poniedziałek, 30 listopada 2015

23. Blizny...

Miał zadzwonić, kiedy wyląduje i opuści samolot. 
Nie zadzwonił, choć jest pewna iż już dawno jest na miejscu. Nie wie co myśleć, nie wie. Kocha go, naprawdę kocha. Kocha miłością dojrzałą, więc mu ufa, ufa bezgranicznie, jednak ta sytuacja, w której się znaleźli nie należy do najłatwiejszych. Zdecydowanie nie jest łatwa. Ani dla niego, ani dla niej. Jest zdezorientowana, jest zmartwiona. Z jednej strony już kilka razy zabierała się za to, by zadzwonić do niego, dowiedzieć się czy wszystko w porządku. Z drugiej, nie zdecydowała się na to. Dlaczego? Bo mu ufa? Przecież obiecał, że się odezwie. Jednak nie spełnił obietnicy... Nie spełnił, choć on jest słownym człowiekiem. A raczej był, do dziś...
***
Milczą jadąc do kliniki. Właściwie odkąd spotkali się na lotnisku zamienili ze sobą tylko kilka zdań. On chciał wiedzieć w jakim stanie jest Mark, więc jego partner odpowiedział na pytania. Teraz obaj milczą i to nie dlatego, że się nie lubią, bo właściwie nie mogą tego ocenić, nie znają się, ale dlatego, że sytuacja jest ciężka, rozmowa o niej również. Więc milczą.
***
Słyszy dzwonek do drzwi, kiedy maluje w pracowni. Nie idzie otworzyć. Na dole jest przecież jej mąż, bawi się z ich dziećmi. Wie, że wpuści on ich gościa. Nie słyszy kto postanowił wpaść, ale po chwili słyszy odgłos kroków. Tak jakby ktoś szedł na górę, po schodach. Wydaje jej się, że to Marco. Odwraca się w momencie, w którym drzwi do pracowni się uchylają. To faktycznie jest jej mąż:
-Skarbie przyszła Agnes.- informuje ją.
-Więc dlaczego nie przyszła tutaj?
-Nie wiem, została na dole z dziećmi. Prosiła, bym cię zawołał.
-Coś się stało? 
-Nie wiem, ale nie wygląda na okaz szczęścia.- twierdzi piłkarz.- Wezmę dzieci na plac zabaw, a wy może spokojnie porozmawiacie. 
-Zostańcie.
-Dzieci nie pozwolą jej na spokojną rozmowę z tobą. Przecież ją uwielbiają. Będą chciały się z nią bawić, a ona potrzebuje w tej chwili na pewno czegoś innego.- mówi do niej blondyn.
-No tak.- przyznaje brunetka.- Więc ten plac zabaw jest dobrym pomysłem.- przyznaje mu rację.- Wy idźcie, a ja posiedzę z naszą przyjaciółką i wyciągnę od niej co się dzieje.
-Myślę, że to ma związek z Rickym...
-Jestem pewna, że tak...
***
Śmieją się razem z Julie. Ona rozśmiesza małą, a dziewczynka robi takie miny, że i ona śmieje się serdecznie i nie może momentami przestać. Bawią się jak zawsze świetnie. Są same w ogrodzie rodziców Mario. Nikogo nie ma w domu. Dziadkowie małej pracują, natomiast jej tata jest na treningu. Emily tego dnia robi małej mnóstwo zdjęć, wyjątkowych zdjęć. Uwiecznia na nich jej miny, jej uśmiech, to jak się bawi, jak obserwuje z zaciekawieniem otoczenie. Uwiecznia wiele momentów. Momentów, które są wyjątkowe, które są wyjątkowe jak dziewczynka, którą się opiekuje. Emily jest w niej zakochana. Dziwnie to brzmi? Nie ma pojęcia kiedy to się stało, że tak bardzo przywiązała się do tej małej dziewczynki, kiedy tak mocno ją pokochała. To stało się spontanicznie. Tej małej istotki nie da się nie kochać, po prostu się nie da. 
***
-Lepiej?- pyta lekarz piłkarza.
-Tak, dziękuję.
-Będzie bolało, nie forsuj się. Myślę, że tydzień w zupełności wystarczy, by wznowić treningi. 
-Tydzień to długo...
-Wiem, że to dla ciebie kolejny cios, ale takie sytuacje się zdarzają, wiesz dobrze o tym. Gorsze się zdarzają...
-Wiem, ja po prostu...- wzdycha.- Nic, przepraszam... Pójdę do szatni się ubrać i pojadę do domu.
-To dobry pomysł.- Zgadza się lekarz.- Nie podnoś siłowo córeczki dobrze? Chociaż dwa dni. Uważaj. Zresztą jak to zrobisz, to odczujesz na pewno. To niby nic poważnego, ale dobrze się naciągnąłeś więc musisz spasować na kilka dni.
-Postaram się, ale z drugiej strony mojej córce trudno się oprzeć, jest taka kochana i słodka, że ciągle chcę ją mieć na rękach, nosić czy tulić...- uśmiecha się mówiąc te słowa.
-To tul ją na siedząco.- doradza lekarz.- Do zobaczenia jutro.
-Do jutra, dzięki.
***
-Co się dzieje Agnes?- pyta po prostu, bo smutek jej przyjaciółki jest widoczny, zresztą blondynka wcale nie stara się go ukryć.
-Nic... No właśnie nic...
-Nie rozumiem...
-Powiedział... Obiecał...- przerywa, bo może przesadza. Przecież nie oddzwonił, ale może coś mu się stało z telefonem czy coś innego, więc może jest na to wytłumaczenie, a ona może jest wariatką, która dorabia sobie jakieś fikcyjne historie, snuje domysły, a one nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
-Ricky?- pada pytanie.- Chodzi ci o niego, prawda?
-Tak.- spogląda na przyjaciółkę.- Poleciał, rozumiem go. Jednak miał się odezwać, miał zadzwonić, napisać... Dać znak życia zaraz po wylądowaniu. Milczy.- mówi.
-Nie napisał nawet?
-Nie.
-Próbowałaś dzwonić?
-Miałam w dłoni telefon kilkadziesiąt razy, ale nie nacisnęłam zielonej słuchawki. 
-Dlaczego?
-Bo pomyślałam sobie, że pomyśli iż jestem nadopiekuńcza... Może pomyśleć, że mu nie ufam, że chce go sprawdzać na odległość... Nie wiem już sama. 
-Myślę, że to, że się martwisz jest normalne...
-Wiem, ale... Ricky jest słowny, on zawsze jak obieca to tak jest. Tym razem nie był, nie jest... Przecież ten samolot wylądował już z dwie godziny temu, jak nie lepiej, pewnie jest już w klinice, pewnie go już mógł zobaczyć, bo jego partner miał być na lotnisku... 
-Agnes...
-Nie wiem co się dzieje, to jest najgorsze... Nie wiem co się teraz z nim dzieje, co przeżywa, nie mogę tam być...
-Wiesz, nie możesz panikować. Na pewno nic mu nie jest. Myślę, że po prostu zapomniał. Może spotkał od razu tego Sebastiana...
-Może...- Agnes bawi się nerwowo palcami.
-Jesteś niepewna, prawda?- pyta Natalie.
-Ja...
-Boisz się tej sytuacji. 
-Tak, boję się, ale to chyba nie jest niczym nadzwyczajnym.
-Nie jest, to normalne. 
-Ja po prostu nie wiem co myśleć... - patrzy na przyjaciółkę.- Kocham go, całą sobą. Ufam mu. Wiem, że on mnie również, wiem, że mnie kocha. Ale boję się, naprawdę. I jestem niepewna- nie jego uczuć, ale tego co poczuje w tej sytuacji, jak tam dotrze, jak będzie obok... Może przeszłość w niego uderzy, może uczucia wrócą, bo kiedy coś takiego się dzieje, takie tragedie, to uczucia wracają...
Natalie słucha przyjaciółki, słucha uważnie. Nie przerywa kiedy blondynka mówi, kiedy wyrzuca z siebie pojedyncze słowa, całe zdania, jak wyraża swoje obawy. Pozwala jej się wygadać, bo wie jak to jest ważne, jak ważne jest nie tłumienie w sobie żalu i obaw. 
***
W szpitalnym pokoju, w którym się znajdują nie jest zbyt przyjemnie. Od zawsze generalnie nie lubił szpitali. Nienawidzi tego zapachu, tej sterylności. Nienawidzi nawet tego lekko zielonego koloru, którym pomalowane są ściany, choć podobno zielony jest kolorem nadziei. W pomieszczeniu słychać pikanie monitora. Jest to jedyny dźwięk, który roznosi się po pokoju. Oni nic nie mówią. Ubrani w ochronne fartuchy, po prostu tam są. Sebastian przyprowadził go tam, miał wyjść, ale Ricky powiedział mu, że nie musi. Został. 
Mężczyzna, który leży na łóżku nie przypomina osoby, którą zna, którą kiedyś kochał. Twarz nie jest bardzo poparzona, właściwie Mark ma tylko lekko poparzony policzek, ale z boku, niedaleko ucha. Można powiedzieć, że miał szczęście, bo twarz wygląda dobrze. Niestety od szyi już nie jest tak dobrze. Oparzenia zaczynają się z prawej strony szyi, ciągną przez prawe ramię, plecy i klatkę piersiową po prawej stronie, brzuch, biodro, pośladek, biegną przez udo. Właściwie chłopak ma poparzoną prawą stronę ciała. W tym momencie na ranach jest specjalny krem, a na nim opatrunki. Ricky patrzy na śpiącego mężczyznę. Śpi, bo podano leki uspakajające. Ze śpiączki farmakologicznej wybudzono go na w drugiej dobie po wypadku. Nie mieli tego robić, ale sytuacja tego wymagała. Musieli.
-Śpi ponieważ dostał leki.- tłumaczy Sebastian.
-Wie, że miałem przylecieć?
-Nie, nie mówiłem mu. Postanowiłem, że lepiej będzie tego nie robić. Nie wiem czy chciałby, byś zobaczył w jakim jest stanie.- tłumaczy partner Marka.- Właściwie mnie też kazał wyjść, kiedy się obudził. Nie chciał, bym z nim siedział, patrzył na niego... Jednak nie wyszedłem, nie mógłbym go zostawić. Nie zrobię tego nawet gdyby sam mnie wyrzucał...- mówi chłopak, a Ricky patrzy na niego.
-Wiem, że go nie zostawisz.- twierdzi.- Nie zostawia się osób, które się kocha.
***
Nie zastaje nikogo w domu, kiedy wraca. Nie dziwi go to ponieważ Emily często wychodzi z jego córeczką. Chce mu się pić toteż kieruje się do kuchni. Wyciąga z szafki wysoką szklankę, po czym wlewa do niej odpowiednią ilość soku, następnie go wypija. Zastanawia się co będzie robił i w końcu kieruje się do salonu, siada na sofie, krzywiąc się odrobinę przy tej czynności ponieważ naciągnięty mięsień daje o sobie znać. Sięga po pilota od tv po czym włącza urządzenie. W telewizji nie ma nic ciekawego, w końcu ogląda powtórkę jakiegoś meczu. Spotkanie nie jest jakoś mega widowiskowe toteż momentami przysypia. 
***
Pojawiają się w domu w którym jest cicho. Emily ma na rękach śpiącą Julie, która zasnęła w drodze do domu i pomimo tego, iż blondynka przed momentem wyciągnęła ją z wózka i wzięła na ręce, dziecko nadal śpi. Opiekunka wie, że w domu jest szatyn, na to wskazuje jego samochód stojący na podjeździe. Kierując się w stronę schodów słyszy włączony telewizor więc zagląda do salonu. Zauważa go. Śpi na sofie. Widziała go już w różnych sytuacjach, ale śpiącego nie miała okazji. Patrzy przez chwilę na śpiącego chłopaka. Jego twarz jest spokojna. Oddycha równomiernie, jego klatka piersiowa rytmicznie unosi się i opada. I być może Emily wpatruje się w niego dłużej niż wypada...
***
Dzwoni jej telefon. Słyszy doskonale, ale nie biegnie bynajmniej by go odebrać. Właściwie zastanawia się gdzie go zostawiła. Potem przypomina sobie, że była u Natalie więc urządzenie musi być w torebce. Ma rację. Wyjmuje smartphona i sprawdza kim była osoba, która chciała się z nią skontaktować. Okazuje się, że to jej mężczyzna. Jej serce bije mocniej, bo w końcu się odezwał. Na wyświetlaczu znów pojawia się jego numer, telefon znów wydaje z siebie charakterystyczne dla nadchodzącego połączenia dźwięki. Odbiera.
-Proszę.- mówi. Nie wita go tak jak zwykle. Zwykle jej słowa są otulone czułością, tym razem tak nie jest. On rozumie.
-Tak bardzo cię przepraszam...- odzywa się Ricky. Wie za co przeprasza. Kiedy ona nie wypowiada żadnego słowa, on się odzywa.- Kocham cię. Przepraszam, obiecałem się odezwać, nie zrobiłem tego. Po prostu zapomniałem, bo na hali przylotów stał Seba... Przepraszam skarbie, tak bardzo przepraszam.- powtarza.- Powiedz coś proszę.
-Jak się czuje Mark?- pyta blondynka.
-Nie miałem okazji zapytać, ciągle śpi.- pada odpowiedź.- Oparzenia są rozległe i głębokie. Cały bok od szyi aż po łydkę. Właściwie połowa jego ciała ucierpiała. Powiedziałem bok, ale źle to ująłem. 
-Co mówią lekarze?
-Sebastian powiedział, że nie mówią nic konkretnego. Monitorują funkcje, ma obrzęk płuc... Nie znam szczegółów, nie rozmawialiśmy zbyt dużo z jego partnerem. Nie chcę wypytywać, nie chcę go męczyć, bo on i tak jest przybity i zmartwiony. 
-Jesteś teraz poza pokojem Marka?
-Tak, są tam lekarze, wyszedłem, Seba został.-odpowiada.- Kochanie...
-Tak?
-Ja naprawdę przepraszam, nie gniewaj się na mnie.- przeprasza po raz kolejny.- Proszę powiedz, że już nie jesteś zła...
-Nie jestem, ale...
-Wiem, wiem Agnes... Przepraszam.- rozumie doskonale co musiała czuć dlatego nie musi nawet słuchać co dziewczyna chciała powiedzieć. On to już wie.- Jestem tak bardzo w tobie zakochany... Nigdy nie wątp, proszę cię...
*** 
Robi herbatę w kuchni, w domu nadal jest cicho. Mała Julie śpi w swoim pokoju, w łóżeczku. Mario, kiedy schodziła na dół nadal spał w salonie. I być może zauważyła niebieskie plastry przyklejone do jego pleców, w  części krzyżowej, znikające pod gumką dresów, kiedy jego koszulka podsunęła się do góry. Nie słyszy kroków, ale zauważa piłkarza wchodzącego do kuchni. Chłopak przeciera oczy. Widać, że przed momentem się obudził.
-Kiedy wróciłyście?- pyta szatyn siadając na jednym z krzeseł.
-Jakąś godzinę temu, może niecałą.- pada odpowiedź.- Napijesz się herbaty?
-Chętnie, dziękuję.- odpowiada piłkarz. Ma zamiar wyciągnąć z kieszeni spodni komórkę, która pika ponieważ właśnie przyszła do niego nowa wiadomość tekstowa, jednak ta wyślizguje mu się z rąk i upada na podłogę. Mario odruchowo schyla się, ale natychmiast żałuje, ponieważ czuje ukłucie bólu i przypomina sobie co mówił lekarz, kiedy skończył przyklejać mu plastry. -Cholera...- mruczy.  W rezultacie Emily podaje mu telefon widząc grymas bólu na jego twarzy.
-Dziękuję. 
-Bolą cię plecy?- pyta dziewczyna stawiając przed nim kubek z parującym napojem. Szatyn potakuje głową unosząc lekko koszulkę, a ona widzi plastry.- Naciągnąłem coś. Nie mogę wykonywać gwałtownych ruchów, bo boli. Nie mogę też nosić Jull, mogę ją trzymać, ale nie nosić...
-To zrozumiałe. Nie możesz się forsować, to szybko wrócisz do siebie.
-Szybko to pojęcie względne...- mruczy.- Jestem zły...- wyznaje.
-Nie złość się, bo to nie jest nic poważnego, po prostu naciągnąłeś coś...
-Niby tak, ale dla mnie każdy dzień, tydzień to kolejne stracone treningi...- tłumaczy jej.
-Wiem... Wiem też jak bardzo chcesz wrócić do formy, jak pragniesz grać. To się stanie...
***
-Muszę iść się odświeżyć, zostaniesz z nim?- pyta Sebastian wychodząc z pokoju Marka.- Nie będzie mnie najwyżej z pół godziny. 
-Jasne, nigdzie się nie wybieram.- przytakuje.
-Dzięki.- mówi tamten i znika. Ricky kieruje się do pokoju poszkodowanego mężczyzny. Przygląda mu się chwilę stojąc po prostu obok łóżka, a potem w końcu zajmuje miejsce na fotelu obok, po czym milczy wsłuchując się w pikanie maszyny. Dopiero po dłuższej chwili udaje mu się coś powiedzieć.
-Mam nadzieję, że się obudzisz i będziemy mogli porozmawiać. Muszę wiedzieć jak się czujesz...- mówi cicho.
-Ricky...
Nie ma pojęcia czy dobrze słyszał, czy wyobraźnia płata mu figle. Jednak chwilę później widzi, że oczy Marka są otwarte, a on sam wpatruje się w niego. Na twarzy Ricky'ego automatycznie pojawia się mały uśmiech.
-Jestem...
Poparzony mężczyzna przełyka, po czym bierze dwa głębsze oddechy.
-Od kiedy tu jesteś?- pyta powoli, jakby nawet wypowiadanie słów sprawiało mu trudność i ból, choć pewnie tak jest.
-Przyleciałem dzisiaj...
-Skąd wiedziałeś? Kto...- bierze duży oddech.- ci powiedział, że tu jestem?
-Twój partner... Dobrze zrobił.
-Nie powinien...
-Nie gniewaj się na niego. Powinien właśnie i to zrobił. 
-Nie powinien...
-Mark, sam byś postąpił tak samo gdybyś był na jego miejscu... Chciał skontaktować się z twoją rodziną... Nie miej mu za złe, że się przejmował. Tak robią ludzie, którzy kochają...
-Pewnie tak... ale... Nie zasługuj... zasługuję na niego... Tak jak nie zasługiwa... zasługiwałem na ciebie... Zniszczę go... jak ciebie...
-Nie mów tak...
- Zresztą po co... Po co mu... par... partner- bierze oddech...- potwór...- dodaje.
-Co ty mówisz?
-Wyglądam jak potwór... Jak potwór...
-To nieprawda, nieprawda...
***
Jestem z kolejnym. Łapcie.
I komentujcie.
Pozdrawiam.



czwartek, 19 listopada 2015

22. Kiedy przeszłość puka do drzwi...

Obserwuje Emily, która w tym momencie właśnie zapina pasy w wózku spacerowym, by Julie nie wysunęła się z niego podczas spaceru. Szybko przywykł do obecności dziewczyny w domu. Niektórzy może powiedzieliby, że zbyt szybko. 
-Na pewno nie chcesz iść z nami?- słowa dziewczyny wyrywają go z zamyślenia.
-Nie to, że nie chcę, a nie mogę. Obiecałem Marco, że pojadę z nim obejrzeć samochód.- odpowiada.
-Myślałam, że Natalie z nim pojedzie...
-Nie pojedzie, bo nie podoba jej się pomysł kupienia przez niego porsche. Mieli tysiąc rozmów na ten temat, jednak nie namówił Natalie, by z nim wybrała.
-Czyli nie sprzeciwiła się zakupowi, ale nie pomoże mu wybrać?
-Dokładnie. Nat i Marco są świetnym małżeństwem, naprawdę dobrze się dogadują i zgadzają w wielu kwestiach, ale ona nie podziela jego miłości do szybkich sportowych samochodów. I nie da się przekonać. Jednak nie należy do osób, które narzucają swoje zdanie. Dlatego pewnie Marco kupi ten samochód. 
***
-Kochanie wychodzę.- mówi blondyn wchodząc do salonu. Jego żona w tym momencie bawi się z ich córeczką, a Oliver  bawi się klockami.
-Jedziesz po Mario?
-Tak. Obiecał ze mną pojechać.- odzywa się piłkarz.- no chyba, że zmieniłaś zdanie i też się wybierzesz.- mówi z nadzieją.
-Znasz moje zdanie na ten temat, Marco.- odpowiada malarka.
-Znam, ale miałem nadzieję...- nachyla się i muska jej usta.-Jak wrócę to zajmę się dziećmi, a ty zajmiesz się sobą.
-Będę malować.
-Co tylko zechcesz skarbie.- mówi po czym składa małego całusa na czole córeczki i drugiego na policzku synka. Chwilę później Natalie słyszy jak jej mąż odjeżdża spod domu.
***
Idzie powoli alejką parkową pchając przed sobą wózek. Julie śpi, zasnęła 10 minut wcześniej. Mogłaby wrócić do domu i ją położyć, ale nie ma zamiaru odbierać jej możliwości snu na świeżym powietrzu. Kiedy zbliża się do placu zabaw zauważa, że na jednej z ławek, niedaleko niej, dzieli je właściwie siatka ogrodzeniowa, siedzi Natalie. 
***
-Cześć.- słyszy więc odwraca głowę w lewo skąd dochodzi głos.
-Cześć Emily.- odpowiada uśmiechając się.
-Mogę?- pyta blondynka wskazując na ławkę.
-Pewnie, siadaj.- zachęca ją malarka zaglądając do wózka z Jull.- Śpiąca królewna.- żartuje.
-Zasnęła po 15 minutach spaceru. Uwielbia spać na świeżym powietrzu.
-Ollie i Cass też uwielbiali. Spacer zawsze kończył się dla nich na śpiąco. Teraz te czasy minęły...- patrzy na swoje pociechy bawiące się na piaskownicy z innymi dziećmi.
-Teraz wolą szaleć na placu zabaw.
-Zdecydowanie. Uwielbiają tu przychodzić, to ich ulubiony plac zabaw, choć bliżej naszego domu jest inny, większy. Jednak to tutaj częściej bywają. Tak właściwie, to dziś miałam z nimi zostać w domu, nie chciało mi się nigdzie wychodzić, tym bardziej, że w ogrodzie też mogliby się bawić, ale oczywiście moje plany i ich plany to dwie różne sprawy. Chwilę po wyjściu Marco Oli zaczął pytać o plac zabaw, a Cass mu wtórowała. No i nie miałam szans przekonać ich do pozostania w domu. Wyszaleją się teraz, to potem, kiedy będą mieć tatusia to wtedy nie będą mieć siły na szaleństwa, więc Marco nie będzie się musiał zbyt dużo wysilać.- tłumaczy.
-Czyli ty teraz się nimi zajmujesz, a później Marco?
-Tak, mam zamiar potem  malować, a z dziećmi to niemożliwe. 
-No tak. 
-A Mario oczywiście wybył z moim mężem.- uśmiecha się malarka.- Obydwaj uwielbiają sportowe samochody więc oczywiście pojechali do salonu, bo Marco oszalał na punkcie jednego modelu. 
-No tak, Mario mówił. Też mu się oczy świeciły jak mówił o tym porsche.
-No tak, oni ostatnio o niczym innym obydwaj nie rozmawiali. Ciągle o tym. 
Obydwie widzą córkę Nat idącą w ich stronę. Jej oczka niebezpiecznie się szklą, co widać na pierwszy rzut oka. Mała dziewczynka podchodzi do mamy po czym, kiedy tylko widzi jak jej mama rozkłada ręce, ona natychmiast wpada w jej ramiona.
-Co się stało kochanie?
-Domek?- pyta dziecko.
-Chcesz wrócić do domku? Ale coś się stało?
-Tatuś...
-Myszko, ale tatusia nie ma w domku, ponieważ pojechał z wujkiem obejrzeć nowy samochód?
-Wujkiem Mario?- pyta dziewczynka.
-Tak skarbie, z wujkiem Mario. Tatuś będzie później, będzie się z Wami bawił, tak? Popatrz, Oli cię szuka. Idź do niego. 
Mała dziewczynka schodzi z kolan swojej mamy, po czym kieruje się w stronę piaskownicy, na której stoi jej brat. 
-Córeczka tatusia?- pyta Emily.
-Zdecydowanie.- pada odpowiedź.- Jest bezsprzecznie zakochana w swoim ojcu. Kiedy go nie ma, ona potrafi bez przerwy o niego pytać. Oli też nie lubi jak Marco jest nieobecny, kiedy wyjeżdża, jednak to Cass ciągle pyta, tysiące razy. Czasem nie mam już siły odpowiadać tysięczny raz. 
-Wiesz, myślę, iż Julie będzie robić tak samo.- zauważa Emily.- Już teraz miewa humorki, kiedy Mario nie ma w domu...
-Z tego co wiem, to wcześniej miewała większe humorki, teraz, odkąd jesteś ty okazuje to mniej...
-Bo jestem dla niej nowością. Staram się, kiedy jej taty nie ma, robić wszystko, by była zajęta. Udaje się. Jednak naprawdę, kiedy on się pojawia, to jej twarz się rozjaśnia.
-Tak jest, masz rację. Ona go uwielbia, zresztą odpłaca mu tym uwielbieniem i miłością, za jego miłość.- Natalie spogląda do wózka, gdzie Julie mruczy coś przez sen.- Wiesz, ona może straciła mamę, która kochałaby ją równie mocno jak jej tata, jednak tak sobie myślę, że choć byłoby lepiej, gdyby Ann żyła, mogła ją wychowywać, to jednak stało się tak a nie inaczej... I tak myślę, że pomimo wszystko, Julie nigdy nie odczuje braku rodzicielskiej miłości. Tego jej nigdy nie braknie, bo Mario da jej ją za dwoje rodziców. 
-Właściwie znam go od niedawna, ale wiem, że masz rację. Mario jest naprawdę wspaniałym tatą, choć momentami mam wrażenie, że on sam w siebie wątpi.- mówi Emily.
-On momentami faktycznie jest niepewny, ale to normalne. Widzisz, myślę, że te miesiące od śmierci Ann dały mu dużo, przebolał jej odejście w jakimś stopniu, ale to ciągle za mało, on potrzebuje więcej czasu... Julie była ich oczkiem w głowie już kiedy jej oczekiwali, planowali jak będą ją wspólnie wychowywać, a potem los pokrzyżował te plany. Mario ma prawo być zagubiony i niepewny. I jeszcze nie raz zwątpi w to, czy jest dobrym ojcem dla Jull, czy jest w stanie zapewnić jej tyle uwagi ile powinien, czy zdoła w jakiś sposób zalepić lukę, by nie odczuwała tego tak bardzo, że nie ma mamy. 
-Nie mówi o tym, ale to można odczuć, zobaczyć...
-Jak się jest dobrym obserwatorem, Emily...- uśmiecha się Natalie.
-Cóż, ja chyba nim jestem.- stwierdza.- Może mam trochę z mamy...
***
Jest potwornie zmęczony, ale uparcie trwa przy szpitalnym łóżku, nie opuszcza pokoju. Właściwie to cały czas trzyma jego dłoń. Nie puszcza jej, choć nie ma pewności, iż on czuje jego obecność, jego dotyk. Chwilami wydaje mu się, że odpływa. Łamie go sen, ponieważ nie spał już ponad dwie doby. Jednak w tym momencie nie to jest najważniejsze, a on... Od kilkunastu godzin, zważywszy na stan chorego, zastanawia się nad jedną rzeczą. W końcu wybiera jeden numer z kontaktów i wciska zieloną słuchawkę.
***
Spędza wieczór tuląc do siebie kobietę, którą kocha. Oglądają jakąś komedię, śmiejąc się momentami do łez. Tak właściwie, to uwielbia takie wieczory. Uwielbia kiedy jest spokój...
-Czy nie słyszysz swojego telefonu, Ricky?- odzywa się Agnes.
-Słyszę, ale tak mi tu dobrze, że próbuję zignorować to, że dzwoni. Może ten ktoś da sobie spokój.- twierdzi.
-A może to coś ważnego, kochanie. 
-No dobra...- wstaje i odbiera. I kiedy chwilę później siada na sofie w salonie Agnes zauważa, iż coś się musiało stać, odczytuje to z jego twarzy.
-Co się stało, Ricky?- pyta blondynka siadając.- Bo coś się stało, prawda?
-Tak. Dzwonił partner Marka... Szukał kontaktu do rodziny Marka...- mówi.- Mark jest w klinice w stanie krytycznym... Nie wiadomo co będzie.- dodaje spoglądając na nią.- Lekarz mówił, że trzeba być gotowym na najgorsze, dlatego jego partner chce skontaktować się z jego rodziną...
-Ale co się stało?
-W mieszkaniu sąsiada zaczęło się palić. Próbował pomóc... wyciągnął dwójkę dzieci... Jest bardzo poparzony, bo ogień odciął mu drogę powrotu, kiedy wrócił, bo dzieciom wydawało się, że ich najstarszy brat został. Chłopak wyskoczył przez okno, złamał sobie nogę, a Mark... On... Może umrzeć, Agnes...
-Boże...- dotyka jego dłoni.- Tak mi przykro...
-Muszę polecieć... Muszę, Agnes... 
***
Łapcie kolejny :)
Dziękuję, dziękuję, dziękuję pięknie osobom, które skomentowały poprzedni rozdział :)
Poproszę o jeszcze :)


wtorek, 3 listopada 2015

21. One step closer...

Śpiewa kołysankę tuląc do siebie małą dziewczynkę, która prawie zasypia. Małej zamykają się oczy, jednak co chwilkę jeszcze na kilka sekund zdarza jej się je otworzyć, dlatego też nie odkłada jej na razie do łóżeczka, oczekuje, aż dziecko zaśnie mocniej. W czasie gdy mała próbuje zasnąć, ona rozgląda się po pomieszczeniu, w którym się znajduje. To pokój dziecięcy. Ściany pomalowane są na jasno beżowy kolor, dwie z nich są w złote kropki. Zasłony są w ciemniejszym odcieniu beżowego, meble, znajdujące się w pokoju czyli komoda, łóżeczko, regał, mały stolik, na którym stoi lampka są w białym kolorze, natomiast tapicerka fotela, który również się tam znajduje jest w odcieniu beżu z kolorowymi, bladymi kropkami. Puchaty dywanik znajdujący się przed fotelem jest biały. Nad łóżeczkiem, na ścianie jest biały napis : Julie. 
Na półkach dziewczyna zauważa ramki z fotografiami Julie. Powoli podchodzi do regału. Z ust dziewczynki wychodzi ciche westchnienie, na które jej opiekunka reaguje uśmiechem. Patrzy chwilę na dziecko, a potem przenosi wzrok na zdjęcia znajdujące się na półkach. Na niektórych z nich jest Julie w różnych momentach jej życia, począwszy od pierwszych dni po urodzeniu. Są tam również fotografie dziewczynki z Mario, a także z jego rodzicami, jego braćmi. Na jednym z nich Julie jest w ramionach kobiety, której dziewczyna nie zna. Nie zna również mężczyzny stojącego obok kobiety. Domyśla się, że muszą to być drudzy dziadkowie dziewczynki, a teściowie jej ojca. Domyśla się, nie jest pewna. Ogląda fotografie. W końcu na kolejnych dziewczyna zauważa Ann. Jest tam Ann w objęciach Mario, na plaży. Jest również uśmiechnięta Ann trzymająca swoje dłonie na sporych rozmiarów brzuchu. W końcu jedna z fotografii przedstawia rodziców dziewczynki. Jej mama leży na kocu z uniesioną bluzeczką tak, iż widać jej ciążowy brzuszek, na którym pomadką namalowane są oczy i wielki uśmiech, a który całuje leżący obok Mario. Obydwoje na zdjęciu promienieją. Od obydwojga bije niesamowita radość. Te fotografie są pełne kolorów, uczuć. Są po prostu piękne. I Emily patrząc na twarze, wtedy jeszcze przyszłych rodziców, może zobaczyć dokładnie jak bardzo wyczekiwanym i kochanym dzieckiem była Julie, oraz jak wielkie uczucie łączyło jej rodziców. To widać w sposobie w jaki na siebie patrzą. I w jej głowie pojawia się myśl, że chciałaby kiedyś być tak kochana jak była Ann i chciałaby kochać równie mocno.
***
Pod prysznicem, a także po wyjściu z kabiny ciągle myśli o swojej córeczce. To jej pora drzemki, ale tym razem to nie on jest przy niej, to nie on stara się sprawić, by zasnęła. Jest w domu, ale z jej córeczką jest osoba, która ma się nią zajmować, kiedy on, albo jego rodzice nie mogą. Osoba, która ma być opiekunką Julie, jej nianią. Tak, zatrudnił w końcu opiekunkę. Nie zatrudnił żadnej pani polecanej przez agencję, która miała znaleźć odpowiednią kandydatkę. Oczywiście owe biuro wywiązało się ze zobowiązania, to po prostu on nikogo nie wybrał pośród potencjalnych kandydatów stamtąd. Pomimo tego znalazł. Właściwie to był przypadek, właściwie nie ma pojęcia jak to się stało, że padła taka propozycja, a on po prostu zgodził się na próbę. Nie ma pojęcia jak to będzie, jak Julie będzie się zachowywać, jednak z drugiej strony wie, że osoba, która obecnie znajduje się w pokoju dziecięcym z jego córką, jest godna zaufania, nie jest nieznana, zresztą jego córka w jakiś sobie wiadomy sposób ją sobie sama wybrała, bo przecież to nie pierwsze ich spotkanie... 
Szatyn przygotowuje się do wyjścia do klubu. Ma spotkać się z fizjoterapeutą, a także z klubowym psychologiem. I to jest dla niego dziwne, że ma czas i może spokojnie wziąć prysznic, spokojnie się ubrać, ponieważ ostatnimi czasy nie miał takiej możliwości, ponieważ Julie miewała swoje humory. Czasem, choć chciało jej się spać, to nie zasnęła, więc zostawiając ją w kojcu praktycznie biegiem udawał się do łazienki, po czym brał kilkuminutowy prysznic, właściwie polegający na namydleniu ciała i spłukaniu. Teraz ma czas, ale to dziwne. Odwykł od tego, że może coś zrobić spokojnie, z małym dzieckiem nie można mieć zbyt wiele wolnego czasu. 
***
Wpatruje się w śpiącą dziewczynkę. Zasnęła już kilkanaście minut temu, ona, zaraz po odłożeniu dziecka schowała poprasowane ubranka do komody, rozkładając je odpowiednio na półkach, posprzątała zabawki, które dziewczynka zdążyła porozrzucać podczas zabawy przed snem. Miała już wziąć butelkę i wyjść, jednak jeszcze postanowiła chwilkę na nią popatrzeć. 
Nawet nie słyszy jak w pokoju zjawia się jeszcze jedna osoba. Mężczyzna staje w drzwiach, patrzy na dziewczynę stojącą przy łóżeczku jego córki. Nie widzi jej twarzy, ale jest pewien, iż się uśmiecha. Nie można się nie uśmiechać patrząc na śpiącą Julie. Nie można też przestać na nią patrzeć. I nie myśli tak bynajmniej dlatego, iż dziewczynka śpiąca w łóżeczku jest jego córeczką. Myśli tak ponieważ takie małe dzieci są po prostu najsłodszymi istotami na świecie. I on od zawsze uwielbiał dzieci, mógł godzinami się z nimi bawić, mógł też godzinami na nie patrzeć. Odkąd ma Julie, może to robić kiedy tylko ma na to ochotę. I korzysta z tego przywileju. 
Postanawia podejść więc to robi. Kiedy staje przy dziewczynie zauważa, iż się nie mylił. Na jej twarzy faktycznie gości uśmiech:
-Zasnęła bez problemu?- pyta piłkarz.
-Wątpiłeś w moje umiejętności?- odpowiada pytaniem na pytaniem dziewczyna.
-Szczerze, to nie.- spogląda na nią.- Moja córeczka naprawdę lubi twoje towarzystwo. Ona sama właściwie ciebie wybrała.- dodaje.
-Cieszę się.- dziewczyna spogląda na niego. Chłopak ma na sobie spodnie dresowe, a także biały t-shirt, na który ma narzuconą bluzę. Jego włosy są jeszcze mokre, co wskazuje, iż przed chwilą wyszedł spod prysznica. -Jedziesz już do klubu?-pyta.
-Tak, za chwilę.- pada odpowiedź.- Mam jeszcze chwilę, po prostu za wcześnie się przygotowałem. 
-Nagle masz więcej czasu.- uśmiecha się dziewczyna.
-Za dużo. To naprawdę komfort móc wejść pod prysznic o tej porze i móc spokojnie pod nim chwilę postać. 
-Domyślam się. Korzystaj z tego.
-Mam zamiar, choć nie zamierzam korzystać w nadmiarze.- tłumaczy.- Myślę, że ona tak zawładnęła moim sercem, że nie będę w stanie zostawić ją na dłużej, niż to będzie konieczne.- mówi piłkarz.
-Niektórzy rodzice myślą inaczej, korzystają z wolnego czasu ile mogą. Nie mówię, że to jest złe, każdy potrzebuje odpocząć, zrelaksować się, zrobić coś dla siebie...
-Tak, ale niektórzy robią to kosztem dzieci. Ja tak nie chcę.
-Myślę, że Jull nie będzie miała takiego problemu. - uśmiecha się.
***
Ten czas, kiedy są same spędzają na zabawie. Kiedy tylko Julie się budzi, zaraz po przewinięciu jej, a potem nakarmieniu, poświęca na zabawę z nią. Zaskakuje ją to, że mała nie jest marudna bez taty, ponieważ mama piłkarza uprzedzała ją, iż taka czasami bywa, kiedy budzi się i nie ma Mario w zasięgu wzroku. Okazuje się, iż albo dziewczynka ma jeden z tych lepszych dni, albo po prostu dziewczynka faktycznie bardzo ją lubi. 
W domu pojawiają się rodzice piłkarza i on sam jednocześnie. I kiedy wchodzą, już w drzwiach mogą usłyszeć śmiech Julie, a także śmiejącą się w głos Emily. 
I na ustach całej trójki pojawiają się uśmiechy.
***
-I jak radzi sobie Emily?- pyta Natalie, która siedzi na tarasie, obok swojego męża, a na przeciwko siedzi Mario.
-Świetnie.-pada odpowiedź.- Jull, kiedy wróciliśmy śmiała się w głos.- mówi.- Stanęliśmy w przedpokoju, bo przyjechaliśmy do domu równocześnie, ja i moi rodzice, a one po prostu się śmiały.- patrzy na nich, a jego oczy błyszczą.- Uwielbiam jak Julie się śmieje.
-Czyli Emily była dobrym wyborem?- dopytuje Nat.
-Najlepszym.- kwituje Marco.- Nie jest obcą zupełnie osobą, kocha dzieci, ma do nich podejście, poza tym jest pewna, przecież to córka Alice.
-Gdyby to nie była Emily, to pewnie bym nikogo nie wybrał. Nie miałem przekonania co do tych kobiet proponowanych przez agencję. Nic do nich nie mam, ale nie zostawiłbym Jull z zupełnie obcą osobą, osobą, o której nic nie wiem.
-Nie dziwię się, bo ja też bym tego nie zrobił z Olim lub Cass.- mówi Marco, a Natalie uśmiecha się.- No co?
-Nic, po prostu niektóre pary zatrudniają opiekunki, których nie znają. 
-Tak jest, podziwiam tych rodziców. Ja bym nie potrafił. 
-Bo sytuacja cię do tego nie zmusiła. Nas też nie. Jednak nie wszyscy mają rodzinę przy sobie. 
-Ann byłaby jeszcze bardziej przeciwna. 
-Myślę, że Ann przez dłuższy czas odłożyłaby na bok swoje ambicje zawodowe.
-Tak planowała. Odkąd pamiętam modeling był dla niej czymś naprawdę ważnym. Przez chwilę nawet wydawało mi się, że być może nie będzie chciała za wcześnie zrezygnować z kariery, by urodzić. Potem, kiedy poroniła tak bardzo przeżyliśmy tę stratę, choć wtedy nie planowaliśmy dziecka. Julie też nie była planowana, jednak była za to bardzo wyczekiwanym maleństwem. I odkąd Ann mi powiedziała, odkąd o tym rozmawialiśmy, to od razu zaznaczała, że zamierza poświęcić się Julie, nie chce być nieobecną mamą robiącą karierę. Chciała przerwy, obydwoje chcieliśmy, by Julie nie była dzieckiem wychowywanym od początku przez nianie. I wiem, że byłaby szczęśliwa mogąc poświęcić jej cały swój czas i uwagę.- mówi szatyn ze smutkiem słyszalnym w głosie.- Nie chciałaby niani, na pewno przez długi czas.
-Myślę, że tak by było. Poza tym wiesz co myślę?- powiedziała Nat.
-Co?
-Jeśli już, po pewnym czasie, zdecydowałaby się na kogoś, to z pewnością nie byłaby to młoda, atrakcyjna dziewczyna.- Nat uśmiecha się znacząco, więc Mario od razu wie o co jej chodzi, zresztą Marco też.
-To byłaby zdecydowanie pani dużo starsza od Ciebie.- dodaje Marco.-Twoja żona bez wątpienia ci ufała, jednak na pewno nie zgodziłaby się, by atrakcyjna dziewczyna w twoim wieku kręciła się po waszym domu.
Mario uśmiecha się, bo wyobraża sobie w tym momencie swoją żonę. Natalie i Marco mają rację. Ann była zazdrosna, co potrafiła też pokazać. Broniła zaciekle wszystkiego co było jej, a on zdecydowanie był jej. Była jego ukochaną zazdrośnicą. Tylko jego. I choć czasem jego najpierw dziewczyna, a potem żona, pomimo tego, iż ufała mu, to jednak w pewnych sytuacjach nie potrafiła utrzymać swojej zazdrości w sobie, to jednak kochał ją najbardziej na świecie. Właściwie to nie powinien myśleć w czasie przeszłym, bo on nadal kocha ją najbardziej na świecie. I nie wyobraża sobie, żeby kiedykolwiek nadszedł moment, by pokochał jakąkolwiek inną kobietę tak samo jak kochał Ann. Ba, on nie wyobraża sobie, by w ogóle jeszcze kiedykolwiek mógł zakochać się w kimś innym, niż jego żona. Jest pewien, że do tego nie dojdzie. To niemożliwe.
***
Tuli swoją żonę do siebie rysując palcami jakieś abstrakcyjne wzory na jej nagich plecach. Obydwoje milczą. W domu jest cisza, ich pociechy śpią. W którymś momencie ciszę przerywają słowa Natalie.
-Myślisz, że Mario jest w stanie... Nie mówię, ze teraz, albo w najbliższym czasie, ale kiedyś... Jest w stanie pokochać jakąś inną kobietę?- pyta. 
Jej słowa sprawiają, że się zastanawia. Milczy, milczy dość długo, a ona nie ponawia pytania, ponieważ sama myśli, czy po takiej miłości, jaką darzył i darzy Mario, Ann jest możliwe, by kiedykolwiek obdarzyć podobnym uczuciem kogoś innego. 
-Nie wiem, kochanie.- Marco w końcu odpowiada.- Ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Wiesz... tak się zastanawiam czy byłbym w stanie pokochać inną kobietę oprócz ciebie... Gdybym był na miejscu Mario.- zastanawia się.- Myślę, że to niemożliwe, Nat.- spogląda na nią wkładając palce w jej włosy i przeczesując je delikatnie.- Nie jesteśmy w takiej sytuacji i modlę się, byśmy nie musieli przeżywać tego, co nasz przyjaciel. Jednak nie potrafię sobie wyobrazić kogoś innego na twoim miejscu. Nie jestem w stanie.- powtarza.- Kocham cię całym sobą, każdą nawet najmniejszą  częścią mnie. Podobnie było i jest  z Mario... Bardzo bym chciał, aby kiedyś, znalazł szczęście u boku innej osoby, by pokochał inną kobietę, ponieważ Ann odeszła, a przed nim całe życie. Nie chciałbym, by był sam, jednak z drugiej strony wiem, że dopuszczenie do swojego serca miłości, w takim przypadku jest naprawdę trudne. Nie jestem w jego skórze, ale nie wyobrażam sobie tego. Poza tym myślę, iż kiedy kocha się tak mocno i prawdziwie, kiedy poznasz już smak takiej miłości, tak wyjątkowej, wielkiej i niepowtarzalnej, to potem pragnie się już tylko takiego uczucia, tak wielkiego, tak prawdziwego i porównuje się, a prawda jest taka, że nie ma dwóch identycznych osób. Mario w żadnej kobiecie już nie odnajdzie Ann. A on pragnie Ann, myślę, że od zawsze jej pragnął i odkąd pamiętam to ją kochał. Ich miłość była wyjątkowa i niepowtarzalna, taka jak jest nasza. Boję się, że nie spotka drugiej osoby, którą obdarzy takim uczuciem, choć życzę mu z całego serca, by spotkał. Zasługuje na to. - Natalie chłonie każde słowo z ust swojego męża. I zgadza się z nim. Ona też nie wyobraża sobie innego mężczyzny u swojego boku niż Marco. I wcale nie dziwi się Mario.
***
Witajcie po długiej przerwie.
Przepraszam za milczenie i nieobecność. Naprawdę mam sporo na głowie i brakuje mi czasu i często sił i skupienia, by coś napisać i dodać. Jednak dziś coś tam naskrobałam więc postanowiłam wrzucić. Ostrzegam, że tekst nie jest sprawdzany, więc literówki pewnie będą na porządku dziennym. 
Pokażcie mi proszę, że czytacie. Skomentujcie. Bardzo mi zależy na Waszych opiniach. Naprawdę na nie czekam. I ogromnie cieszy mnie każde słowo, które piszecie. Dziękuję tym, którzy zechcą poświęcić minutę na komentarz.
Pozdrawiam i myślę, że tak długa przerwa już się nie zdarzy. 



wtorek, 13 października 2015

20.Determinacja...

-Kochanie jadę.- mówi Marco biorąc kluczyki.
-W porządku.- słyszy z ust żony, która właśnie w tym momencie wlewa soczek do kubka niekapka.
-W porządku i już?- dziwi się mężczyzna.- Żadnego kocham cię? Ani jednego buziaka?- jest zaskoczony.
-Kotku nasza córeczka chce pić, więc muszę jej natychmiast dać, bo wiesz, iż za moment będzie się go tak głośno dopominać, że będzie słychać na zewnątrz.
-Wiem, więc poczekam na buzi.- mówi blondyn. Minutę później Natalie jest już wolna, więc mąż podchodzi do niej, obejmuje ją i całuje zachłannie. Kiedy odsuwają się od siebie w końcu Marco uśmiecha się szeroko.- Teraz mogę jechać na trening...- mówi.- Zaraz, zaraz... jeszcze nie mogę.- poprawia się.
-Kocham cię, wariacie.- mówi mu jego żona.
-Właśnie, teraz już mogę jechać.- odzywa się piłkarz.- Ja też cię kocham Natalie.- wyznaje przytulając ją.- Kochałem, kocham i będę kochał. Zawsze.
-Wiem.
***
Załatwia formalności dotyczące transportu jego ojca do Dortmundu. Już dawno się o to starali z mamą, jednak lekarze wstrzymywali ten moment, ponieważ twierdzili, iż mężczyzna nie jest jeszcze w stanie, który umożliwiałby transport, bez obaw, że coś złego może się wydarzyć. W końcu jednak ten dzień nadszedł, ojciec Ricky'ego może wrócić do Dortmundu, a oni do domu. Prawdę mówiąc, po wielu dniach spędzonych poza domem, w hotelu i szpitalu, mają dość, więc z ulgą zareagowali na słowa lekarzy, którzy dali im zielone światło. Wykorzystali to. Jeszcze tego samego dnia cała czwórka wróci do Dortmundu.
***
Trening przebiega tak jak zwykle, bez nowości właściwie. Wszyscy dają z siebie maksimum, za co jak zwykle dostają pochwały od trenerów. Nie obywa się bez wygłupów i żartów, które zawsze sobie robią. Dzięki nim właśnie atmosfera nie jest sztywna. W pewnym momencie słyszą gwizdek trenera. Wiedzą co on znaczy, uprzedził ich, iż pod koniec rozegrają wewnętrzny mecz. Drużyny są zasadniczo wybrane, właściwie podzielił ich trener. W  drużynie, w której gra Marco, brakuje jednego piłkarza, jednak nikt nic nie mówi. Swen zszedł, bo bolało go kolano i stąd ta sytuacja. 
-To co gramy?- pyta Miki, ponieważ wszyscy są gotowi, jednak gwizdek trenera ciągle milczy.
-Jeszcze dwie minuty.- informuje ich Jurgen. Nie mówi nic więcej, więc po prostu czekają. 
Sytuacja wyjaśnia się chwilkę później, gdy na murawie pojawia się Mario, który co prawda trenuje w ośrodku treningowym, jednak przeważnie z zespołem rezerw.
-Coś długo cię nie było.- mówi do szatyna coach.
-Przepraszam, urwałem sznurówkę w korku.- tłumaczy z uśmiechem, więc Jurgen również uśmiecha się na te słowa.
-Aż tak przejąłeś się tym, że będziesz grał z pierwszą drużyną?- pyta.
-Cóż... Trochę tak.- przyznaje.- To teraz  dla mnie jak skok na główkę.- porównuje.
-Mylisz się.- poprawia go szkoleniowiec czarno- żółtych.- Skok na główkę przeważnie źle się kończy, a w twoim przypadku będzie inaczej. To będzie krok naprzód.- mówi z przekonaniem trener.- A teraz chcę zobaczyć czy nie zapomniałeś jak się gra. Dołącz do drużyny czerwonej.
I jeśli Jurgen zobaczył na twarzy Marco i pozostałych zawodników wielkie uśmiechy po tych słowach, to przemilczał ten fakt. Jak widać nie tylko on tęsknił za duetem Gozeus.
***
Wracają do domu. Oni jadą samochodem, tata Ricky'ego został przetransportowany drogą lotniczą. Jego mama również mogła z nim polecieć, oni już nie. Poza tym mieli samochód, więc postanowili wrócić tak jak przyjechali. Prowadzi Agnes, chciała prowadzić, ponieważ poprzedniej nocy Ricky niewiele spał, nie mógł, był jakiś niespokojny. Oponował kiedy zabrała kluczyki i powiedziała, iż nie ma mowy, by to on zasiadł za kierownicą. Twierdził, że nie jest zmęczony, ale ona wiedziała swoje. Potem wsiadł na siedzenie pasażera, już bez protestów.
-Mało się odzywasz.- zauważa blondynka zmieniając pas ruchu.- Co się dzieje, kochanie?
-Nie wiem... Nie wyspałem się i to pewnie dlatego. 
-Jesteś zmęczony więc spróbuj się zdrzemnąć.
-Nie będę spał, kiedy ty jedziesz.
-Przecież ja nie zasnę, ja w przeciwieństwie do ciebie jestem wyspana i naprawdę mogę prowadzić.
-Nie chcę spać.
-Ok, jak uważasz.
***
Choć to nie jest prawdziwy mecz, on dwoi się i troi. Chce jak najwięcej wyciągnąć z tej chwili. Przypomina sobie niektóre zagrania, które wykorzystywali razem z Marco w czasach, gdy razem grali i je wykorzystuje. Marco również je pamięta, choć nie grał z Mario sporo czasu. Pewne nawyki jednak, wypracowane zachowania się pamięta. I triki, które niejednokrotnie wykorzystywali z szatynem, kiedy grali razem, mogą z całą pewnością się do nich zaliczać. Nie skutkuje to bramkami, ale całkiem ładnymi akcjami. Roman Mitch jednak nie daje się zbyt łatwo zaskoczyć. Nie strzelenie bramki jest dla niego najważniejsze w tym momencie. Najważniejsza jest gra, to, iż jest z pierwszą drużyną, że z nimi trenuje, może z nimi zagrać, a wreszcie to, iż może stanąć u boku przyjaciela, osoby, z którą kiedyś na boisku tworzył duet nie do zatrzymania, duet który zachwycał błyskotliwymi zagraniami i akcjami nie tylko w Niemczech, ale na całym świecie. Znów może z nim grać, ramię w ramię. Znów może stanąć u boku kolegów, przyjaciół i jest jak za dawnych czasów. To chwilowe, wie, jednak czuje się w tym momencie na swoim miejscu. Pasuje tu, jak brakujący element układanki. I znów żałuje, iż kiedykolwiek zdecydował się odejść z klubu, który zajmował i nadal zajmuje szczególne miejsce w jego sercu. I po raz kolejny czuje, że chce nadal być częścią tego klubu, nie chce być kibicem na meczach, on chce być częścią Borussi. Nie wie jak tego dokona, ale jest zdeterminowany, by spróbować zawalczyć o swoje miejsce tutaj, o siebie.
I być może mężczyzna w okularach i czapce kaszkietówce na głowie, spacerujący i obserwujący zza linii bocznej boiska, w towarzystwie drugiego trenera dostrzega tę determinację zanim Mario jeszcze ją czuje... I to bez wątpienia go cieszy...
***
Agnes nadal prowadzi, a Ricky w dalszym ciągu nie śpi. W samochodzie znów panuje cisza, jednak to im nie przeszkadza. Przez dłuższą chwilę rozmawiali, a potem słuchali radia, które teraz zostało ściszone, ale nadal muzyka gra gdzieś w tle. Blondynka zauważa samochód, który jedzie tym samym pasem co oni, ale w pewnym momencie zbiera się do wyprzedzania. Oczywiście zwiększa prędkość.
-Jakiś pirat drogowy.- mówi agentka.- Przecież my jedziemy dość szybko, to ten koleś musi mieć dużo więcej na liczniku, popatrz jak szybko nas wyprzedził.- zauważa.
-Niech jedzie jak mu się śpieszy.- kwituje dziennikarz.- Dwie minuty później, kiedy wyjeżdżają zza zakrętu widzą to samo auto wbite w barierki.
-O Boże, Ricky...- mówi Agnes i automatycznie zwalnia, a potem zatrzymuje się w odległości za rozbitym samochodem.  Obydwoje wysiadają czym prędzej.
-Dzwoń od razu po pogotowie.- instruuje ją jej chłopak. Robi to. Kiedy ona rozmawia, on podchodzi do auta.  Słyszy płacz dziecka. Pierwszym co zauważa jest zakrwawiony mężczyzna, który jest nieprzytomny za kierownicą. Drugą jest kobieta, również nieprzytomna, na siedzeniu z tyłu. Po drugiej stronie wpięty jest fotelik dziecięcy i to stamtąd dochodzi płacz. Sprawdza puls na tętnicy szyjnej u mężczyzny, jest wyczuwalny, potem sięga przez rozbitą szybę do kobiety. Również czuje puls. Próbuje otworzyć drzwi, by wyciągnąć fotelik najpierw, by zabrać dziecko, jednak w tym momencie wyczuwa zapach paliwa. I już wie, iż musi się pośpieszyć, bo wyciek paliwa nigdy nie oznacza niczego dobrego, przecież wystarczy iskra, by doszło do tragedii. Szarpie drzwi, które nie chcą się otworzyć. W końcu jednak je otwiera i wypina dziecko. Nie zabiera fotelika, ponieważ pas, którym jest przypięty, zaciął się. Bierze maleństwo na ręce, bardzo ostrożnie, pamiętając, że może być poturbowane, choć z drugiej strony nic na to nie wskazuje, nie ma bowiem ani jednego zadrapania. Spod maski wydobywa się dym, a on podaje dziecko Agnes i wraca do rozbitego auta. Z pomocą innego kierowcy, który również zatrzymał się, ostrożnie wydobywają z niego kobietę. Potem wracają po mężczyznę. Dym wydobywający się spod maski jest coraz gęstszy. Spieszą się. Udaje im się również wydostać mężczyznę. Okazuje się, iż ma on dość mocno rozciętą rękę, domyślają się, ze stało się to za pomocą szkła z rozbite szyby, tamują krwawienie jak tylko mogą. Kiedy dociera straż, pogotowie i policja, we wnętrzu rozbitego samochodu nie ma już poszkodowanych. Karetki zabierają poszkodowanych, zabierają też dziecko. I kiedy zostają sami, Agnes wtula się w ramiona swojego ukochanego, bo emocje z niej wychodzą.
-Chcę już być w domu.- szepce.
-Ja też, ja też, kochanie.
***
Mecz wewnątrz- drużynowy kończy się remisem. Właściwie powinni wygrać, jednak nie wykorzystał trzech stuprocentowych okazji, więc jest na siebie wściekły. Jest mu też wstyd, gdyż dawniej takie piłki pakował prosto do bramki i zamieniał na gole. Tego dnia tak nie jest. I czuje się zrezygnowany. Ubiera się w spodnie dresowe, koszulkę i bluzę. Jest już gotowy, gdy w szatni zjawia się Marco, który akurat wyszedł spod prysznica.
-Zaczekasz na mnie, prawda?- pyta blondyn.
-Jasne.
Chłopcy zostają sami jakieś pięć minut później. W pewnym momencie jednak drzwi się otwierają, po czym do środka wchodzi Jurgen.
-Tak myślałem, że jeszcze was tu złapię.- odzywa się.- Jak za starych, dobrych czasów. Zawsze wychodziliście ostatni. - uśmiecha się.- Widać niektóre nawyki zostają z nami na stałe,- kwituje.
-Tak właśnie jest.- odzywa się Marco, a Mario milczy. Jurgen wie, iż szatyn o czymś intensywnie myśli. W końcu pada pytanie.
-Trenerze...- zwraca się najmłodszy z mężczyzn do szkoleniowca.
-Słucham...
-Co pan...
-Ej, żaden pan. Nie panuj mi tu. Od twojego odejścia nic się nie zmieniło, możesz mi mówić po imieniu.- tłumaczy.
-Co myślisz? Jak moja gra wyglądała patrząc obiektywnie z boku.
-Nie wiem czy potrafię patrzeć obiektywnie.- zauważa Jurgen.
-Powiedz mi, proszę.
-Cóż... Nie powiem, że jest dobrze, bo nie jest. Jednak powiem, że masz wielki potencjał, zawsze to mówiłem. I on ciągle tam jest, tylko musisz uzbroić się w cierpliwość. 
-Jestem cierpliwy.
-Za mało. To wszystko widać jak na dłoni. Ja wiem, ze chcesz grac, wrócić do formy. Na wszystko przyjdzie czas. 
-Myślisz, że stary Mario wróci?- dopytuje najmłodszy.
-Nie, stary Mario bez wątpienia nie wróci. tamtego Mario już nie ma, jesteś inny, dużo się zmieniło w twoim życiu. Nigdy nie będziesz już tym Mario sprzed wielu miesięcy. Wtedy byłeś młodym, zakochanym szczeniakiem, z głową pełną marzeń... Teraz jesteś dojrzalszy, myślisz inaczej. Jednak niezależnie jak dużo straciłeś ostatnio, twój talent nadal tam jest, jest w tobie. Nie straciłeś go. To widać. I ja wierzę, że niebawem znów go pokażesz. Mamy zamiar ci w tym pomóc, będziesz trenować z pierwszym zespołem.- mówi i wydaje mu się, iż w oczach Mario zauważa radość.
-Dziękuję.- odzywa się szatyn.- Tyle dla mnie robicie... Nie wiem kiedy będę w stanie się odwdzięczyć.- mówi.
-Nie musisz. Nikt niczego nie oczekuje. 
***
Niespodzianka!!!
Nie podziewaliście się, wiem. 
Miało być więcej Marco i Nat, cóż nie wyszło. W następnym się postaram, obiecuję.
Komentujcie. 

sobota, 10 października 2015

19. Pomysł...

Stara się jak najszybciej dotrzeć na miejsce, do przychodni, w której jest umówiony z pediatrą. Julie od pół godziny płacze bez przerwy. Bez wątpienia jest chora, ponieważ ma gorączkę. Nie ma pojęcia co dokładnie jej dolega, jednak ma nadzieję, że za kilkanaście minut wszystkiego się dowie od lekarza. Płacz córeczki sprawia, jej cierpienie sprawia, że jemu też chce się płakać, bo naprawdę chciałby jej ulżyć, ale nie ma pojęcia jak.
-Jeszcze moment maleńka i wszystkiego się dowiemy. Jeszcze moment okruszku.- mówi do niej z czułością.
Może 7 minut później parkuje na parkingu przed kliniką, po czym bierze na ręce córeczkę i udaje się do budynku. Kiedy staje przy ladzie rejestracji, patrzy na niego wiele par oczu. Julie płacze, choć już nie tak histerycznie, jak jeszcze w domu, gdy ją próbował ubrać.
-Jestem umówiony z dr. Smith.- mówi do młodej kobiety znajdującej się za ladą rejestracji. 
-Już sprawdzam.- mówi dziewczyna. Nie pyta nawet o nazwisko, Mario domyśla się, iż nie musi. Zna go jak połowa, a może nawet więcej ludzi w tym mieście i pewnie w całych Niemczech.- Proszę iść do gabinetu nr 12.- mówi mu uśmiechając się może zbyt szeroko jak na jego gust.
-Dziękuję.- odpowiada tylko odchodząc.
Chwilę później rozmawia z lekarką, która bada jego córeczkę. Pani doktor wyjaśnia, że to najprawdopodobniej infekcja wirusowa, ale prosi go, by poszedł do laboratorium, by panie laborantki mogły pobrać Julie krew na badanie. Robi to. Oczywiście jego córka nie jest zadowolona, iż kręcą się przy niej obce osoby, dotykają ją i kłują. Jej płacz staje się głośniejszy. Wychodząc z laboratorium zostaje zapewniony,iż wyniki będą do pół godziny. Tuli córeczkę składając pojedyncze, małe pocałunki na jej główce, czole, czy policzkach, stara się ją uspokoić, na ile się da. Niewiele działa. Julie płacze i Mario wydaje się, iż w najbliższym czasie nie ma zamiaru przestać. To zrozumiałe, jest chora, ale ten płacz łamie mu serce. Uwielbia swoją córkę, kocha ją nad życie i jak każdy rodzic, chciałby, by nie cierpiała, a w tym momencie niewątpliwie cierpi. Podchodzi do okna, odwraca się z nią w stronę szyby, po czym zaczyna przestępować z nogi na nogę kołysząc ją. Dziewczynka jest wtulona w ramiona ojca, a on delikatnie kołysze nią.
-Mój maleńki okruszku wytrzymaj jeszcze moment.- szepce do jej ucha.- Jeszcze moment Jull. Ci, ci, ci...
Nie zaprzestaje kołysania, bo stwierdza, iż płacz jego córeczki jest odrobinę cichszy, jednak tylko odrobinę, ale dobre i to. Domyśla się, iż dziewczynka zmęczyła się łkaniem. On też jest zmęczony jej płaczem i pragnie, by przestała, by nie wylewała już łez ze swoich maleńkich oczu. Chce ją zobaczyć tak jak zwykle uśmiechniętą. 
-Kocham Cię, maleńka.- wyznaje cicho.-Jesteś wszystkim, co mam.
***
Idąc chowa do torebki wyniki swoich badań. Jest zadowolona, bo są dobre, a nawet bardzo dobre. Idąc uśmiecha się sama do siebie, oraz do ludzi, których mija. Cieszy się, bo dlaczego miałaby się nie cieszyć? Żyje, ma się dobrze i wszystko wskazuje na to, że tak będzie w przyszłości. Idzie korytarzem, mija kilka osób, a potem słyszy łkanie dziecka. Jej spojrzenie trafia na znaną jej sylwetkę stojącą przy oknie, wprawdzie tyłem, ale wydaje jej się, że to Mario. Postanawia podejść i się przekonać. 
-Cześć.- mówi będąc na tyle blisko, by usłyszał. Chłopak spogląda w stronę, z której dobiegł go głos. Rozpoznaje osobę, która się z nim przywitała.
-Cześć.- odpowiada nie przestając kołysać swojej córeczki siląc się na mały uśmiech, ale ten nie za bardzo mu wychodzi.
-Co się dzieje?- pyta spoglądając na dziewczynkę. Na twarzy piłkarza również wymalowane jest zmartwienie.- Jest chora?- pyta.
-Tak, przed momentem byliśmy w laboratorium i czekamy na wyniki. Pani doktor twierdzi, że to wirus, jednak chciała zobaczyć wynik badania krwi.- tłumaczy jej szatyn.- Marzę o tym, aby stąd wyjść.- dodaje mężczyzna.
-Nie dziwię się, ja też nie lubię takich miejsc.- mówi dziewczyna, choć domyśla się, z jakiego powodu piłkarz ma awersję do szpitali.-Jull...- zwraca się do dziewczynki Emily.- Biedactwo...- dotyka jej małej dłoni, a dziewczynka spogląda na nią kwiląc.- Cześć maleńka.- grucha do dziecka Em.-Nie płacz, skarbie. 
Dziewczynka przez moment kwili ciszej interesując się dziewczyną, która do niej mówi i głaszcze jej maleńką dłoń. Ktoś trzaska drzwiami i mała znów zaczyna łkać głośniej. Mario wzdycha cicho po czym spogląda na zegarek.
-Może te wyniki już są, pójdę sprawdzić.- odzywa się.- Przepraszam cię, ale muszę...
-W porządku, rozumiem...- odpowiada dziewczyna, po czym dodaje.-Może ją wezmę?- proponuje Emi spoglądając na chłopaka.
-Nie, może lepiej nie. Jest rozdrażniona, może gorzej płakać, a naprawdę tego nie chcę. Płacze już kilkadziesiąt minut i ona ma dość i ja. Nie umiem jej ulżyć, a ona nie potrafi się uspokoić.
- To z powodu choroby. Zaproponowałam, bo pomyślałam po prostu, że nie musiałbyś z nią biegać po tych korytarzach. Mógłbyś też  iść z tym wynikiem i porozmawiać z lekarką na spokojnie, bo jak ona będzie płakać to nie za bardzo się dogadacie.- tłumaczy dziewczyna, a on wie, że ma dobry pomysł, jednak nie jest pewien, czy jej córce również się spodoba. Nie wie czy chce próbować.
-Masz rację, ale nie wiem czy nie będzie gorzej jak spróbuję odkleić ją od siebie.- patrzy na Emily.
Emily gładzi policzek małej po czym wystawia do niej ręce. 
-Pójdziesz do mnie?- pyta małej dziewczynki. Najpierw nie reaguje pochlipując, ale po kilku sekundach jednak wyciąga rączkę. Em wykorzystuje ten moment, aby wziąć ją na ręce od Mario. I mała nie płacze bardziej, dlatego on po prostu zachęcony kiwnięciem głowy od Emily, która w tym momencie przytula jego córeczkę, idzie do laboratorium, a w końcu do pediatry. Faktycznie na spokojnie może odebrać receptę i zadać wszystkie pytania, które mu się nasuwają. I kiedy pojawia się znów przy Emily i Julie zauważa, iż płacz ucichł, a mała śpi wtulona w ramiona córki Alice. Jest zaskoczony. Jest nawet bardziej niż zaskoczony.
-Jak tego dokonałaś?- pyta.
-Nic nowego nie zrobiłam, po prostu chyba tak się zmęczyła łkaniem, że w końcu zasnęła.- pada odpowiedź.
-Emily...
-Słucham?
-Możesz jeszcze moment z nią zostać, a ja pobiegnę do apteki wykupić lekarstwa?- pyta chłopak.- Przepraszam, pewnie się śpieszysz...
-Nie przepraszaj, nie śpieszę się i właśnie miałam ci to samo zaproponować. Szkoda byłoby ją teraz przekładać i budzić.
-Dziękuję.- mówi z wdzięcznością.- Zaraz wracam.
-Spokojnie, ja naprawdę nigdzie się nie śpieszę.- pada odpowiedź.
*** 
Spacerują parkową alejką. Park znajduje się niedaleko szpitala, w którym przebywa ojciec Ricky'ego i niedaleko hotelu, w którym obecnie mieszkają. Agnes obserwuje swojego chłopaka, który uśmiecha się, jego rysy twarzy są łagodne, nie ma już zmartwienia ani napięcia wymalowanego na twarzy. To bez wątpienia ją cieszy. Właściwie od momentu w którym go poznała widywała go szczęśliwego, uśmiechającego się, śmiejącego w głos. Jednak teraz, kiedy jego sytuacja rodzinna się wyprostowała, ten uśmiech jest inny, pełniejszy. Oczy jej chłopaka nie kryją już bólu, czy urazy.
-Kochanie, mówię do ciebie.- głos Ricka przerywa jej zamyślenie.- O czym tak intensywnie myślisz, że w ogóle nie słuchasz co mówię?- pada pytanie ze strony dziennikarza.
-Raczej o kim?- poprawia go, a na jego twarzy maluje się ciekawość.
-Znam go?- pyta Ricky.- Bo to jakiś mężczyzna zaprząta twoje myśli, prawda?- dopytuje.
-Tak, to zdecydowanie mężczyzna.- odpowiada agentka.- I zdecydowanie go znasz.- patrzy na niego mówiąc te słowa.
-Zdradzisz kim on jest?
-Tak, to żadna tajemnica.- uśmiecha się blondynka.- Myślę o tobie.- mówi.- A ty myślałeś, że o kim?- pyta.
-Miałem cichą nadzieję, że to ja jestem w twoich myślach, ale istniały jakieś małe szanse, iż to może być ktoś inny, dlatego wolałem zapytać.- na jego twarzy również pojawia się uśmiech.-Cieszę się bardzo, że to ja.
-To zawsze będziesz ty.- mówi Agnes.- Już zawsze.- wyznaje, a on rozkłada ramiona i kilka sekund później ona stoi wtulona w niego na środku alejki parkowej, gdzie wszyscy mijający ich mogą na nich patrzeć. I jest kilka, a może kilkanaście par oczu, które wpatrują się w nich z zaciekawieniem, ale Agnes i Ricky'emu ciekawskie spojrzenia nie przeszkadzają, bo oni zajęci są sobą. Nie robią przecież nic złego, po prostu przytulają się w parku, bo w tej chwili właśnie tego potrzebują.
-Kocham cię.- szepce chłopak w jej włosy.
-Kocham cię.- pada odpowiedź.- I cieszę się, że nareszcie jesteś w pełni szczęśliwy.
-Jestem, ale mogę być jeszcze szczęśliwszy i to ty możesz kiedyś dać mi jeszcze więcej szczęścia, wiesz?- odzywa się mężczyzna.
-Jak mam to zrobić?- Agnes lekko odsuwa się od niego, by móc spojrzeć mu w oczy.
-Dowiesz się, niebawem.- obiecuje.- Niedługo.- składa pocałunek w jej włosach.-Moje szczęście jest i już zawsze będzie ściśle powiązane z tobą, kochanie. Tak jak może życie. Jesteś moim wszystkim.- wyznaje dziennikarz, a ona po prostu się uśmiecha, ponieważ naprawdę uwielbia, kiedy jej mężczyzna mówi jej takie słowa. To najpiękniejsze wyznania miłości.
***
Emily pojawia się w domu dużo później niż zaplanowała, ale nie jest z tego powodu smutna. Wie natomiast, iż jej rodzice na pewno zastanawiali się, dlaczego nie wróciła zaraz po odebraniu badań. Uprzedziła ich, że wróci później, bo logiczne było, iż gdyby tego nie rozbiła, to mogliby pomyśleć, że badania nie są zadowalające, nie chciała, by się bali, dlatego wysłała krótkiego sms-a. 
Gdy pojawia się w salonie obydwoje siedzą na sofie popijając kawę.
-Cześć.- mówi uśmiechając się.
-Cześć córeczko.- mówią zgodnie.- Wszystko w porządku?
-Tak, w jak najlepszym.- pada odpowiedź, po czym dziewczyna siada obok swojego ojca.- Badania wyszły świetnie.- chwali się.
-Cudownie.- jej ojciec obejmuje ją po czym przytula.- Nie spodziewaliśmy się złych wieści.
-Ja też byłam spokojna, jednak musiałam sprawdzić.
-Nie wróciłaś na obiad.- zauważa Alice.
-Nie wróciłam. W klinice spotkałam Mario z Julie.
-Coś się stało?
-Julie jest chora. Niby nic poważnego, jakiś wirus, ale ma wysoką temperaturę, jest też bardzo rozdrażniona i płaczliwa. Płakała bez przerwy przez kilkadziesiąt minut, raz mocniej, raz mniej, ale ciągle. Mario nie mógł jej uspokoić. Kiedy ich spotkałam, czekali na wynik z laboratorium. Zaproponowałam, że zostanę z nią, bo wiadomo, że z płaczącym dzieckiem ciężko się skupić, a on chciał porozmawiać z pediatrą. Zasnęła zanim wrócił, a potem, kiedy wrócił z apteki i ją wziął, ona znów zaczęła płakać i wyciągała do mnie rączki więc nie mogłam sobie pójść. I tak oto znalazłam się u nich w domu. Jull nie chciała w ogóle iść do niego i chyba było mu strasznie przykro z tego powodu. Daliśmy jej syrop, a chwilę później zasnęła.Wyszłam chwilkę później.- skończyła swą opowieść.-Mamo?
-Tak?
-Mario szukał opiekunki dla Jull, prawda?
-Tak, to prawda, ale nie znalazł.
-Szuka nadal?- dopytuje.
-Nie wiem, zdaje się, że dzwonił do tego biura i powiedział, by nadal szukano. A dlaczego pytasz?- Alice spogląda na swoją córkę.
-Bo tak sobie pomyślałam...-spogląda na rodziców.- Mam urlop na uczelni, mogłabym...- Dwie pary oczu wpatrują się w nią uważnie.- Może ja mogłabym zostać jej opiekunką.- mówi.- Co myślicie?- wpatruje się w nich pytająco, a oni milczą.
***
Łapcie kolejny. Spodziewaliście się? Wiem, że niektóre z Was tak :)  
Mario się zgodzi?
Komentujcie.
Ps. Powiedzcie mi czy to opowiadanie się Wam znudziło, że doczekałam się dwóch komentarzy? 
Oczywiście dziękuję osobom, które znalazły czas i chęci przede wszystkim, by napisać parę słów. Dzięki wielkie. 

wtorek, 29 września 2015

18. Zawątpienie...

Właściwie nie pokłócił się ze swoją mamą, to nie była kłótnia, ale krótka wymiana zdań. Oczywiście mieli odmienne zdania, ale póki co, to on, w tej kwestii, w której się nie zgodzili, ma ostatnie zdanie. To on jest ojcem Jull, on decyduje. Wie o co chodziło jego mamie, ale i tak postanawia na swoim. Ma zamiar poszukać dla córeczki jakiejś opiekunki, na parę godzin  dziennie, bo przecież jego mama pracuje, a on trenuje i coraz częściej te dwie rzeczy zbiegają się w czasie z różnych powodów.
***
-Mario szuka opiekunki dla Julie?- pyta Natalie wychodząc z łazienki. Dziewczyna ma na sobie jedynie krótką koszulkę nocną, jej mąż lustruje jej ciało. Nie od razu odpowiada.- Kochanie pytałam o coś.- mówi malarka.
-Tak, słyszałem. Tak, Mario szuka niani na kilka godzin dziennie dla swojej córeczki. Ostatnio zdarzyło się kilka razy, że jego mama musiała przyjść za koleżankę do pracy, no i w tym czasie nie mogła zająć się małą, a Mario miał trening.- odpowiada Marco.-Jego mamie nie do końca podoba się jego pomysł, choć niedawno kiedy o tym mówił, była tego samego zdania co on. Teraz jak przyszło szukać opiekunki zmieniła zdanie. Posprzeczali się o to. 
-Myślę, że nic złego się nie stanie jak Julie będzie przez kilka godzin z opiekunką, wtedy kiedy oczywiście będzie potrzeba.
-Też tak myślę, ale mama Mario już nie. Ja wiem, że ona się martwi jak Julie przyjmie obcą osobę, bo sama wiesz, że ona niekoniecznie lubi osoby, których nie zna, ale wydaje mi się, iż się przyzwyczai, o ile to będzie ktoś przyjemny.
-Mario nie zostawi córki z kimś, kto nie jest miły i kompetentny. Jestem pewna, że on prześwietli tę osobę na wylot. Jeśli chodzi o dobro Jull, to jest nadopiekuńczy.
-Zdecydowanie to prawda, ale go rozumiem, bo mam tak samo, kochanie. 
Żona piłkarza układa się obok niego w łóżku. Przekręca się na bok, tak by być twarzą do blondyna.
-Wiem, o tym kochanie. Ty również bywasz nadopiekuńczy, ale lubię, że się troszczysz. 
Nie rozmawiają już więcej. Ich usta łączą się w delikatnym pocałunku.
***
Ten dzień nie należy do łatwych i przyjemnych. Jest zrezygnowany, spotkał się z kilkoma potencjalnymi kandydatkami na opiekunkę dla swojej córki. Wszystkie niby miały być sympatycznymi osobami z doświadczeniem, ale okazało się, że nie do końca tak jest. Dwie panie sam odrzucił, następnych trzech nie zaakceptowała jego córka, jeśli w ogóle można mówić o tym, że małe dziecko jest w stanie kogoś lub coś zaakceptować. Obserwował jak próbują udobruchać małą, kiedy ta jawnie pokazywała, że nie chce ich uwagi, nie chce iść do nich na ręce. Starały się, to piłkarz musi przyznać, jednak Julie nie była pozytywnie nastawiona, najpierw była rozdrażniona, a potem kończyło się na płaczu we wszystkich trzech przypadkach.I takim oto sposobem został bez opiekunki. Zadzwonił oczywiście do biura i zgłosił, by szukano mu nadal opiekunki do dziecka.
***
Prowadzi przyjemną konwersację z koleżanką, która pracuje w rejestracji u jej mamy, kiedy zjawia się Mario. Nie jest sam, ma w ramionach swoją małą córeczkę. Wita się z nimi, po czym Emily uśmiecha się do Julie, wita się z nią wyciągając do niej dłoń, którą ona od razu łapie. Mario obserwuje. Jego córka bez wątpienia wybiera sobie ludzi, których lubi, bo przecież Emily też nie zna za dobrze, a praktycznie od pierwszego momentu ją zaakceptowała, a pan, które starały się o posadę niani, nie i już. Nie wie dlaczego, ale w tym momencie nie ma czasu się nad tym zastanawiać. Alice zjawia się w recepcji z pacjentką, która właśnie wyszła z jej gabinetu.
-Cześć Mario, cześć Julie.- wita się z nimi lekarka.- Zapraszam.- wskazuje na gabinet.
-Przyszedłem przełożyć, mam Julie, a ona dziś nie ma dobrego humoru więc na pewno nic z sesji nie wyjdzie. Przepraszam, ale moja mama kolejny raz musiała zastąpić koleżankę, więc nie mogła zostać z moją córką.- tłumaczy.
-Jeśli się zgodzisz, to ja mogę się chwilę nią zająć.- z ust Emily pada propozycja. Piłkarz spogląda na dziewczynę. 
-Nie chcę zawracać ci głowy.- stwierdza.
-Przecież chętnie się nią zajmę.- mówi dziewczyna.- Julie idziemy?- wyciąga dłonie do dziewczynki, a ona bez zawahania  wyciąga swoje maleńkie. Mario podaje córce Alice swoją córeczkę, a potem torbę z potrzebnymi rzeczami dla małego dziecka. Spogląda na swoją pociechę, która z zainteresowaniem dotyka małą dłonią policzka dziewczyny. Jej zachowanie jest zupełnie inne niż w stosunku, do kobiet, z którymi spotkał się, a które były kandydatkami na nianię. Przy nich Julie nie była spokojna, nie była zainteresowana, była zła, płakała. Przy Emily tak nie jest. I to jest ciekawe.
***
Spogląda na uśmiechniętą buzię małej Julie i się uśmiecha. Przy tej małej istotce nietrudno o uśmiech. Jest wspaniała. Rozczula ją. Od zawsze uwielbia dzieci, od zawsze lubi się nimi zajmować i ma wrażenie, że one wyczuwają jej sympatię odpłacając jej swoją. Mała dziewczynka, która w tym momencie gryzie zawzięcie kolorowy, grający, zabawkowy telefon zdecydowanie też nie jest niezadowolona jej towarzystwem. I kiedy Emily mówi do niej, ona radośnie się uśmiecha pokazując swoje dziąsła. I to nie dziwne, że serce Emily na ten widok bije mocniej. W głębi duszy wyobraża sobie bowiem, że kiedyś będzie mamą właśnie takiej dziewczynki. Pragnie tego najbardziej na świecie. Kiedyś pragnęła po prostu żyć, a teraz, kiedy dostała drugą szansę jej marzenia są już inne. Jednym z nich, największym jest posiadanie takiego małego promyczka jak Julie.
***
-Jesteś dziś strasznie rozkojarzony, nieobecny.- mówi Alice do Mario, bo sesja w tym dniu przebiega wyjątkowo opornie.
-Przepraszam.- mówi mężczyzna spoglądając na nią przepraszająco.-Trudno mi się dziś skupić.- przyznaje.
-Coś się stało?- pada pytanie terapeutki.
-Nic, chyba.- pada odpowiedź.- Myślę, że wiele rzeczy się nałożyło. Sam już nie wiem...- wzdycha spuszczając wzrok i wpatrując się w swoje buty. Sam nie wie co się z nim dzieje, ostatnio jest coraz bardziej poddenerwowany, właściwie nawet najmniejsze rzeczy sprawiają, że ma ochotę wrzeszczeć czasami, choć tego nie robi. Trzyma to w sobie, choć pewnie jest to jedna z najgorszych metod. 
-Jakich rzeczy, Mario?- docieka pani doktor.- Porozmawiasz ze mną o tym, czy potrzebujesz świętego spokoju?- pyta.
-Sam już nie wiem czego potrzebuję, a czego nie.- dopowiada podnosząc wzrok na kobietę.-Nie wiem, Alice.- powtarza, a ona zauważa jego zmartwione oczy.- To uczucie beznadziei wraca.- mówi jej.- A ja się go boję.- wyznaje.
Kobieta przez moment patrzy na niego i się nie odzywa. Wie, że ten trudniejszy moment zbliża się do chłopaka. Nowa fala bólu z pewnością w najbliższym czasie uderzy w niego. Powróci żal, pustka ze zdwojoną siłą. To normalne, wie to, ale jednocześnie pragnęłaby, by chłopak nie musiał już więcej przez to przechodzić. To jednak nieuniknione. 
-Mario.- zwraca się do niego, a on spogląda na nią.
-Tak?
-Wiesz, że wszystko będzie dobrze, prawda?- Odpowiedź nie nadchodzi.- Poradzisz sobie z tym.- zapewnia go.- Poradzisz sobie z wszystkim.- mówi.- Po prostu nie trzymaj tego w sobie. Nie bój się o tym mówić, nie wstydź się tego, że jest gorzej, że znów masz uczucie, iż sobie nie radzisz. Masz prawo tak czuć, masz prawo. To nic złego.- tłumaczy mu tak samo jak wiele razy.
-Wiem, masz rację.- przyznaje.- Było dobrze, długo, potem urodziny Ann... To we mnie uderzyło. Naprawdę. Myślałem, że przeszło, ale to nieprawda. Wszystko mnie drażni. Naprawdę. Jestem zły. Zły na to, że w klubie jestem nikim, po prostu pozwolono mi trenować. Jestem wdzięczny, bo nie musieli tego robić, a jednak zrobili. Jednak z drugiej strony to frustrujące, bo jestem nikim...
-Nie jesteś nikim.- mówi terapeutka.
-Zawodowo jestem. Nie mam klubu, nie mam perspektyw na klub, jestem bez formy, nie wiem kiedy w ogóle zbliżę się do tego, co było wcześniej. Chciałbym grać, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie wyjazdów na mecze poza miasto, nie wyobrażam sobie rozłąki z moją córką na dobę, dwie. Nie potrafię jej zostawić na dłużej. Nawet teraz, kiedy jest za drzwiami z Emily zastanawiam się jaką ma minę, choć domyślam się, że zadowoloną, bo lubi twoją córkę. I z jednej strony jestem nadopiekuńczy, a z drugiej szukam dla niej opiekunki, by móc jeździć na treningi, chcę by miała opiekę, kiedy moja mama nie może dojechać na czas. 
-Szukasz niani?
-Tak, nawet z kilkoma rozmawiałem dziś.- przyznaje.
-Efekt?
-Żaden, Julie nie za bardzo była zachwycona.
-A ty byłeś? Któraś z nich wydawała ci się odpowiednia?
-Sam nie wiem, wydawały się miłe, ale...
-Ale?
-Ale zastanawiałem się co ja robię właściwie? Chcę zostawić mój skarb z obcą osobą? Sam sobie przeczę, prawda?
-Nie, po prostu nie jesteś chyba naprawdę gotowy na to, by Julie zostawała z osobą, której nie znasz, której nie ufasz, która nie jest ci bliska. To normalne, rodzice tak mają.
-Minie?
-Tak, choć u jednych mija szybko, innym schodzi dłużej.
-I ja będę w tej drugiej grupie.- przyznaje.
-Możesz być, przyznaję. Jesteś w cięższej sytuacji ponieważ straciłeś Ann, a Julie straciła mamę. Wiesz we dwoje wszystko jest znacznie łatwiejsze, gdy możesz to z kimś dzielić. Gdyby żyła Twoja żona, gdyby nie wydarzył się wypadek, to na pewno ona spędzałaby zdecydowanie więcej czasu z Waszą pociechą, ty byłbyś aktywnym piłkarzem, musiałbyś wyjeżdżać i w momencie, gdybyście zdecydowali się na pomoc niani, to ona przeżywałaby wszystko ze zdwojoną siłą, a Ty byłbyś zapewne jej opoką w tym trudnym czasie. Mężczyźni, w większości, do pewnych spraw podchodzą znacznie mniej emocjonalnie niż my, kobiety. To naturalne. Co nie znaczy, że mniej kochają swoje dzieci, czy mniej się troszczą. Jednak oni są taką opoką. Teraz jesteś w innej sytuacji, znacznie trudniejszej. Ty masz tylko Julie, a Julie ma tylko tatę. Wprawdzie masz wspaniałą rodzinę, przyjaciół, ale to jednak zupełnie inne niż gdybyś wychowywał córeczkę z Ann.
-Masz rację. Mam rodzinę, mam wspaniałych, oddanych przyjaciół i naprawdę cieszę się, że są. To dużo, bardzo dużo, ale ciągle mało, oni są ważni, naprawdę, ale ja ciągle czekam na nią.- przyznaje i milknie na moment. Odzywa się dopiero po chwili.- Wiesz, czasem budzę się nad ranem, w sypialni jest ciemno. Ja wiem, że jej nie ma, ale po omacku wyciągam dłoń i szukam jej po drugiej stronie łóżka. Idę na spacer z Julie przez park i zawsze siadam na moment na naszej ulubionej ławce. Na początku nie mogłem bywać w naszych ulubionych miejscach, bolało za bardzo, ale teraz tego potrzebuję. 
-Szukasz jej.- mówi Alice.
-Szukam, ale nadaremnie.- przyznaje z goryczą.- Wiesz, wszystkie nasze rozmowy zawsze zmierzają do Ann.
-To nic złego.
Rozmawiają kolejne minuty. Mario dużo mówi, więcej niż od początku sesji. I ta rozmowa naprawdę mu pomaga. Alice jest dobrym terapeutą. Potrafi słuchać, potrafi rozmawiać, wie kiedy mówić, kiedy pytać, a kiedy po prostu milczeć. Ma trafne spostrzeżenia, wie jak się zachować. I kiedy w końcu wychodzą obydwoje, Alice z Mario, Emily nie ma z Julie. Szatyn rozgląda się po pomieszczeniu, w których je zostawił. Ma zamiar zapytać recepcjonistki, ale ona sama odzywa się:
-Emily zabrała Julie do tego parku obok.
Mario żegna się z Alice, po czym kieruje się we wskazane przez blond- włosą rejestratorkę. Zauważa je z daleka. Emily idzie spacerkiem jedną z alejek parkowych przytulając do siebie Julie, która, Mario jest pewien, że śpi. Zbliża się do niech, Emily zauważa go:
-Zabrałam ją na świeże powietrze, nie pytałam, ponieważ nie chciałam wchodzić do gabinetu i przeszkadzać.- tłumaczy się.
-W porządku.- odpowiada piłkarz.- Długo śpi?
-Myślę, że jakieś 20 minut.- przyznaje dziewczyna.- Zasnęła od razu jak tu przyszłyśmy.
-Nie dziwi mnie to. Ona tak właśnie zasypia najczęściej. Właśnie w ten sposób najczęściej ją przytulam, kiedy chcę by szybko odpłynęła. 
-Nie wiedziałam, zrobiłam to nieświadomie, a jej to odpowiadało.
-Tak, uwielbia się tulić.- przyznaje piłkarz.
-A ja nie powiem, żeby mi się nie podobało trzymanie w ramionach takiego aniołka.- uśmiecha się Emily.
***
Słucha jak Emily mówi o małej Julie. Widzi błysk w jej oczach. Ten błysk był tam od dawna, wie, że jej córka od zawsze uwielbiała małe dzieci, a dzieci uwielbiały i uwielbiają ją. Jednak Alice zauważa też, że ten błysk jest nieco intensywniejszy, że Emily mówi inaczej. Nie mówi nic, słucha. W końcu padają słowa, których się spodziewała:
-Tak bardzo pragnę mieć takie maleństwo.- wypowiada dziewczyna.
- Emi ...
-Ja nie mówię, że już bym chciała, ale za jakiś czas.
-Wiesz, że to w twoim wypadku niebezpieczne? Zdajesz sobie z tego sprawę?
***
Łapcie kolejny rozdział. 
Jest mi smutno. Pod ostatnim postem było dwa komentarze, za które oczywiście bardzo, ale to bardzo dziękuję osobom, które znalazły czas i napisać kilka zdań. Ten rozdział dedykuję właśnie im :)
Nie wiem jak wyszedł, sami oceńcie. I komentujcie.
10 komentarzy- następny rozdział.