Od zarania dziejów wiadomo, że złe rzeczy dzieją się szybko w naszym życiu, łamiąc je, gmatwając, a powrót do normalności zajmuje potem wiele czasu. Tak jest w przypadku Mario. On cierpi. Cierpi godzinami, dniami, tygodniami. Tęskni godzinami, dniami tygodniami. Czuje się bezsilny godzinami, dniami tygodniami...a na grobie Ann codziennie są świeże kwiaty i nigdy nie gasną znicze.
***
Cieszy ją dosłownie wszystko- to, że świeci słońce, którego promienie może czuć spędzając miłe chwile w ogrodzie w gronie najbliższych oraz przyjaciół, cieszą spacery, na które wychodzi trzy razy częściej, niż robiła to przed chorobą, cieszą kolorowe kwiaty nasadzone wzdłuż parkowych alejek, uśmiecha się na widok roześmianych buzi dzieci bawiących się na placu zabaw... Dostrzega jaki świat jest piękny. To nie tak, że wcześniej o tym nie wiedziała. Zawsze potrafiła dostrzec piękno otoczenia, docenić to co ma. Jednak po walce jaką stoczyła, by móc nadal się tym cieszyć, potrafi dostrzec jeszcze więcej dobrych rzeczy wokół. I to jest wyjątkowe. I jeśli kiedykolwiek wcześniej mówiła, że wie co to znaczy być szczęśliwą, to teraz powiedziałaby, iż wcześniej nie miała pojęcia. Teraz już wie co oznacza być szczęśliwą. Dla niej szczęściem jest po prostu żyć.
***
Stara się, naprawdę to robi. Jest również rozdarty. Czuje bezsilność. Jakiś wewnętrzny głos ciągle podpowiada mu, że nie powinien wstawać z łóżka, że nie musi tego robić, bo przecież ma prawo do tego, ma prawo do rozpaczy, wszakże stracił coś najcenniejszego- jego Ann, jego miłość, a wraz z nią jego życie. Ten sam głos mówi mu, iż nie powinien zbliżać się do córeczki, gdyż jedyne co może zrobić to wyrządzić jej krzywdę, ponieważ nie ma właściwie pojęcia jak zajmować się taką kruszynką. Wreszcie ten sam głos podpowiada mu, iż jest ciężarem dla swojego otoczenia- dla rodziców, przyjaciół. Zdaje sobie sprawę, iż nie powinien słuchać tego głosu, jednak w niektórych momentach, tych w których czuje się najgorzej, nie potrafi się mu przeciwstawić.
Prawda jest taka, iż Mario ma lepsze i gorsze dni. W te lepsze nie słyszy tych złych podpowiedzi, albo po prostu stara się ich nie słuchać,w te gorsze faktycznie nie wstaje z łóżka poddając się rozpaczy. Jego życie można porównać do huśtawki- raz jest się wysoko, raz nisko. Tylko, że on za często jest za nisko...
A podczas rozmów jego rodziców oraz przyjaciół za często pada słowo " depresja."
***
Słucha słów przyjaciela. Marco po raz setny, albo i tysięczny stara się go namówić aby skorzystał z fachowej pomocy, on jednak uparcie odmawia. Nie chce rozmawiać z obcą osobą na temat tego co czuje, nie ma zamiaru tego robić. W tej kwestii jest nieugięty.
-Czy ty w ogóle słuchasz co do ciebie mówię?- pyta blondyn w pewnym momencie.
-Nie muszę, bo od dawna próbujesz mnie namówić, ciągle to robisz, a ja nie chcę!- upiera się.- Musi do was dotrzeć, że nie będę rozmawiać o tak osobistych sprawach z nikim obcym.
-Mario to ma ci pomóc...- próbuje go przekonać Marco.- Współpracowałeś z psychologami w klubie, wiesz jak taka rozmowa czasem pomaga...
-Teraz nie chodzi o piłkę.- wysuwa argument.- To nie błahostka, nie kwestia czystej głowy na boisku.
-Wiem, nie o tym mówię, chodzi mi bardziej o fakt, że takie sesje pomagają.
-Nie będę z nikim rozmawiać. Nie chcę, proszę daj mi spokój.- mówi spoglądając na przyjaciela.- Odpuść Marco, proszę. Jeśli celem twojej wizyty jest tylko to, żeby przekonać mnie bym umówił się na seans terapeutyczny, to naprawdę możesz już jechać do domu, bo ja się nie zgadzam.- mówi.
-Jeśli naprawdę myślisz, że tylko dlatego tu jestem to najlepszym wyjściem będzie jak faktycznie pójdę.- po wypowiedzeniu tych słów wstaje po czym wychodzi z pokoju. Blondyn słyszy jak Mario woła za nim, słyszy jego kroki, ale nie słucha, gdy mówi, by zaczekał. To nie tak, że się obraził, przecież nie jest dzieckiem, jednak postanawia, że po prostu wróci do domu, bo rozmowa z szatynem tego dnia nie ma sensu. Mario ma ten gorszy dzień, dzień kiedy nie trafiają do niego żadne argumenty. Jest na podjeździe, gdy jego przyjaciel wybiega za nim. Ma zamiar otworzyć drzwi, jednak Mario mu to uniemożliwia opierając się o nie.
-Przepraszam, nie to miałem na myśli.- mówi oddychając szybko, co jest zastanawiające wszakże nie przebiegł dużej odległości.
-Nie to, w takim razie co?- mierzy go wzrokiem Marco.
-Ja naprawdę rozumiem dlaczego to robisz, doceniam to. Zachowywałbym się tak samo...- wyznaje.- Przepraszam.
***
Budzi go dzwonek telefonu. Przeciera oczy, po czym wyciąga dłoń i bierze telefon do ręki. Zanim jeszcze udaje mu się zobaczyć kto dzwoni przeciąga po dotykowym ekranie palcem i odbiera:
-Słucham.- mówi ziewając.
-Marco ja bardzo Cię przepraszam...- mówi kobieta, w której głosie blondyn rozpoznaje mamę Mario.-Przepraszam, że dzwonię w środku nocy, ale Jurgena nie ma, jestem sama z Julie i nie mogę...- przerywa, bo słyszy płacz wnuczki.- Chwileczkę, smoczek jej wypadł.- mówi i nastaje cisza, w ciągu której Marco świeci małą lampkę znajdującą się przy łóżku i patrzy na zegarek, który wskazuje godzinę 2:09.
-Kto to?- słyszy pytanie Natalie, która również się obudziła.
-Liliana.-odpowiada.
W słuchawce słyszy jak kobieta szepce do Julie- tak się domyśla. W końcu znów się odzywa:
-Julie zapłakała, musiałam podać jej smoczek. - tłumaczy.
-Co się stało Lil?- pyta skrzydłowy.- Coś z Mario?
-No właśnie chodzi o niego. - przyznaje mama jego przyjaciela.- On wyszedł z domu jakieś pół godziny temu, może mniej. Nic bym nie wiedziała, ale chwilę wcześniej dałam Julie jeść i akurat zasnęła, a ja wychodziłam z jej pokoju i spotkałam go na schodach. Był ubrany w dresy więc się zdziwiłam i zapytałam, a on powiedział, że musi wyjść, żebym się nie martwiła.
-Wyjść ? Gdzie wyjść?- Marco jest zaskoczony.
-Nie wiem... Byłam zaskoczona, pytałam, mówił coś, że śniła mu się Ann, nie zrozumiałam wiele, bo mówił to idąc. Prosiłam, by nie wychodził, na dworze pada, od tego wypadku się boję, bo wtedy też padało jak jechali. Nie posłuchał mnie, po prostu wziął kluczyki i wyszedł.
-Pojechał samochodem?- to jeszcze bardziej zdziwiło Marco, bo od wypadku Mario nie wsiadł za kierownicę.
-No właśnie... On od wypadku w ogóle nie prowadził, dlatego jeszcze bardziej się przeraziłam, jak brał te kluczyki, ale nie zdążyłam zaprotestować... Dzwonię do niego, jednak okazuje się, że jego telefon został w sypialni... - tłumaczy.- Ja wiem, że panikuję, wiem, że nie powinnam dzwonić do ciebie w nocy i zawracać ci głowy, ale nie ma ojca Mario, nie ma jego braci, nie mam się do kogo zwrócić.
-Lil to w porządku, iż dzwonisz.
-Panikuję, może nie powinnam, w końcu mój syn to dorosły mężczyzna, ale wiesz przecież w jakim jest stanie. Nie mogę się nie martwić...
-Rozumiem.
-Mógłbyś...- nie kończy ponieważ Marco wie o co chce go poprosić mama przyjaciela więc odpowiada zanim ta kończy myśl.
-Oczywiście, że tak. Mam nawet pomysł gdzie mógł pojechać...
***
Jest środek nocy, pada deszcz, a on siedzi na ławeczce. Nie przeszkadza mu, iż jego ubranie przesiąknięte jest wodą, właściwie nie ma już chyba miejsca gdzie byłoby suche. Nie przeszkadza mu też ciemność panująca wokół. Właściwie nie jest tak zupełnie ciemno, bo lampy rozmieszczone od siebie w dość dużych odległościach rzucają jednak trochę światła. Musiał przyjechać. Pewnie gdyby ktoś go zobaczył wziąłby go za wariata, bo jaka osoba o zdrowych zmysłach siedzi o 2:30 w nocy na ławce na cmentarzu? Nie ma jednak nikogo wokół, kto mógłby oceniać jego postępowanie. Zresztą nawet gdyby był, to jego nie obchodzą co pomyślą o nim ludzie. Potrzebował przyjechać, obiecał więc jest.
***
Wjeżdżając na parking zauważa znajomy samochód. Parkuje zaraz obok niego, po czym nakłada kaptur i wysiada. Choć na dworze pada odrobinę mniej niż jeszcze 15 minut wcześniej, to nadal pada. Zamyka samochód po czym kieruje się do wyjścia z parkingu, by następnie alejką dojść w docelowe miejsce. Nie lubi odwiedzać w nocy cmentarzy. Nie to, że się boi, ogólnie nie lubi cmentarzy, choć to nie znaczy, że nie jest tu częstym bywalcem, jednak zdecydowanie woli przebywać tu w dzień. Bardzo często przyjeżdża do córki. Zauważa przyjaciela. Nie ma pojęcia, czy Mario słyszy, że idzie, czy też może padający deszcz zagłusza jego kroki. Nie chce go przestraszyć, ma zamiar odezwać się będąc już niedaleko, ale chłopak odwraca się. Domyśla się, że słyszał odgłos kroków. Podchodzi po czym siada obok niego na ławce. Zauważa, że jego przyjaciel jest cały mokry. Ma ochotę zbesztać go, za to, że nie ubrał kurtki, że wyszedł w środku nocy martwiąc mamę, że siedzi w deszczu marznąc na cmentarzu, ale w końcu tego nie robi, bo to Mario pierwszy się odzywa:
-Śniła mi się, wiesz?- mówi.- Wołała mnie, mówiła, żebym przyszedł.- tłumaczy.- Nie zasnąłbym, musiałem przyjechać.-wyjaśnia.-Jak się obudziłem czułem taki niepokój. Tutaj tego nie czuję Marco. Usiadłem i poczułem spokój. - mówi.- Pewnie myślisz sobie, że już totalnie ześwirowałem, bo kto normalny jedzie w nocy, w deszcz na cmentarz i potem moknie siedząc na ławce. Może i zwariowałem, ale tęsknota za nią mnie zabija. Po prostu już nie mogę. Ja naprawdę chcę poczuć się lepiej, może momentami tak jest, ale zaraz potem przychodzi taki moment, że ten ból uderza od nowa, uderza ze zdwojoną siłą. Nie umiem go zwalczyć.
-Nie będziesz tego potrafił jeszcze bardzo długo, nie licz na to. Wiem to, bo po śmierci mojej córeczki czułem to samo. I nadal czuję. Potrzeba czasu, dużo czasu. Musisz nauczyć się z tym żyć po prostu. Nauczysz się, będzie bolało mniej, ale potrzebujesz czasu Mario.
-Krzywdzę moją córeczkę, bo powinienem się nią zajmować, a zrzuciłem to na mamę.- wyrzuca sobie.- Ann byłaby na mnie wściekła gdyby to widziała. Pewnie zresztą widzi i jest wściekła.
-Ann wiedziała jak bardzo ją kochasz, Ann by zrozumiała.- zapewnia go.
-Chciałaby, bym się pozbierał, ale ja nie umiem.
-Zrobisz to.
-Wierzysz we mnie bardziej niż ja sam w siebie wierzę.- zauważa szatyn.
-Ktoś musi wierzyć prawda? Ty zachowywałeś się podobnie jak zmarła moja córeczka. Wspierałeś mnie.- przypomina mu.
-Od tego są przyjaciele.
-Przyjaciele są też od tego, żeby siedzieć z tobą na cmentarzu nad ranem.- mówi Marco.- I nie mam cię za wariata, nie martw się. Ludzie robią znacznie dziwniejsze rzeczy niż siedzenie na cmentarzu w deszczu prawie o 3 w nocy.- spogląda na niego, a po twarzy Mario przemyka mały uśmiech, ale szybko jak się pojawia, tak szybko znika. Rozmawiają jeszcze chwilę. Deszcz przestaje padać, a Mario opowiada co mu się śniło. Później na parkingu sam prosi Marco, by odwiózł go do domu, bo nie chce jechać samochodem. Właściwie dziwi się sobie, że gdy wyszedł z domu to wsiadł za kierownicę. Przyjaciel odwozi go do domu, a potem wraca do siebie. Jest prawie 4:00 rano. Natalie nie śpi gdy kładzie się do łóżka.
-Wszystko z nim w porządku?- pyta.
-Tak, kochanie. - odpowiada, po czy rozkłada ramiona.- Chodź tu.- prosi ją, a ona po prostu się w nie wtula.- Z Mario będzie okej.- mówi jej.- Jestem tego pewien.
Natalie patrzy na niego, przez chwilę nic nie mówi, dopiero po chwili się odzywa:
-Jesteś wspaniałym przyjacielem Marco.- mówi mu.- Nie każdy tak by się przejmował, nie każdy jechałby w taką pogodę w środku nocy na cmentarz...
- Z ludzi, którzy nas otaczają większość, by tak własnie postąpiła.- mówi.
- Więc wniosek jest jeden, mamy wyjątkowe osoby wokół siebie.- stwierdza malarka.
-To prawda. -przyznaje piłkarz.- Mam też wyjątkową i unikatową osobę przy moim boku.- mówi składając mały pocałunek na jej czole, a następny na ustach.
-Kocham Cię Marco.- wyznaje Natalie.
- Kocham Cię Nat.
***
Jakiś czas później.
Komentujcie.
***
Cieszy ją dosłownie wszystko- to, że świeci słońce, którego promienie może czuć spędzając miłe chwile w ogrodzie w gronie najbliższych oraz przyjaciół, cieszą spacery, na które wychodzi trzy razy częściej, niż robiła to przed chorobą, cieszą kolorowe kwiaty nasadzone wzdłuż parkowych alejek, uśmiecha się na widok roześmianych buzi dzieci bawiących się na placu zabaw... Dostrzega jaki świat jest piękny. To nie tak, że wcześniej o tym nie wiedziała. Zawsze potrafiła dostrzec piękno otoczenia, docenić to co ma. Jednak po walce jaką stoczyła, by móc nadal się tym cieszyć, potrafi dostrzec jeszcze więcej dobrych rzeczy wokół. I to jest wyjątkowe. I jeśli kiedykolwiek wcześniej mówiła, że wie co to znaczy być szczęśliwą, to teraz powiedziałaby, iż wcześniej nie miała pojęcia. Teraz już wie co oznacza być szczęśliwą. Dla niej szczęściem jest po prostu żyć.
***
Stara się, naprawdę to robi. Jest również rozdarty. Czuje bezsilność. Jakiś wewnętrzny głos ciągle podpowiada mu, że nie powinien wstawać z łóżka, że nie musi tego robić, bo przecież ma prawo do tego, ma prawo do rozpaczy, wszakże stracił coś najcenniejszego- jego Ann, jego miłość, a wraz z nią jego życie. Ten sam głos mówi mu, iż nie powinien zbliżać się do córeczki, gdyż jedyne co może zrobić to wyrządzić jej krzywdę, ponieważ nie ma właściwie pojęcia jak zajmować się taką kruszynką. Wreszcie ten sam głos podpowiada mu, iż jest ciężarem dla swojego otoczenia- dla rodziców, przyjaciół. Zdaje sobie sprawę, iż nie powinien słuchać tego głosu, jednak w niektórych momentach, tych w których czuje się najgorzej, nie potrafi się mu przeciwstawić.
Prawda jest taka, iż Mario ma lepsze i gorsze dni. W te lepsze nie słyszy tych złych podpowiedzi, albo po prostu stara się ich nie słuchać,w te gorsze faktycznie nie wstaje z łóżka poddając się rozpaczy. Jego życie można porównać do huśtawki- raz jest się wysoko, raz nisko. Tylko, że on za często jest za nisko...
A podczas rozmów jego rodziców oraz przyjaciół za często pada słowo " depresja."
***
Słucha słów przyjaciela. Marco po raz setny, albo i tysięczny stara się go namówić aby skorzystał z fachowej pomocy, on jednak uparcie odmawia. Nie chce rozmawiać z obcą osobą na temat tego co czuje, nie ma zamiaru tego robić. W tej kwestii jest nieugięty.
-Czy ty w ogóle słuchasz co do ciebie mówię?- pyta blondyn w pewnym momencie.
-Nie muszę, bo od dawna próbujesz mnie namówić, ciągle to robisz, a ja nie chcę!- upiera się.- Musi do was dotrzeć, że nie będę rozmawiać o tak osobistych sprawach z nikim obcym.
-Mario to ma ci pomóc...- próbuje go przekonać Marco.- Współpracowałeś z psychologami w klubie, wiesz jak taka rozmowa czasem pomaga...
-Teraz nie chodzi o piłkę.- wysuwa argument.- To nie błahostka, nie kwestia czystej głowy na boisku.
-Wiem, nie o tym mówię, chodzi mi bardziej o fakt, że takie sesje pomagają.
-Nie będę z nikim rozmawiać. Nie chcę, proszę daj mi spokój.- mówi spoglądając na przyjaciela.- Odpuść Marco, proszę. Jeśli celem twojej wizyty jest tylko to, żeby przekonać mnie bym umówił się na seans terapeutyczny, to naprawdę możesz już jechać do domu, bo ja się nie zgadzam.- mówi.
-Jeśli naprawdę myślisz, że tylko dlatego tu jestem to najlepszym wyjściem będzie jak faktycznie pójdę.- po wypowiedzeniu tych słów wstaje po czym wychodzi z pokoju. Blondyn słyszy jak Mario woła za nim, słyszy jego kroki, ale nie słucha, gdy mówi, by zaczekał. To nie tak, że się obraził, przecież nie jest dzieckiem, jednak postanawia, że po prostu wróci do domu, bo rozmowa z szatynem tego dnia nie ma sensu. Mario ma ten gorszy dzień, dzień kiedy nie trafiają do niego żadne argumenty. Jest na podjeździe, gdy jego przyjaciel wybiega za nim. Ma zamiar otworzyć drzwi, jednak Mario mu to uniemożliwia opierając się o nie.
-Przepraszam, nie to miałem na myśli.- mówi oddychając szybko, co jest zastanawiające wszakże nie przebiegł dużej odległości.
-Nie to, w takim razie co?- mierzy go wzrokiem Marco.
-Ja naprawdę rozumiem dlaczego to robisz, doceniam to. Zachowywałbym się tak samo...- wyznaje.- Przepraszam.
***
Budzi go dzwonek telefonu. Przeciera oczy, po czym wyciąga dłoń i bierze telefon do ręki. Zanim jeszcze udaje mu się zobaczyć kto dzwoni przeciąga po dotykowym ekranie palcem i odbiera:
-Słucham.- mówi ziewając.
-Marco ja bardzo Cię przepraszam...- mówi kobieta, w której głosie blondyn rozpoznaje mamę Mario.-Przepraszam, że dzwonię w środku nocy, ale Jurgena nie ma, jestem sama z Julie i nie mogę...- przerywa, bo słyszy płacz wnuczki.- Chwileczkę, smoczek jej wypadł.- mówi i nastaje cisza, w ciągu której Marco świeci małą lampkę znajdującą się przy łóżku i patrzy na zegarek, który wskazuje godzinę 2:09.
-Kto to?- słyszy pytanie Natalie, która również się obudziła.
-Liliana.-odpowiada.
W słuchawce słyszy jak kobieta szepce do Julie- tak się domyśla. W końcu znów się odzywa:
-Julie zapłakała, musiałam podać jej smoczek. - tłumaczy.
-Co się stało Lil?- pyta skrzydłowy.- Coś z Mario?
-No właśnie chodzi o niego. - przyznaje mama jego przyjaciela.- On wyszedł z domu jakieś pół godziny temu, może mniej. Nic bym nie wiedziała, ale chwilę wcześniej dałam Julie jeść i akurat zasnęła, a ja wychodziłam z jej pokoju i spotkałam go na schodach. Był ubrany w dresy więc się zdziwiłam i zapytałam, a on powiedział, że musi wyjść, żebym się nie martwiła.
-Wyjść ? Gdzie wyjść?- Marco jest zaskoczony.
-Nie wiem... Byłam zaskoczona, pytałam, mówił coś, że śniła mu się Ann, nie zrozumiałam wiele, bo mówił to idąc. Prosiłam, by nie wychodził, na dworze pada, od tego wypadku się boję, bo wtedy też padało jak jechali. Nie posłuchał mnie, po prostu wziął kluczyki i wyszedł.
-Pojechał samochodem?- to jeszcze bardziej zdziwiło Marco, bo od wypadku Mario nie wsiadł za kierownicę.
-No właśnie... On od wypadku w ogóle nie prowadził, dlatego jeszcze bardziej się przeraziłam, jak brał te kluczyki, ale nie zdążyłam zaprotestować... Dzwonię do niego, jednak okazuje się, że jego telefon został w sypialni... - tłumaczy.- Ja wiem, że panikuję, wiem, że nie powinnam dzwonić do ciebie w nocy i zawracać ci głowy, ale nie ma ojca Mario, nie ma jego braci, nie mam się do kogo zwrócić.
-Lil to w porządku, iż dzwonisz.
-Panikuję, może nie powinnam, w końcu mój syn to dorosły mężczyzna, ale wiesz przecież w jakim jest stanie. Nie mogę się nie martwić...
-Rozumiem.
-Mógłbyś...- nie kończy ponieważ Marco wie o co chce go poprosić mama przyjaciela więc odpowiada zanim ta kończy myśl.
-Oczywiście, że tak. Mam nawet pomysł gdzie mógł pojechać...
***
Jest środek nocy, pada deszcz, a on siedzi na ławeczce. Nie przeszkadza mu, iż jego ubranie przesiąknięte jest wodą, właściwie nie ma już chyba miejsca gdzie byłoby suche. Nie przeszkadza mu też ciemność panująca wokół. Właściwie nie jest tak zupełnie ciemno, bo lampy rozmieszczone od siebie w dość dużych odległościach rzucają jednak trochę światła. Musiał przyjechać. Pewnie gdyby ktoś go zobaczył wziąłby go za wariata, bo jaka osoba o zdrowych zmysłach siedzi o 2:30 w nocy na ławce na cmentarzu? Nie ma jednak nikogo wokół, kto mógłby oceniać jego postępowanie. Zresztą nawet gdyby był, to jego nie obchodzą co pomyślą o nim ludzie. Potrzebował przyjechać, obiecał więc jest.
***
Wjeżdżając na parking zauważa znajomy samochód. Parkuje zaraz obok niego, po czym nakłada kaptur i wysiada. Choć na dworze pada odrobinę mniej niż jeszcze 15 minut wcześniej, to nadal pada. Zamyka samochód po czym kieruje się do wyjścia z parkingu, by następnie alejką dojść w docelowe miejsce. Nie lubi odwiedzać w nocy cmentarzy. Nie to, że się boi, ogólnie nie lubi cmentarzy, choć to nie znaczy, że nie jest tu częstym bywalcem, jednak zdecydowanie woli przebywać tu w dzień. Bardzo często przyjeżdża do córki. Zauważa przyjaciela. Nie ma pojęcia, czy Mario słyszy, że idzie, czy też może padający deszcz zagłusza jego kroki. Nie chce go przestraszyć, ma zamiar odezwać się będąc już niedaleko, ale chłopak odwraca się. Domyśla się, że słyszał odgłos kroków. Podchodzi po czym siada obok niego na ławce. Zauważa, że jego przyjaciel jest cały mokry. Ma ochotę zbesztać go, za to, że nie ubrał kurtki, że wyszedł w środku nocy martwiąc mamę, że siedzi w deszczu marznąc na cmentarzu, ale w końcu tego nie robi, bo to Mario pierwszy się odzywa:
-Śniła mi się, wiesz?- mówi.- Wołała mnie, mówiła, żebym przyszedł.- tłumaczy.- Nie zasnąłbym, musiałem przyjechać.-wyjaśnia.-Jak się obudziłem czułem taki niepokój. Tutaj tego nie czuję Marco. Usiadłem i poczułem spokój. - mówi.- Pewnie myślisz sobie, że już totalnie ześwirowałem, bo kto normalny jedzie w nocy, w deszcz na cmentarz i potem moknie siedząc na ławce. Może i zwariowałem, ale tęsknota za nią mnie zabija. Po prostu już nie mogę. Ja naprawdę chcę poczuć się lepiej, może momentami tak jest, ale zaraz potem przychodzi taki moment, że ten ból uderza od nowa, uderza ze zdwojoną siłą. Nie umiem go zwalczyć.
-Nie będziesz tego potrafił jeszcze bardzo długo, nie licz na to. Wiem to, bo po śmierci mojej córeczki czułem to samo. I nadal czuję. Potrzeba czasu, dużo czasu. Musisz nauczyć się z tym żyć po prostu. Nauczysz się, będzie bolało mniej, ale potrzebujesz czasu Mario.
-Krzywdzę moją córeczkę, bo powinienem się nią zajmować, a zrzuciłem to na mamę.- wyrzuca sobie.- Ann byłaby na mnie wściekła gdyby to widziała. Pewnie zresztą widzi i jest wściekła.
-Ann wiedziała jak bardzo ją kochasz, Ann by zrozumiała.- zapewnia go.
-Chciałaby, bym się pozbierał, ale ja nie umiem.
-Zrobisz to.
-Wierzysz we mnie bardziej niż ja sam w siebie wierzę.- zauważa szatyn.
-Ktoś musi wierzyć prawda? Ty zachowywałeś się podobnie jak zmarła moja córeczka. Wspierałeś mnie.- przypomina mu.
-Od tego są przyjaciele.
-Przyjaciele są też od tego, żeby siedzieć z tobą na cmentarzu nad ranem.- mówi Marco.- I nie mam cię za wariata, nie martw się. Ludzie robią znacznie dziwniejsze rzeczy niż siedzenie na cmentarzu w deszczu prawie o 3 w nocy.- spogląda na niego, a po twarzy Mario przemyka mały uśmiech, ale szybko jak się pojawia, tak szybko znika. Rozmawiają jeszcze chwilę. Deszcz przestaje padać, a Mario opowiada co mu się śniło. Później na parkingu sam prosi Marco, by odwiózł go do domu, bo nie chce jechać samochodem. Właściwie dziwi się sobie, że gdy wyszedł z domu to wsiadł za kierownicę. Przyjaciel odwozi go do domu, a potem wraca do siebie. Jest prawie 4:00 rano. Natalie nie śpi gdy kładzie się do łóżka.
-Wszystko z nim w porządku?- pyta.
-Tak, kochanie. - odpowiada, po czy rozkłada ramiona.- Chodź tu.- prosi ją, a ona po prostu się w nie wtula.- Z Mario będzie okej.- mówi jej.- Jestem tego pewien.
Natalie patrzy na niego, przez chwilę nic nie mówi, dopiero po chwili się odzywa:
-Jesteś wspaniałym przyjacielem Marco.- mówi mu.- Nie każdy tak by się przejmował, nie każdy jechałby w taką pogodę w środku nocy na cmentarz...
- Z ludzi, którzy nas otaczają większość, by tak własnie postąpiła.- mówi.
- Więc wniosek jest jeden, mamy wyjątkowe osoby wokół siebie.- stwierdza malarka.
-To prawda. -przyznaje piłkarz.- Mam też wyjątkową i unikatową osobę przy moim boku.- mówi składając mały pocałunek na jej czole, a następny na ustach.
-Kocham Cię Marco.- wyznaje Natalie.
- Kocham Cię Nat.
***
Jakiś czas później.
Stoi przed jej grobem trzymając w ramionach córeczkę- owoc ich miłości. Do tej pory zabrał ją ze sobą tylko raz. Poprzedniego wieczoru postanowił jednak to zmienić.
Ma zamiar zmienić wiele rzeczy w swoim życiu. Chce walczyć o każdy dzień, nie
poddawać się uczuciu beznadziei, które towarzyszy mu każdego dnia. Ma zamiar
mówić Julie o mamie i pokazywać zdjęcia, których ma całą kolekcję. Pragnie, by
malutka ją poznała, wiedziała jaką wspaniałą kobietą była, jak bardzo jej
pragnęła. Chce też spełnić marzenie swojej zmarłej żony związane z fundacją.
Julie niecierpliwi się. Piłkarz patrzy na nią:
-Spokojnie kochanie.
Już idziemy.- mówi po czym całuje ją w małe czółko, a następnie kieruje się w stronę alejki. Idąc wąską
alejka cmentarza cały czas mówi do swojej córeczki. W pewnym momencie słyszy za
sobą głos:
-Przepraszam.
Odwraca się i widzi
blondynkę z długimi włosami uśmiechającą się do niego. Najpierw nie wie z jakiego powodu go zaczepiła, nie zna jej jednak zaraz potem zauważa, że dziewczyna trzyma w dłoni
bucik jego córeczki
-To chyba należy do
pana córeczki.- mówi wyciągając w jego stronę dłoń z bucikiem.
-Tak, nie zauważyłem,
że jej spadł.- na jego twarzy pojawia się lekki uśmiech. Bierze z rąk dziewczyny
zgubę, a mała Julie chce od razu wziąć go do ręki.-O nie kochanie. Nie
dam ci bucika, ponieważ zaraz znów go wyrzucisz.- uśmiecha się do niej- Dziękuję bardzo.- zwraca się do dziewczyny.
-Nie ma za co. Do widzenia.- mówi dziewczyna.
-Do widzenia.- odpowiada po czym każde z nich odchodzi w swoją stronę. I kiedy Mario jest już kilkanaście metrów dalej, zauważa, że Julie nie ma drugiego bucika więc odwraca się i widzi go parę kroków dalej. Wraca się około dwóch metrów, ponosi go z kostki brukowej. Prostując się zauważa, iż ta sama dziewczyna, która podała mu but jego córeczki stoi właśnie przy grobie jego żony.
***
Mam nadzieję, że się podoba :)Komentujcie.
ale się cieszę, że Mario walczy! to świetna wiadomość, robi to dla Julie, już jest świetnym ojcem ;) czyżby blondynka była tą dziewczyną od przeszczepu? akcja się rozkręca :p rozdział genialny, pozdrawiam xo
OdpowiedzUsuńAaa pisz dalej...wreszcie się spotkali ;) Ala
OdpowiedzUsuńCudowny rozdział �� Dobrze że Mario w końcu stara się wziąć w garść �� cieszę się że nareszcie się spotkają, wydaje mi się że to dobry znak, może Mario zacznie w końcu żyć ��
OdpowiedzUsuńCzekam na następny rozdział
Pozdrawiam, Wero
Łoooo super rozdział jak zawsze z resztą czekam z niecierpliwością na kolejny
OdpowiedzUsuńW tym rozdziale akcja na dobre rozkręciła się
OdpowiedzUsuńMyślę, że po tym, co Marco powiedział mu na cmentarzu o swojej córeczce, że jego też bolało to jak ona umarła da Mario wiele do myślenia, że on nie jest na tym świece jedyną osobą, której ktoś bardzo bliski umiera.
Kurde no musiałaś przerwać w takim momencie??!! Tak się nie robi. Tak swoją drogą czy to jest ta dziewczyna, co ma serce Ann??
Miazga! :D Świetny rozdział! ;)
OdpowiedzUsuńMarco taki troskliwy, a Mario.. mam nadzieję, że ta dziewczyna to dobry znak.. :) Czekam na następny! ;)