąż odjeżdża spod domu.
***
Idzie powoli alejką parkową pchając przed sobą wózek. Julie śpi, zasnęła 10 minut wcześniej. Mogłaby wrócić do domu i ją położyć, ale nie ma zamiaru odbierać jej możliwości snu na świeżym powietrzu. Kiedy zbliża się do placu zabaw zauważa, że na jednej z ławek, niedaleko niej, dzieli je właściwie siatka ogrodzeniowa, siedzi Natalie. 
***
-Cześć.- słyszy więc odwraca głowę w lewo skąd dochodzi głos.
-Cześć Emily.- odpowiada uśmiechając się.
-Mogę?- pyta blondynka wskazując na ławkę.
-Pewnie, siadaj.- zachęca ją malarka zaglądając do wózka z Jull.- Śpiąca królewna.- żartuje.
-Zasnęła po 15 minutach spaceru. Uwielbia spać na świeżym powietrzu.
-Ollie i Cass też uwielbiali. Spacer zawsze kończył się dla nich na śpiąco. Teraz te czasy minęły...- patrzy na swoje pociechy bawiące się na piaskownicy z innymi dziećmi.
-Teraz wolą szaleć na placu zabaw.
-Zdecydowanie. Uwielbiają tu przychodzić, to ich ulubiony plac zabaw, choć bliżej naszego domu jest inny, większy. Jednak to tutaj częściej bywają. Tak właściwie, to dziś miałam z nimi zostać w domu, nie chciało mi się nigdzie wychodzić, tym bardziej, że w ogrodzie też mogliby się bawić, ale oczywiście moje plany i ich plany to dwie różne sprawy. Chwilę po wyjściu Marco Oli zaczął pytać o plac zabaw, a Cass mu wtórowała. No i nie miałam szans przekonać ich do pozostania w domu. Wyszaleją się teraz, to potem, kiedy będą mieć tatusia to wtedy nie będą mieć siły na szaleństwa, więc Marco nie będzie się musiał zbyt dużo wysilać.- tłumaczy.
-Czyli ty teraz się nimi zajmujesz, a później Marco?
-Tak, mam zamiar potem  malować, a z dziećmi to niemożliwe. 
-No tak. 
-A Mario oczywiście wybył z moim mężem.- uśmiecha się malarka.- Obydwaj uwielbiają sportowe samochody więc oczywiście pojechali do salonu, bo Marco oszalał na punkcie jednego modelu. 
-No tak, Mario mówił. Też mu się oczy świeciły jak mówił o tym porsche.
-No tak, oni ostatnio o niczym innym obydwaj nie rozmawiali. Ciągle o tym. 
Obydwie widzą córkę Nat idącą w ich stronę. Jej oczka niebezpiecznie się szklą, co widać na pierwszy rzut oka. Mała dziewczynka podchodzi do mamy po czym, kiedy tylko widzi jak jej mama rozkłada ręce, ona natychmiast wpada w jej ramiona.
-Co się stało kochanie?
-Domek?- pyta dziecko.
-Chcesz wrócić do domku? Ale coś się stało?
-Tatuś...
-Myszko, ale tatusia nie ma w domku, ponieważ pojechał z wujkiem obejrzeć nowy samochód?
-Wujkiem Mario?- pyta dziewczynka.
-Tak skarbie, z wujkiem Mario. Tatuś będzie później, będzie się z Wami bawił, tak? Popatrz, Oli cię szuka. Idź do niego. 
Mała dziewczynka schodzi z kolan swojej mamy, po czym kieruje się w stronę piaskownicy, na której stoi jej brat. 
-Córeczka tatusia?- pyta Emily.
-Zdecydowanie.- pada odpowiedź.- Jest bezsprzecznie zakochana w swoim ojcu. Kiedy go nie ma, ona potrafi bez przerwy o niego pytać. Oli też nie lubi jak Marco jest nieobecny, kiedy wyjeżdża, jednak to Cass ciągle pyta, tysiące razy. Czasem nie mam już siły odpowiadać tysięczny raz. 
-Wiesz, myślę, iż Julie będzie robić tak samo.- zauważa Emily.- Już teraz miewa humorki, kiedy Mario nie ma w domu...
-Z tego co wiem, to wcześniej miewała większe humorki, teraz, odkąd jesteś ty okazuje to mniej...
-Bo jestem dla niej nowością. Staram się, kiedy jej taty nie ma, robić wszystko, by była zajęta. Udaje się. Jednak naprawdę, kiedy on się pojawia, to jej twarz się rozjaśnia.
-Tak jest, masz rację. Ona go uwielbia, zresztą odpłaca mu tym uwielbieniem i miłością, za jego miłość.- Natalie spogląda do wózka, gdzie Julie mruczy coś przez sen.- Wiesz, ona może straciła mamę, która kochałaby ją równie mocno jak jej tata, jednak tak sobie myślę, że choć byłoby lepiej, gdyby Ann żyła, mogła ją wychowywać, to jednak stało się tak a nie inaczej... I tak myślę, że pomimo wszystko, Julie nigdy nie odczuje braku rodzicielskiej miłości. Tego jej nigdy nie braknie, bo Mario da jej ją za dwoje rodziców. 
-Właściwie znam go od niedawna, ale wiem, że masz rację. Mario jest naprawdę wspaniałym tatą, choć momentami mam wrażenie, że on sam w siebie wątpi.- mówi Emily.
-On momentami faktycznie jest niepewny, ale to normalne. Widzisz, myślę, że te miesiące od śmierci Ann dały mu dużo, przebolał jej odejście w jakimś stopniu, ale to ciągle za mało, on potrzebuje więcej czasu... Julie była ich oczkiem w głowie już kiedy jej oczekiwali, planowali jak będą ją wspólnie wychowywać, a potem los pokrzyżował te plany. Mario ma prawo być zagubiony i niepewny. I jeszcze nie raz zwątpi w to, czy jest dobrym ojcem dla Jull, czy jest w stanie zapewnić jej tyle uwagi ile powinien, czy zdoła w jakiś sposób zalepić lukę, by nie odczuwała tego tak bardzo, że nie ma mamy. 
-Nie mówi o tym, ale to można odczuć, zobaczyć...
-Jak się jest dobrym obserwatorem, Emily...- uśmiecha się Natalie.
-Cóż, ja chyba nim jestem.- stwierdza.- Może mam trochę z mamy...
***
Jest potwornie zmęczony, ale uparcie trwa przy szpitalnym łóżku, nie opuszcza pokoju. Właściwie to cały czas trzyma jego dłoń. Nie puszcza jej, choć nie ma pewności, iż on czuje jego obecność, jego dotyk. Chwilami wydaje mu się, że odpływa. Łamie go sen, ponieważ nie spał już ponad dwie doby. Jednak w tym momencie nie to jest najważniejsze, a on... Od kilkunastu godzin, zważywszy na stan chorego, zastanawia się nad jedną rzeczą. W końcu wybiera jeden numer z kontaktów i wciska zieloną słuchawkę.
***
Spędza wieczór tuląc do siebie kobietę, którą kocha. Oglądają jakąś komedię, śmiejąc się momentami do łez. Tak właściwie, to uwielbia takie wieczory. Uwielbia kiedy jest spokój...
-Czy nie słyszysz swojego telefonu, Ricky?- odzywa się Agnes.
-Słyszę, ale tak mi tu dobrze, że próbuję zignorować to, że dzwoni. Może ten ktoś da sobie spokój.- twierdzi.
-A może to coś ważnego, kochanie. 
-No dobra...- wstaje i odbiera. I kiedy chwilę później siada na sofie w salonie Agnes zauważa, iż coś się musiało stać, odczytuje to z jego twarzy.
-Co się stało, Ricky?- pyta blondynka siadając.- Bo coś się stało, prawda?
-Tak. Dzwonił partner Marka... Szukał kontaktu do rodziny Marka...- mówi.- Mark jest w klinice w stanie krytycznym... Nie wiadomo co będzie.- dodaje spoglądając na nią.- Lekarz mówił, że trzeba być gotowym na najgorsze, dlatego jego partner chce skontaktować się z jego rodziną...
-Ale co się stało?
-W mieszkaniu sąsiada zaczęło się palić. Próbował pomóc... wyciągnął dwójkę dzieci... Jest bardzo poparzony, bo ogień odciął mu drogę powrotu, kiedy wrócił, bo dzieciom wydawało się, że ich najstarszy brat został. Chłopak wyskoczył przez okno, złamał sobie nogę, a Mark... On... Może umrzeć, Agnes...
-Boże...- dotyka jego dłoni.- Tak mi przykro...
-Muszę polecieć... Muszę, Agnes... 
***
Łapcie kolejny :)
Dziękuję, dziękuję, dziękuję pięknie osobom, które skomentowały poprzedni rozdział :)
Poproszę o jeszcze :)


wtorek, 3 listopada 2015

21. One step closer...

Śpiewa kołysankę tuląc do siebie małą dziewczynkę, która prawie zasypia. Małej zamykają się oczy, jednak co chwilkę jeszcze na kilka sekund zdarza jej się je otworzyć, dlatego też nie odkłada jej na razie do łóżeczka, oczekuje, aż dziecko zaśnie mocniej. W czasie gdy mała próbuje zasnąć, ona rozgląda się po pomieszczeniu, w którym się znajduje. To pokój dziecięcy. Ściany pomalowane są na jasno beżowy kolor, dwie z nich są w złote kropki. Zasłony są w ciemniejszym odcieniu beżowego, meble, znajdujące się w pokoju czyli komoda, łóżeczko, regał, mały stolik, na którym stoi lampka są w białym kolorze, natomiast tapicerka fotela, który również się tam znajduje jest w odcieniu beżu z kolorowymi, bladymi kropkami. Puchaty dywanik znajdujący się przed fotelem jest biały. Nad łóżeczkiem, na ścianie jest biały napis : Julie. 
Na półkach dziewczyna zauważa ramki z fotografiami Julie. Powoli podchodzi do regału. Z ust dziewczynki wychodzi ciche westchnienie, na które jej opiekunka reaguje uśmiechem. Patrzy chwilę na dziecko, a potem przenosi wzrok na zdjęcia znajdujące się na półkach. Na niektórych z nich jest Julie w różnych momentach jej życia, począwszy od pierwszych dni po urodzeniu. Są tam również fotografie dziewczynki z Mario, a także z jego rodzicami, jego braćmi. Na jednym z nich Julie jest w ramionach kobiety, której dziewczyna nie zna. Nie zna również mężczyzny stojącego obok kobiety. Domyśla się, że muszą to być drudzy dziadkowie dziewczynki, a teściowie jej ojca. Domyśla się, nie jest pewna. Ogląda fotografie. W końcu na kolejnych dziewczyna zauważa Ann. Jest tam Ann w objęciach Mario, na plaży. Jest również uśmiechnięta Ann trzymająca swoje dłonie na sporych rozmiarów brzuchu. W końcu jedna z fotografii przedstawia rodziców dziewczynki. Jej mama leży na kocu z uniesioną bluzeczką tak, iż widać jej ciążowy brzuszek, na którym pomadką namalowane są oczy i wielki uśmiech, a który całuje leżący obok Mario. Obydwoje na zdjęciu promienieją. Od obydwojga bije niesamowita radość. Te fotografie są pełne kolorów, uczuć. Są po prostu piękne. I Emily patrząc na twarze, wtedy jeszcze przyszłych rodziców, może zobaczyć dokładnie jak bardzo wyczekiwanym i kochanym dzieckiem była Julie, oraz jak wielkie uczucie łączyło jej rodziców. To widać w sposobie w jaki na siebie patrzą. I w jej głowie pojawia się myśl, że chciałaby kiedyś być tak kochana jak była Ann i chciałaby kochać równie mocno.
***
Pod prysznicem, a także po wyjściu z kabiny ciągle myśli o swojej córeczce. To jej pora drzemki, ale tym razem to nie on jest przy niej, to nie on stara się sprawić, by zasnęła. Jest w domu, ale z jej córeczką jest osoba, która ma się nią zajmować, kiedy on, albo jego rodzice nie mogą. Osoba, która ma być opiekunką Julie, jej nianią. Tak, zatrudnił w końcu opiekunkę. Nie zatrudnił żadnej pani polecanej przez agencję, która miała znaleźć odpowiednią kandydatkę. Oczywiście owe biuro wywiązało się ze zobowiązania, to po prostu on nikogo nie wybrał pośród potencjalnych kandydatów stamtąd. Pomimo tego znalazł. Właściwie to był przypadek, właściwie nie ma pojęcia jak to się stało, że padła taka propozycja, a on po prostu zgodził się na próbę. Nie ma pojęcia jak to będzie, jak Julie będzie się zachowywać, jednak z drugiej strony wie, że osoba, która obecnie znajduje się w pokoju dziecięcym z jego córką, jest godna zaufania, nie jest nieznana, zresztą jego córka w jakiś sobie wiadomy sposób ją sobie sama wybrała, bo przecież to nie pierwsze ich spotkanie... 
Szatyn przygotowuje się do wyjścia do klubu. Ma spotkać się z fizjoterapeutą, a także z klubowym psychologiem. I to jest dla niego dziwne, że ma czas i może spokojnie wziąć prysznic, spokojnie się ubrać, ponieważ ostatnimi czasy nie miał takiej możliwości, ponieważ Julie miewała swoje humory. Czasem, choć chciało jej się spać, to nie zasnęła, więc zostawiając ją w kojcu praktycznie biegiem udawał się do łazienki, po czym brał kilkuminutowy prysznic, właściwie polegający na namydleniu ciała i spłukaniu. Teraz ma czas, ale to dziwne. Odwykł od tego, że może coś zrobić spokojnie, z małym dzieckiem nie można mieć zbyt wiele wolnego czasu. 
***
Wpatruje się w śpiącą dziewczynkę. Zasnęła już kilkanaście minut temu, ona, zaraz po odłożeniu dziecka schowała poprasowane ubranka do komody, rozkładając je odpowiednio na półkach, posprzątała zabawki, które dziewczynka zdążyła porozrzucać podczas zabawy przed snem. Miała już wziąć butelkę i wyjść, jednak jeszcze postanowiła chwilkę na nią popatrzeć. 
Nawet nie słyszy jak w pokoju zjawia się jeszcze jedna osoba. Mężczyzna staje w drzwiach, patrzy na dziewczynę stojącą przy łóżeczku jego córki. Nie widzi jej twarzy, ale jest pewien, iż się uśmiecha. Nie można się nie uśmiechać patrząc na śpiącą Julie. Nie można też przestać na nią patrzeć. I nie myśli tak bynajmniej dlatego, iż dziewczynka śpiąca w łóżeczku jest jego córeczką. Myśli tak ponieważ takie małe dzieci są po prostu najsłodszymi istotami na świecie. I on od zawsze uwielbiał dzieci, mógł godzinami się z nimi bawić, mógł też godzinami na nie patrzeć. Odkąd ma Julie, może to robić kiedy tylko ma na to ochotę. I korzysta z tego przywileju. 
Postanawia podejść więc to robi. Kiedy staje przy dziewczynie zauważa, iż się nie mylił. Na jej twarzy faktycznie gości uśmiech:
-Zasnęła bez problemu?- pyta piłkarz.
-Wątpiłeś w moje umiejętności?- odpowiada pytaniem na pytaniem dziewczyna.
-Szczerze, to nie.- spogląda na nią.- Moja córeczka naprawdę lubi twoje towarzystwo. Ona sama właściwie ciebie wybrała.- dodaje.
-Cieszę się.- dziewczyna spogląda na niego. Chłopak ma na sobie spodnie dresowe, a także biały t-shirt, na który ma narzuconą bluzę. Jego włosy są jeszcze mokre, co wskazuje, iż przed chwilą wyszedł spod prysznica. -Jedziesz już do klubu?-pyta.
-Tak, za chwilę.- pada odpowiedź.- Mam jeszcze chwilę, po prostu za wcześnie się przygotowałem. 
-Nagle masz więcej czasu.- uśmiecha się dziewczyna.
-Za dużo. To naprawdę komfort móc wejść pod prysznic o tej porze i móc spokojnie pod nim chwilę postać. 
-Domyślam się. Korzystaj z tego.
-Mam zamiar, choć nie zamierzam korzystać w nadmiarze.- tłumaczy.- Myślę, że ona tak zawładnęła moim sercem, że nie będę w stanie zostawić ją na dłużej, niż to będzie konieczne.- mówi piłkarz.
-Niektórzy rodzice myślą inaczej, korzystają z wolnego czasu ile mogą. Nie mówię, że to jest złe, każdy potrzebuje odpocząć, zrelaksować się, zrobić coś dla siebie...
-Tak, ale niektórzy robią to kosztem dzieci. Ja tak nie chcę.
-Myślę, że Jull nie będzie miała takiego problemu. - uśmiecha się.
***
Ten czas, kiedy są same spędzają na zabawie. Kiedy tylko Julie się budzi, zaraz po przewinięciu jej, a potem nakarmieniu, poświęca na zabawę z nią. Zaskakuje ją to, że mała nie jest marudna bez taty, ponieważ mama piłkarza uprzedzała ją, iż taka czasami bywa, kiedy budzi się i nie ma Mario w zasięgu wzroku. Okazuje się, iż albo dziewczynka ma jeden z tych lepszych dni, albo po prostu dziewczynka faktycznie bardzo ją lubi. 
W domu pojawiają się rodzice piłkarza i on sam jednocześnie. I kiedy wchodzą, już w drzwiach mogą usłyszeć śmiech Julie, a także śmiejącą się w głos Emily. 
I na ustach całej trójki pojawiają się uśmiechy.
***
-I jak radzi sobie Emily?- pyta Natalie, która siedzi na tarasie, obok swojego męża, a na przeciwko siedzi Mario.
-Świetnie.-pada odpowiedź.- Jull, kiedy wróciliśmy śmiała się w głos.- mówi.- Stanęliśmy w przedpokoju, bo przyjechaliśmy do domu równocześnie, ja i moi rodzice, a one po prostu się śmiały.- patrzy na nich, a jego oczy błyszczą.- Uwielbiam jak Julie się śmieje.
-Czyli Emily była dobrym wyborem?- dopytuje Nat.
-Najlepszym.- kwituje Marco.- Nie jest obcą zupełnie osobą, kocha dzieci, ma do nich podejście, poza tym jest pewna, przecież to córka Alice.
-Gdyby to nie była Emily, to pewnie bym nikogo nie wybrał. Nie miałem przekonania co do tych kobiet proponowanych przez agencję. Nic do nich nie mam, ale nie zostawiłbym Jull z zupełnie obcą osobą, osobą, o której nic nie wiem.
-Nie dziwię się, bo ja też bym tego nie zrobił z Olim lub Cass.- mówi Marco, a Natalie uśmiecha się.- No co?
-Nic, po prostu niektóre pary zatrudniają opiekunki, których nie znają. 
-Tak jest, podziwiam tych rodziców. Ja bym nie potrafił. 
-Bo sytuacja cię do tego nie zmusiła. Nas też nie. Jednak nie wszyscy mają rodzinę przy sobie. 
-Ann byłaby jeszcze bardziej przeciwna. 
-Myślę, że Ann przez dłuższy czas odłożyłaby na bok swoje ambicje zawodowe.
-Tak planowała. Odkąd pamiętam modeling był dla niej czymś naprawdę ważnym. Przez chwilę nawet wydawało mi się, że być może nie będzie chciała za wcześnie zrezygnować z kariery, by urodzić. Potem, kiedy poroniła tak bardzo przeżyliśmy tę stratę, choć wtedy nie planowaliśmy dziecka. Julie też nie była planowana, jednak była za to bardzo wyczekiwanym maleństwem. I odkąd Ann mi powiedziała, odkąd o tym rozmawialiśmy, to od razu zaznaczała, że zamierza poświęcić się Julie, nie chce być nieobecną mamą robiącą karierę. Chciała przerwy, obydwoje chcieliśmy, by Julie nie była dzieckiem wychowywanym od początku przez nianie. I wiem, że byłaby szczęśliwa mogąc poświęcić jej cały swój czas i uwagę.- mówi szatyn ze smutkiem słyszalnym w głosie.- Nie chciałaby niani, na pewno przez długi czas.
-Myślę, że tak by było. Poza tym wiesz co myślę?- powiedziała Nat.
-Co?
-Jeśli już, po pewnym czasie, zdecydowałaby się na kogoś, to z pewnością nie byłaby to młoda, atrakcyjna dziewczyna.- Nat uśmiecha się znacząco, więc Mario od razu wie o co jej chodzi, zresztą Marco też.
-To byłaby zdecydowanie pani dużo starsza od Ciebie.- dodaje Marco.-Twoja żona bez wątpienia ci ufała, jednak na pewno nie zgodziłaby się, by atrakcyjna dziewczyna w twoim wieku kręciła się po waszym domu.
Mario uśmiecha się, bo wyobraża sobie w tym momencie swoją żonę. Natalie i Marco mają rację. Ann była zazdrosna, co potrafiła też pokazać. Broniła zaciekle wszystkiego co było jej, a on zdecydowanie był jej. Była jego ukochaną zazdrośnicą. Tylko jego. I choć czasem jego najpierw dziewczyna, a potem żona, pomimo tego, iż ufała mu, to jednak w pewnych sytuacjach nie potrafiła utrzymać swojej zazdrości w sobie, to jednak kochał ją najbardziej na świecie. Właściwie to nie powinien myśleć w czasie przeszłym, bo on nadal kocha ją najbardziej na świecie. I nie wyobraża sobie, żeby kiedykolwiek nadszedł moment, by pokochał jakąkolwiek inną kobietę tak samo jak kochał Ann. Ba, on nie wyobraża sobie, by w ogóle jeszcze kiedykolwiek mógł zakochać się w kimś innym, niż jego żona. Jest pewien, że do tego nie dojdzie. To niemożliwe.
***
Tuli swoją żonę do siebie rysując palcami jakieś abstrakcyjne wzory na jej nagich plecach. Obydwoje milczą. W domu jest cisza, ich pociechy śpią. W którymś momencie ciszę przerywają słowa Natalie.
-Myślisz, że Mario jest w stanie... Nie mówię, ze teraz, albo w najbliższym czasie, ale kiedyś... Jest w stanie pokochać jakąś inną kobietę?- pyta. 
Jej słowa sprawiają, że się zastanawia. Milczy, milczy dość długo, a ona nie ponawia pytania, ponieważ sama myśli, czy po takiej miłości, jaką darzył i darzy Mario, Ann jest możliwe, by kiedykolwiek obdarzyć podobnym uczuciem kogoś innego. 
-Nie wiem, kochanie.- Marco w końcu odpowiada.- Ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Wiesz... tak się zastanawiam czy byłbym w stanie pokochać inną kobietę oprócz ciebie... Gdybym był na miejscu Mario.- zastanawia się.- Myślę, że to niemożliwe, Nat.- spogląda na nią wkładając palce w jej włosy i przeczesując je delikatnie.- Nie jesteśmy w takiej sytuacji i modlę się, byśmy nie musieli przeżywać tego, co nasz przyjaciel. Jednak nie potrafię sobie wyobrazić kogoś innego na twoim miejscu. Nie jestem w stanie.- powtarza.- Kocham cię całym sobą, każdą nawet najmniejszą  częścią mnie. Podobnie było i jest  z Mario... Bardzo bym chciał, aby kiedyś, znalazł szczęście u boku innej osoby, by pokochał inną kobietę, ponieważ Ann odeszła, a przed nim całe życie. Nie chciałbym, by był sam, jednak z drugiej strony wiem, że dopuszczenie do swojego serca miłości, w takim przypadku jest naprawdę trudne. Nie jestem w jego skórze, ale nie wyobrażam sobie tego. Poza tym myślę, iż kiedy kocha się tak mocno i prawdziwie, kiedy poznasz już smak takiej miłości, tak wyjątkowej, wielkiej i niepowtarzalnej, to potem pragnie się już tylko takiego uczucia, tak wielkiego, tak prawdziwego i porównuje się, a prawda jest taka, że nie ma dwóch identycznych osób. Mario w żadnej kobiecie już nie odnajdzie Ann. A on pragnie Ann, myślę, że od zawsze jej pragnął i odkąd pamiętam to ją kochał. Ich miłość była wyjątkowa i niepowtarzalna, taka jak jest nasza. Boję się, że nie spotka drugiej osoby, którą obdarzy takim uczuciem, choć życzę mu z całego serca, by spotkał. Zasługuje na to. - Natalie chłonie każde słowo z ust swojego męża. I zgadza się z nim. Ona też nie wyobraża sobie innego mężczyzny u swojego boku niż Marco. I wcale nie dziwi się Mario.
***
Witajcie po długiej przerwie.
Przepraszam za milczenie i nieobecność. Naprawdę mam sporo na głowie i brakuje mi czasu i często sił i skupienia, by coś napisać i dodać. Jednak dziś coś tam naskrobałam więc postanowiłam wrzucić. Ostrzegam, że tekst nie jest sprawdzany, więc literówki pewnie będą na porządku dziennym. 
Pokażcie mi proszę, że czytacie. Skomentujcie. Bardzo mi zależy na Waszych opiniach. Naprawdę na nie czekam. I ogromnie cieszy mnie każde słowo, które piszecie. Dziękuję tym, którzy zechcą poświęcić minutę na komentarz.
Pozdrawiam i myślę, że tak długa przerwa już się nie zdarzy.