poniedziałek, 30 listopada 2015

23. Blizny...

Miał zadzwonić, kiedy wyląduje i opuści samolot. 
Nie zadzwonił, choć jest pewna iż już dawno jest na miejscu. Nie wie co myśleć, nie wie. Kocha go, naprawdę kocha. Kocha miłością dojrzałą, więc mu ufa, ufa bezgranicznie, jednak ta sytuacja, w której się znaleźli nie należy do najłatwiejszych. Zdecydowanie nie jest łatwa. Ani dla niego, ani dla niej. Jest zdezorientowana, jest zmartwiona. Z jednej strony już kilka razy zabierała się za to, by zadzwonić do niego, dowiedzieć się czy wszystko w porządku. Z drugiej, nie zdecydowała się na to. Dlaczego? Bo mu ufa? Przecież obiecał, że się odezwie. Jednak nie spełnił obietnicy... Nie spełnił, choć on jest słownym człowiekiem. A raczej był, do dziś...
***
Milczą jadąc do kliniki. Właściwie odkąd spotkali się na lotnisku zamienili ze sobą tylko kilka zdań. On chciał wiedzieć w jakim stanie jest Mark, więc jego partner odpowiedział na pytania. Teraz obaj milczą i to nie dlatego, że się nie lubią, bo właściwie nie mogą tego ocenić, nie znają się, ale dlatego, że sytuacja jest ciężka, rozmowa o niej również. Więc milczą.
***
Słyszy dzwonek do drzwi, kiedy maluje w pracowni. Nie idzie otworzyć. Na dole jest przecież jej mąż, bawi się z ich dziećmi. Wie, że wpuści on ich gościa. Nie słyszy kto postanowił wpaść, ale po chwili słyszy odgłos kroków. Tak jakby ktoś szedł na górę, po schodach. Wydaje jej się, że to Marco. Odwraca się w momencie, w którym drzwi do pracowni się uchylają. To faktycznie jest jej mąż:
-Skarbie przyszła Agnes.- informuje ją.
-Więc dlaczego nie przyszła tutaj?
-Nie wiem, została na dole z dziećmi. Prosiła, bym cię zawołał.
-Coś się stało? 
-Nie wiem, ale nie wygląda na okaz szczęścia.- twierdzi piłkarz.- Wezmę dzieci na plac zabaw, a wy może spokojnie porozmawiacie. 
-Zostańcie.
-Dzieci nie pozwolą jej na spokojną rozmowę z tobą. Przecież ją uwielbiają. Będą chciały się z nią bawić, a ona potrzebuje w tej chwili na pewno czegoś innego.- mówi do niej blondyn.
-No tak.- przyznaje brunetka.- Więc ten plac zabaw jest dobrym pomysłem.- przyznaje mu rację.- Wy idźcie, a ja posiedzę z naszą przyjaciółką i wyciągnę od niej co się dzieje.
-Myślę, że to ma związek z Rickym...
-Jestem pewna, że tak...
***
Śmieją się razem z Julie. Ona rozśmiesza małą, a dziewczynka robi takie miny, że i ona śmieje się serdecznie i nie może momentami przestać. Bawią się jak zawsze świetnie. Są same w ogrodzie rodziców Mario. Nikogo nie ma w domu. Dziadkowie małej pracują, natomiast jej tata jest na treningu. Emily tego dnia robi małej mnóstwo zdjęć, wyjątkowych zdjęć. Uwiecznia na nich jej miny, jej uśmiech, to jak się bawi, jak obserwuje z zaciekawieniem otoczenie. Uwiecznia wiele momentów. Momentów, które są wyjątkowe, które są wyjątkowe jak dziewczynka, którą się opiekuje. Emily jest w niej zakochana. Dziwnie to brzmi? Nie ma pojęcia kiedy to się stało, że tak bardzo przywiązała się do tej małej dziewczynki, kiedy tak mocno ją pokochała. To stało się spontanicznie. Tej małej istotki nie da się nie kochać, po prostu się nie da. 
***
-Lepiej?- pyta lekarz piłkarza.
-Tak, dziękuję.
-Będzie bolało, nie forsuj się. Myślę, że tydzień w zupełności wystarczy, by wznowić treningi. 
-Tydzień to długo...
-Wiem, że to dla ciebie kolejny cios, ale takie sytuacje się zdarzają, wiesz dobrze o tym. Gorsze się zdarzają...
-Wiem, ja po prostu...- wzdycha.- Nic, przepraszam... Pójdę do szatni się ubrać i pojadę do domu.
-To dobry pomysł.- Zgadza się lekarz.- Nie podnoś siłowo córeczki dobrze? Chociaż dwa dni. Uważaj. Zresztą jak to zrobisz, to odczujesz na pewno. To niby nic poważnego, ale dobrze się naciągnąłeś więc musisz spasować na kilka dni.
-Postaram się, ale z drugiej strony mojej córce trudno się oprzeć, jest taka kochana i słodka, że ciągle chcę ją mieć na rękach, nosić czy tulić...- uśmiecha się mówiąc te słowa.
-To tul ją na siedząco.- doradza lekarz.- Do zobaczenia jutro.
-Do jutra, dzięki.
***
-Co się dzieje Agnes?- pyta po prostu, bo smutek jej przyjaciółki jest widoczny, zresztą blondynka wcale nie stara się go ukryć.
-Nic... No właśnie nic...
-Nie rozumiem...
-Powiedział... Obiecał...- przerywa, bo może przesadza. Przecież nie oddzwonił, ale może coś mu się stało z telefonem czy coś innego, więc może jest na to wytłumaczenie, a ona może jest wariatką, która dorabia sobie jakieś fikcyjne historie, snuje domysły, a one nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
-Ricky?- pada pytanie.- Chodzi ci o niego, prawda?
-Tak.- spogląda na przyjaciółkę.- Poleciał, rozumiem go. Jednak miał się odezwać, miał zadzwonić, napisać... Dać znak życia zaraz po wylądowaniu. Milczy.- mówi.
-Nie napisał nawet?
-Nie.
-Próbowałaś dzwonić?
-Miałam w dłoni telefon kilkadziesiąt razy, ale nie nacisnęłam zielonej słuchawki. 
-Dlaczego?
-Bo pomyślałam sobie, że pomyśli iż jestem nadopiekuńcza... Może pomyśleć, że mu nie ufam, że chce go sprawdzać na odległość... Nie wiem już sama. 
-Myślę, że to, że się martwisz jest normalne...
-Wiem, ale... Ricky jest słowny, on zawsze jak obieca to tak jest. Tym razem nie był, nie jest... Przecież ten samolot wylądował już z dwie godziny temu, jak nie lepiej, pewnie jest już w klinice, pewnie go już mógł zobaczyć, bo jego partner miał być na lotnisku... 
-Agnes...
-Nie wiem co się dzieje, to jest najgorsze... Nie wiem co się teraz z nim dzieje, co przeżywa, nie mogę tam być...
-Wiesz, nie możesz panikować. Na pewno nic mu nie jest. Myślę, że po prostu zapomniał. Może spotkał od razu tego Sebastiana...
-Może...- Agnes bawi się nerwowo palcami.
-Jesteś niepewna, prawda?- pyta Natalie.
-Ja...
-Boisz się tej sytuacji. 
-Tak, boję się, ale to chyba nie jest niczym nadzwyczajnym.
-Nie jest, to normalne. 
-Ja po prostu nie wiem co myśleć... - patrzy na przyjaciółkę.- Kocham go, całą sobą. Ufam mu. Wiem, że on mnie również, wiem, że mnie kocha. Ale boję się, naprawdę. I jestem niepewna- nie jego uczuć, ale tego co poczuje w tej sytuacji, jak tam dotrze, jak będzie obok... Może przeszłość w niego uderzy, może uczucia wrócą, bo kiedy coś takiego się dzieje, takie tragedie, to uczucia wracają...
Natalie słucha przyjaciółki, słucha uważnie. Nie przerywa kiedy blondynka mówi, kiedy wyrzuca z siebie pojedyncze słowa, całe zdania, jak wyraża swoje obawy. Pozwala jej się wygadać, bo wie jak to jest ważne, jak ważne jest nie tłumienie w sobie żalu i obaw. 
***
W szpitalnym pokoju, w którym się znajdują nie jest zbyt przyjemnie. Od zawsze generalnie nie lubił szpitali. Nienawidzi tego zapachu, tej sterylności. Nienawidzi nawet tego lekko zielonego koloru, którym pomalowane są ściany, choć podobno zielony jest kolorem nadziei. W pomieszczeniu słychać pikanie monitora. Jest to jedyny dźwięk, który roznosi się po pokoju. Oni nic nie mówią. Ubrani w ochronne fartuchy, po prostu tam są. Sebastian przyprowadził go tam, miał wyjść, ale Ricky powiedział mu, że nie musi. Został. 
Mężczyzna, który leży na łóżku nie przypomina osoby, którą zna, którą kiedyś kochał. Twarz nie jest bardzo poparzona, właściwie Mark ma tylko lekko poparzony policzek, ale z boku, niedaleko ucha. Można powiedzieć, że miał szczęście, bo twarz wygląda dobrze. Niestety od szyi już nie jest tak dobrze. Oparzenia zaczynają się z prawej strony szyi, ciągną przez prawe ramię, plecy i klatkę piersiową po prawej stronie, brzuch, biodro, pośladek, biegną przez udo. Właściwie chłopak ma poparzoną prawą stronę ciała. W tym momencie na ranach jest specjalny krem, a na nim opatrunki. Ricky patrzy na śpiącego mężczyznę. Śpi, bo podano leki uspakajające. Ze śpiączki farmakologicznej wybudzono go na w drugiej dobie po wypadku. Nie mieli tego robić, ale sytuacja tego wymagała. Musieli.
-Śpi ponieważ dostał leki.- tłumaczy Sebastian.
-Wie, że miałem przylecieć?
-Nie, nie mówiłem mu. Postanowiłem, że lepiej będzie tego nie robić. Nie wiem czy chciałby, byś zobaczył w jakim jest stanie.- tłumaczy partner Marka.- Właściwie mnie też kazał wyjść, kiedy się obudził. Nie chciał, bym z nim siedział, patrzył na niego... Jednak nie wyszedłem, nie mógłbym go zostawić. Nie zrobię tego nawet gdyby sam mnie wyrzucał...- mówi chłopak, a Ricky patrzy na niego.
-Wiem, że go nie zostawisz.- twierdzi.- Nie zostawia się osób, które się kocha.
***
Nie zastaje nikogo w domu, kiedy wraca. Nie dziwi go to ponieważ Emily często wychodzi z jego córeczką. Chce mu się pić toteż kieruje się do kuchni. Wyciąga z szafki wysoką szklankę, po czym wlewa do niej odpowiednią ilość soku, następnie go wypija. Zastanawia się co będzie robił i w końcu kieruje się do salonu, siada na sofie, krzywiąc się odrobinę przy tej czynności ponieważ naciągnięty mięsień daje o sobie znać. Sięga po pilota od tv po czym włącza urządzenie. W telewizji nie ma nic ciekawego, w końcu ogląda powtórkę jakiegoś meczu. Spotkanie nie jest jakoś mega widowiskowe toteż momentami przysypia. 
***
Pojawiają się w domu w którym jest cicho. Emily ma na rękach śpiącą Julie, która zasnęła w drodze do domu i pomimo tego, iż blondynka przed momentem wyciągnęła ją z wózka i wzięła na ręce, dziecko nadal śpi. Opiekunka wie, że w domu jest szatyn, na to wskazuje jego samochód stojący na podjeździe. Kierując się w stronę schodów słyszy włączony telewizor więc zagląda do salonu. Zauważa go. Śpi na sofie. Widziała go już w różnych sytuacjach, ale śpiącego nie miała okazji. Patrzy przez chwilę na śpiącego chłopaka. Jego twarz jest spokojna. Oddycha równomiernie, jego klatka piersiowa rytmicznie unosi się i opada. I być może Emily wpatruje się w niego dłużej niż wypada...
***
Dzwoni jej telefon. Słyszy doskonale, ale nie biegnie bynajmniej by go odebrać. Właściwie zastanawia się gdzie go zostawiła. Potem przypomina sobie, że była u Natalie więc urządzenie musi być w torebce. Ma rację. Wyjmuje smartphona i sprawdza kim była osoba, która chciała się z nią skontaktować. Okazuje się, że to jej mężczyzna. Jej serce bije mocniej, bo w końcu się odezwał. Na wyświetlaczu znów pojawia się jego numer, telefon znów wydaje z siebie charakterystyczne dla nadchodzącego połączenia dźwięki. Odbiera.
-Proszę.- mówi. Nie wita go tak jak zwykle. Zwykle jej słowa są otulone czułością, tym razem tak nie jest. On rozumie.
-Tak bardzo cię przepraszam...- odzywa się Ricky. Wie za co przeprasza. Kiedy ona nie wypowiada żadnego słowa, on się odzywa.- Kocham cię. Przepraszam, obiecałem się odezwać, nie zrobiłem tego. Po prostu zapomniałem, bo na hali przylotów stał Seba... Przepraszam skarbie, tak bardzo przepraszam.- powtarza.- Powiedz coś proszę.
-Jak się czuje Mark?- pyta blondynka.
-Nie miałem okazji zapytać, ciągle śpi.- pada odpowiedź.- Oparzenia są rozległe i głębokie. Cały bok od szyi aż po łydkę. Właściwie połowa jego ciała ucierpiała. Powiedziałem bok, ale źle to ująłem. 
-Co mówią lekarze?
-Sebastian powiedział, że nie mówią nic konkretnego. Monitorują funkcje, ma obrzęk płuc... Nie znam szczegółów, nie rozmawialiśmy zbyt dużo z jego partnerem. Nie chcę wypytywać, nie chcę go męczyć, bo on i tak jest przybity i zmartwiony. 
-Jesteś teraz poza pokojem Marka?
-Tak, są tam lekarze, wyszedłem, Seba został.-odpowiada.- Kochanie...
-Tak?
-Ja naprawdę przepraszam, nie gniewaj się na mnie.- przeprasza po raz kolejny.- Proszę powiedz, że już nie jesteś zła...
-Nie jestem, ale...
-Wiem, wiem Agnes... Przepraszam.- rozumie doskonale co musiała czuć dlatego nie musi nawet słuchać co dziewczyna chciała powiedzieć. On to już wie.- Jestem tak bardzo w tobie zakochany... Nigdy nie wątp, proszę cię...
*** 
Robi herbatę w kuchni, w domu nadal jest cicho. Mała Julie śpi w swoim pokoju, w łóżeczku. Mario, kiedy schodziła na dół nadal spał w salonie. I być może zauważyła niebieskie plastry przyklejone do jego pleców, w  części krzyżowej, znikające pod gumką dresów, kiedy jego koszulka podsunęła się do góry. Nie słyszy kroków, ale zauważa piłkarza wchodzącego do kuchni. Chłopak przeciera oczy. Widać, że przed momentem się obudził.
-Kiedy wróciłyście?- pyta szatyn siadając na jednym z krzeseł.
-Jakąś godzinę temu, może niecałą.- pada odpowiedź.- Napijesz się herbaty?
-Chętnie, dziękuję.- odpowiada piłkarz. Ma zamiar wyciągnąć z kieszeni spodni komórkę, która pika ponieważ właśnie przyszła do niego nowa wiadomość tekstowa, jednak ta wyślizguje mu się z rąk i upada na podłogę. Mario odruchowo schyla się, ale natychmiast żałuje, ponieważ czuje ukłucie bólu i przypomina sobie co mówił lekarz, kiedy skończył przyklejać mu plastry. -Cholera...- mruczy.  W rezultacie Emily podaje mu telefon widząc grymas bólu na jego twarzy.
-Dziękuję. 
-Bolą cię plecy?- pyta dziewczyna stawiając przed nim kubek z parującym napojem. Szatyn potakuje głową unosząc lekko koszulkę, a ona widzi plastry.- Naciągnąłem coś. Nie mogę wykonywać gwałtownych ruchów, bo boli. Nie mogę też nosić Jull, mogę ją trzymać, ale nie nosić...
-To zrozumiałe. Nie możesz się forsować, to szybko wrócisz do siebie.
-Szybko to pojęcie względne...- mruczy.- Jestem zły...- wyznaje.
-Nie złość się, bo to nie jest nic poważnego, po prostu naciągnąłeś coś...
-Niby tak, ale dla mnie każdy dzień, tydzień to kolejne stracone treningi...- tłumaczy jej.
-Wiem... Wiem też jak bardzo chcesz wrócić do formy, jak pragniesz grać. To się stanie...
***
-Muszę iść się odświeżyć, zostaniesz z nim?- pyta Sebastian wychodząc z pokoju Marka.- Nie będzie mnie najwyżej z pół godziny. 
-Jasne, nigdzie się nie wybieram.- przytakuje.
-Dzięki.- mówi tamten i znika. Ricky kieruje się do pokoju poszkodowanego mężczyzny. Przygląda mu się chwilę stojąc po prostu obok łóżka, a potem w końcu zajmuje miejsce na fotelu obok, po czym milczy wsłuchując się w pikanie maszyny. Dopiero po dłuższej chwili udaje mu się coś powiedzieć.
-Mam nadzieję, że się obudzisz i będziemy mogli porozmawiać. Muszę wiedzieć jak się czujesz...- mówi cicho.
-Ricky...
Nie ma pojęcia czy dobrze słyszał, czy wyobraźnia płata mu figle. Jednak chwilę później widzi, że oczy Marka są otwarte, a on sam wpatruje się w niego. Na twarzy Ricky'ego automatycznie pojawia się mały uśmiech.
-Jestem...
Poparzony mężczyzna przełyka, po czym bierze dwa głębsze oddechy.
-Od kiedy tu jesteś?- pyta powoli, jakby nawet wypowiadanie słów sprawiało mu trudność i ból, choć pewnie tak jest.
-Przyleciałem dzisiaj...
-Skąd wiedziałeś? Kto...- bierze duży oddech.- ci powiedział, że tu jestem?
-Twój partner... Dobrze zrobił.
-Nie powinien...
-Nie gniewaj się na niego. Powinien właśnie i to zrobił. 
-Nie powinien...
-Mark, sam byś postąpił tak samo gdybyś był na jego miejscu... Chciał skontaktować się z twoją rodziną... Nie miej mu za złe, że się przejmował. Tak robią ludzie, którzy kochają...
-Pewnie tak... ale... Nie zasługuj... zasługuję na niego... Tak jak nie zasługiwa... zasługiwałem na ciebie... Zniszczę go... jak ciebie...
-Nie mów tak...
- Zresztą po co... Po co mu... par... partner- bierze oddech...- potwór...- dodaje.
-Co ty mówisz?
-Wyglądam jak potwór... Jak potwór...
-To nieprawda, nieprawda...
***
Jestem z kolejnym. Łapcie.
I komentujcie.
Pozdrawiam.



5 komentarzy:

  1. Dobrze, że Ricky w końcu od dzwonił :) Agnes musiała się strasznie stresować i nie pokoić; myślę, że Mario zdobędzie jeszcze więcej motywacji (jeśli to możliwe) aby walczyć o powrót na boisko ;D pozdrawiam xo Pszczółka Emma

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział jak zwykle boski :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zawsze wspaniały, Czekam szczerze odkąd go dodałaś czyli od 30.11 (przeczytałam już wtedy ale nie skomentowałam, sorka) na kolejny. Buziaczki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozdział będzie w Święta. Nie powiem w który konkretnie dzień, ale postaram się dodać. Pozdrawiam

      Usuń
  4. To będzie najwspanialszy prezent jaki moglibyśmy sobie wymarzyć.Dziękujemy Marudny Elfie����������

    OdpowiedzUsuń