piątek, 11 marca 2016

30. Nowina...

Jest zła, ale nic nie mówi. Po prostu siedzi na jednym z krzesełek pod gabinetem lekarskim, milcząco czekając, aż pielęgniarka ją zawoła. Marco zajmuje miejsce obok, również nic nie mówi. Próbował z nią rozmawiać, ale bezskutecznie. W domu, przed wyjściem w końcu doszło do kłótni, co naprawdę jest w ich przypadku rzadkością i teraz piłkarz widząc, że każde jego słowo jeszcze bardziej drażni Natalie woli się nie odzywać. 
***
Milcząco pomaga Sebie założyć opatrunek, a właściwie owija mu zranioną dłoń bandażem. Chłopak nie pozwolił mu się dotknąć, sam oczyścił ranę, a jemu pozwolił jedynie owinąć dłoń. Czuje ulgę, choć jeszcze przed chwilą czuł niepokój i strach przed tym co usłyszy. Bał się po prostu. Bał się. Już wie jak musiał czuć się Ricky... Teraz już rozumie, choć jego obawy nie potwierdziły się, niestety Ricky znalazł się lata temu w tej gorszej sytuacji. Bo on wtedy zdradził...
***
-Zapraszam do gabinetu.- mówi do niej pielęgniarka, więc chwyta za ucho od torebki i wstaje z krzesełka. Marco robi to samo, ale w momencie, gdy zauważa, jak jego żona mierzy go wzrokiem już wie, że Natalie nie chce, by jej towarzyszył.
-Nat...- próbuje, ale ona nie pozwala mu dokończyć ponieważ po prostu wchodzi do gabinetu zamykając za sobą drzwi. Marco nie siada ponownie na krzesełku, podchodzi do okna po czym kładzie obie dłonie na parapet opierając się na nim. Obserwuje ludzi na zewnątrz i zastanawia się co dzieje się z jego żoną. Dlaczego jest tak bardzo na niego zła? Czym aż tak mocno ją zdenerwował? Troską? Przecież on zawsze się o nią troszczy... Nie rozumie...
***
Kiedy zabezpiecza końcówkę bandaża, by się nie rozwiązała dłonie Sebastiana nadal drżą. Już mniej co prawda, ale nadal się trzęsą obydwie. Rozumie. Nie tylko on się bał i boi. Seba musi bać się bardziej... Przecież to on oczekuje na wynik badania krwi. Nie pozwala mu zabrać dłoni kiedy opatrunek jest gotowy, trzyma go za obydwie.
-Hej...- mówi starając się spojrzeć w oczy chłopakowi, ale ten na niego nie patrzy więc dotyka jego twarzy i ten w końcu kieruje wzrok na niego.- Sebastian jestem tutaj i nigdzie się nie wybieram.- zapewnia go, ale wie, że będzie musiał powtórzyć to jeszcze wiele razy, rozumie jak trudno w takiej sytuacji uwierzyć w takie zapewnienia.-Jestem i będę, Seba.- powtarza.
-Ja...- mówi chłopak, ale przerywa. Milczy przez moment, a potem znów się odzywa.- Pójdę posprzątać bałagan, który narobiłem.- mówi w końcu, ale Mark jest pewien, że to nie to chciał na początku powiedzieć. Nie pozwala mu odejść, nadal nie puszcza jego dłoni, więc chłopak nie może wyjść. Stoi, nie wyrywa dłoni, ale nie patrzy na Marka. Dlatego ten staje obok po czym dotyka ramienia chłopaka.
-Spójrz na mnie, proszę.- prosi go, więc Seba to robi. Jego oczy niebezpiecznie błyszczą, szklą się, ale to zrozumiałe w sytuacji, w której się znalazł.- Chcę, abyś był zdrowy, słyszysz?- mówi mu starszy.- Chcę tego najbardziej na świecie. I jestem pewien, że jesteś. Wierzę w to bardzo mocno, nawet jeśli ty nie wierzysz, ja wierzę za nas dwóch...
-A co jeśli nie jestem?- odzywa się drżącym głosem młodszy.
-Ja nadal tu będę.- pada zapewnienie.- Z tobą.- patrzy mu w oczy. - Będę Sebastian.
-Teraz tak mówisz, ale potem...
-Jestem i będę. Nie odejdę, zostanę z tobą. 
-Ja...
-Nie zostawia się osób, które się kocha...
***
Czeka już kilkanaście minut, ale to nie jest dla niego zaskakujące ponieważ wie, że robią jego zonie badania. Denerwuje się natomiast tym, czy organizm Natalie znowu nie jest osłabiony, czy ona znów nie ma anemii, choć prawdą jest, że nie powinna raczej jej mieć, bo bardzo dbali o to, by zdrowo i regularnie jadła, by odpoczywała, więc teoretycznie brunetka powinna być zdrowa. Nie ma pojęcia tylko skąd te zawroty głowy. U Nat to prawie zawsze jest objaw, że coś dzieje się z jej organizmem, że jest osłabiona. Im dłużej o tym myśli, tym bardziej niespokojny jest. Stara się być opanowany, ale w środku drży o to, co powie lekarz. Tym bardziej, ze nie może słyszeć co mówi w trakcie wizyty, o co pyta. Nie ma pojęcia co odpowiada jego żona, być może on nie wie o wszystkich momentach w których Natalie zrobiło się słabo... Może nie wiedzieć, bo choć Nat zawsze jest z nim szczera, to bywały momenty, kiedy nie powiedziała mu o tym, że źle się poczuła, by go nie martwić. Raz to nie skończyło się dobrze. Jego rozmyślania przerywa odgłos otwieranych drzwi. Odwraca się i widzi swoją żonę zajmującą ponownie krzesełko na którym wcześniej siedziała. Pokonuje dzielącą ich odległość, po czym zajmuje miejsce obok.
-Wszystko w porządku?- pyta cicho.
-Tak, czuję się świetnie, ale niestety muszę tu tkwić, bo wyniki będą za 15 minut.- odpowiada dziewczyna.- Miałam być w galerii za 10 minut.- mówi nie patrząc na niego.
-Nie powiedziałaś mi, poszlibyśmy na późniejszą godzinę.
-Później to muszę skończyć obraz Marco.- w końcu na niego patrzy.- Muszę to zrobić, bo nie zdążę na czas. 
-Więc o to chodzi tak? To dlatego mi się tak oberwało?- pyta.
-Nie rozmawiajmy.- Natalie wstaje.- Nie chcę byśmy powiedzieli za dużo... 
-Myślę, że już i tak padło dużo przykrych słów więc jak powiesz jeszcze kilka to to udźwignę...- odpowiada blondyn. 
Natalie spogląda na niego. 
-To ja powiedziałam te słowa? To tylko moja wina, że one padły.- Mówi półszeptem zdenerwowana dziewczyna.- Mówiłam tysiąc razy, że jest ze mną ok., ale ty oczywiście jak zwykle wyolbrzymiasz.
-Troszczę się o ciebie, tak jak ty o mnie. Chuchasz na mnie i dmuchasz jak coś mi jest...
-Wtedy gdy coś faktycznie się dzieje, ale nie prowadzę cię do lekarza za każdym razem jak zakręci ci się w głowie...
-Nie kręci mi się w głowie, tobie też nie, chyba, że coś jest nie tak. A teraz jesteś na mnie zła, bo cię tu przywiozłem, bo nie odpuściłem, a ty miałaś być w galerii. To jest dla ciebie ważniejsze niż własne zdrowie, własne bezpieczeństwo...
-Bo to moja pasja, mówiłam to sto razy. Poza tym nic mi nie jest więc skończmy tą naszą bezsensowną wymianę zdań, bo niepotrzebnie się obydwoje denerwujemy. Jestem tu, byłam u lekarza, poczekamy na te wyniki, przekonasz się, że jestem zdrowa, a potem pojadę do galerii.- mówi malarka, po czym staje przy tym samym oknie, przy którym on stał chwilę wcześniej. Kolejne minuty oczekiwania na wyniki badań spędzają milcząc. 
***
Spotykają się przypadkiem na korytarzu w klinice. Mark wraca z rehabilitacji, a Agnes z Rickym właśnie wychodzą z gabinetu zabiegowego. To Mark pierwszy ich zauważa.
-Cześć.- mówi podchodząc. Od razu spogląda na opatrunek na dłoni Ricky'ego.- Co się stało?- pyta wskazując na białe bandaże.
-Cześć.- odpowiadają równocześnie z Agnes.- Cóż... mały wypadek.- odpowiada dziennikarz.
-Oparzył sobie dłoń.- precyzuje agentka.- Na szczęście oparzenia nie są głębokie.
-Ale pomimo to bardzo boli.- mówi jej partner.
-Coś ci jednak przypisali prawda? 
-Coś tam mam na recepcie, ale nie wiem sam co to jest. Pójdziemy do apteki to się dowiemy. A ty co tu robisz?
-Byłem na górze na rehabilitacji. Wracam zaraz do domu.- odpowiada.- Martin poprawił mi humor, bo mówi, że jest dobrze, zresztą sam to czuję. Jednak trochę czasu wyleżałem się w szpitalu, mięśnie to odczuły. Ale wracają do siebie, na szczęście...
-To świetna wiadomość.- mówi Agnes.
-Tak, to prawda.- uśmiecha się do niej Mark.- Idziecie na parking czy do apteki?
-Najpierw do apteki.
-Ja też idę, muszę wykupić receptę Sebastianowi.- mówi po czym powoli idą w stronę kolejnego korytarza.
- Wszystko z nim w porządku? - pyta Ricky.
-Tak, to jakieś tam słabe proszki na bazie ziół, bo po tym co się wydarzyło, nie mógł spać. Jest lepiej, ale od czasu do czasu je bierze... 
-Nie pytam tylko o receptę...- zaznacza dziennikarz.- Sorry, to pewnie nie moja sprawa, niepotrzebnie się mieszam... Sorry.
-Nie rozumiem? O co pytasz?
- Wpadłem na niego po prostu, nie dzisiaj, ale był dziwny... Rozkojarzony i taki jakiś smutny... Nie przypominał siebie. Nawet mówiłem o tym Agnes... Mam nadzieję, że nic złego znów się nie wydarzyło.- spogląda na Marka, a kiedy ten nie odpowiada od razu, poza tym jego mina się zmienia na bardziej skupioną, już wie, że coś się wydarzyło. Mark przed drzwiami apteki dopiero się odzywa.
-Pójdziemy na kawę?- pyta ich.- To nie jest dobre miejsce na to, by o tym mówić. A ja, choć starałem mu się wmówić, że jest dobrze i będzie to jednak... cóż... może nie być tak? - spogląda na obydwoje.- Sorry, nie chcę zabierać wam czasu, a ciebie pewnie boli...
-Daj spokój... Dostałem przeciwbólowe...- mówi Ricky.
-A tu niedaleko jest przytulna kawiarnia...- dodaje Agnes.
***
Nie może uwierzyć w to co przed momentem usłyszała więc wpatruje się w twarz lekarza  z niedowierzaniem. On coś mówi, ale ona nie do końca słucha, po prostu siedzi... Zaraz potem to do niej dociera i łzy jedna po drugiej zaczynają spływać po jej policzkach. Lekarz zauważa to więc przestaje mówić. Natalie po prostu płacze...
***
Zaskakuje go pielęgniarka, która prosi go, by wszedł do gabinetu, do żony. Po prostu idzie. I jest zaskoczony widokiem płaczącej Natalie. Od razu czuje jeszcze większy niepokój, ponieważ nie ma pojęcia, co takiego powiedział lekarz, że ta informacja wywołała łzy u jego żony. W kilku krokach pokonuje dzielącą ich odległość, po czym przykuca przed kobietą, którą kocha najmocniej na świecie.
-Natalie...- odzywa się, a ona po prostu przytula się do niego i płacze. Marco spogląda na lekarza nic nie rozumiejąc.
***
-Pomógł mu, a teraz... Skąd mógł wiedzieć, że on jest chory...- mówi Mark nie patrząc na nich, wpatrując się w swoją filiżankę z kawą.- Mógł się zarazić, ale nie musiał, nie pamięta jak to było dokładnie, tamten krwawił... On też miał skaleczoną dłoń, ale nie wie, w którym momencie się skaleczył. To nie musiało być jak mu pomagał... Jest dużo niewiadomych... Minęło trochę czasu...
-Ale dzięki temu jest również nadzieja, Mark...- mówi mu Agnes.- I tej nadziei trzeba się mocno chwycić.- podpowiada mu.
-Próbuję, ale się również boję.- patrzy na nią.
-To normalne i naturalne. Dziwiłabym się gdybyś się nie bał. - odpowiada blondynka.- On jednak boi się bardziej.
-Nie wiem ile razy powiedziałem mu, że jestem i będę. Nie wiem ile razy będę musiał powtórzyć to, aby w końcu uwierzył...- wzdycha.
-Być może więcej razy niż on musiał tobie mówić to samo po wypadku...- mówi mu Ricky.- W końcu to do ciebie dotarło... On również zrozumie...
-Nie zostawię go.- mówi Mark.- Boi się, ale ja tego nie zrobię. I przetrwamy to.- dodaje z determinacją.
***
Spodziewa się naprawdę wielu rzeczy, nie ma pojecia co  ma myśleć. Jego żona po prostu płacze w jego ramionach i jest pewien, że nie jest w stanie nic powiedzieć. Dlatego nie czekając, aż Natalie się uspokoi patrzy wyczekująco na lekarza.
-Co się stało?- pyta w końcu.- Czy coś jest nie tak z wynikami badań?- dopytuje.
-Wszystko jest w porządku.- zapewnia go lekarz.
-Więc skąd u Natalie zawroty głowy?- zadaje kolejne pytanie.- Ostatnim razem kiedy miała podobne objawy, potem okazało się, że to anemia...
-Proszę się nie denerwować, teraz z wynikami wszystko jest w porządku. Co do zawrotów głowy... Cóż... mogło się tak zdarzyć. W każdym razie pana żona jest zdrowa. 
Ja jednak muszę panu pogratulować.- uśmiecha się lekarz.- Zrobiłem dodatkowe badanie krwi z którego wynika, że zostaniecie państwo rodzicami.- mówi mężczyzna w białym fartuchu.- Z wywiadu wynika, że to na pewno dopiero początki ciąży, więc USG można wykonać nieco później. Najlepiej skontaktujcie się państwo z lekarzem który prowadził poprzednie ciąże. Gratuluję.- powtarza jeszcze raz. 
-Dziękuję.- uśmiecha się Marco, a Natalie nadal płacze w jego ramionach.
***
Niespodzianka :)
Postanowiłam póki mam czas wrzucić kolejny rozdział. Nie spodziewaliście się prawda???
 

 
 
UWAGA!!!
ODROBINĘ ZMIENIŁAM KOŃCÓWKĘ 
29 ROZDZIAŁU!!!

środa, 9 marca 2016

29.Szokujące wyznanie...

 Obserwuje Sebastiana już kilka dni. Nie pyta co się dzieje, ale to nie znaczy, że nie widzi, iż coś jest nie tak. Postanowił dać mu czas i możliwość, aby sam zadecydował czy i kiedy powiedzieć mu co się wydarzyło czy też co się dzieje. Sebastian bowiem od kilku dni nie jest sobą. Niby wszystko wróciło do normy, przynajmniej w takim stopniu w jakim mogło. Jego partner wrócił do pracy, on natomiast nie mógł, ponieważ cały czas dochodzi do siebie po tym co się stało, po wypadku. Dogadali się w końcu z Sebą, tzn. on się zmienił, uwierzył, że Sebastian jest, ponieważ chce być, nie dlatego, iż jest mu go żal i nie dlatego, że się lituje. Uwierzył, że jest, ponieważ mu zależy. Zresztą to działa w obydwie strony, bo on czuje to samo. I wszystko zmierzało ku dobremu do pewnego wieczoru, kilka dni wcześniej, kiedy jego partner wrócił do domu i nie był taki jak zwykle. Nie pytał za dużo, nie opowiadał o swoim dniu, był jakiś zgaszony, wycofany i smutny. I tak mu zostało, a może nawet pogłębiło się znacznie. Mark nie ma pojęcia co się stało, czy też co się dzieje, ale jest zdeterminowany, aby się dowiedzieć, jednak nie chce naciskać, chce by Seba powiedział mu sam, kiedy poczuje potrzebę podzielenia się tym, co go gnębi. Więc czeka.
***
Zauważa, że Natalie w momencie podnoszenia się z krzesła nagle zamyka oczy i z powrotem na nie siada.
-Kochanie co się stało?- pyta zrywając się ze swojego krzesła i przykucając przed nią.- Co się dzieje?- ponawia pytanie patrząc badawczo na to jak  bardzo jej twarz jest blada.
-Zakręciło mi się w głowie.- odpowiada malarka uśmiechając się nikle.- Już jest dobrze, musiałam zbyt raptownie się podnieść.- tłumaczy.
-Nie ważne czy raptownie czy nie. Jesteś za młoda, by mieć takie dolegliwości. Coś jest nie tak.- mówi piłkarz.- Może powinnaś powtórzyć badania, może znów masz anemię.- podpowiada jej.- Zadzwonię do lekarza i jutro pojedziemy...- mówi.
-Nic mi nie jest, naprawdę. Nie potrzeba powtarzać badań, bo ja naprawdę mam się dobrze. Po prostu zbyt gwałtownie zerwałam się z tego krzesła... Stąd zawroty głowy.- tłumaczy cierpliwie.
-Wiesz, że mnie nie przekonałaś prawda? Wiesz, że nie pozwolę się zbyć i nie ustąpię?- patrzy na nią z determinacją.- Mogę ulec w innych kwestiach, ale jeśli chodzi o zdrowie mojej rodziny, to nie pozwolę się zbyć. Zrobimy te badania, upewnimy się czy wszystko w porządku, a potem, jeśli okaże się, że wszystko jest w porządku, to wtedy pozwolę ci winę za te zawroty głowy zrzucić na zbyt raptowne poderwanie się z krzesła. Tymczasem mam zamiar zadzwonić do lekarza i umówić cię na jutro na wizytę.- Marco patrzy jej w oczy.- I nie marudź.- dodaje.- Nie odwiedziesz mnie od tego.- zaznacza.
-No dobrze...
***
-Spotkałem Sebastiana w sklepie.- mówi Ricky pisząc artykuł. Agnes spogląda na niego.
-Wszystko u nich w porządku?- pyta blondynka.
-No właśnie nie mam pojęcia, bo Seba był jakiś dziwny, nie był sobą.- odpowiada dziennikarz.- Był jakiś nieswój, był wycofany, odpowiadał po prostu na pytania, poza tym nic, co jest do niego niepodobne.- mówi.
-Może był zmęczony, albo mają jakieś problemy.- tłumaczy Agnes.
-Niby nie, ponieważ zapewniał, iż z Markiem w końcu się dogadali. Jednak coś jest nie tak, czuję to.- mówi patrząc na swoją drugą połowę.- Mam takie przeczucie, że to nic dobrego. Obym się mylił... 
***
Kiedy przyjeżdża wieczorem do Mario, okazuje się, że drzwi do domu otwiera mu Emily. 
-Cześć.- wita się z nią.
-Cześć.- odpowiada dziewczyna po czym wpuszcza go do środka. Kiedy ona znika  w salonie, gdzie zapewne znajduje się też Julie, on zamyka drzwi po czym idzie za nią. Mała Julie uśmiecha się na jego widok, więc bierze ją na ręce od razu praktycznie.
-Cześć okruszku.- zwraca się do małej dziewczynki z taką samą czułością z jaką mówi do własnej córki. Julie nie jest jego córeczką, ale jest córeczką jego najlepszego przyjaciela, brata, bo przecież traktuje Mario jak brata więc jego córeczkę traktuje niejako jak swoją. Dziewczynka dotyka dłonią jego twarzy, a on się uśmiecha.-Gdzie zgubiłaś tatusia?- pyta dziewczynki.
-Ta-ta.- odpowiada Julie.
-Tak Jull... Tata.- uśmiecha się do niej, po czym spogląda w stronę niani dziewczynki, która obecnie zbiera zabawki porozrzucane przez Jull po podłodze.- Gdzie jest Mario?- pyta Emily.
-Biega.- odpowiada dziewczyna spoglądając na niego.
-Biega?
-Tak.- powtarza dziewczyna.- Poprosił mnie, żebym jeszcze nie wychodziła godzinę. Julie miała być z babcią, ale babcia musiała zostać w pracy 2 godziny dłużej więc ja byłam jedyną opcją.- tłumaczy.
-On chyba przesadza. Biegał rano, potem był na treningu gdzie też truchtał, a potem trenował, przyjechał i poszedł biegać?
-Tak powiedział...
***
3 dni później...
Kiedy się budzi zegarek wskazuje 8:30 rano. Jest w pokoju sam. Najpierw powoli podnosi się do pozycji siedzącej, a potem wstaje z łóżka. Kiedy wychodzi z łazienki chwilę później słyszy dźwięk tłuczonego szkła tak więc od razu idzie do kuchni, ponieważ jest pewien, iż dźwięk dobiegał z tego pomieszczenia. Tam też znajduje Sebastiana na płytkach, klęczącego na kolanach i zbierającego odłamki ulubionej filiżanki Marka. Chłopak orientując się, iż nie jest już sam podnosi wzrok i w tym właśnie momencie z jego ust wydobywa się cichy jęk, bo jeden z kawałków skaleczył mu dłoń. Dość duży odłamek. 
-Przepraszam, że stłukłem twoją ulubioną filiżankę.- podnosi się z połogi z odłamkami w dłoni.
-W porządku, to tylko filiżanka.- mówi Mark. Robi kilka kroków do przodu, ma zamiar złapać jego dłonie, ale Sebastian odsuwa się od niego, właściwie to nie odsuwa, a odskakuje jak oparzony. Jest zaskoczony.
-Opatrzę je...- mówi Mark wskazując na dłoń partnera.
-Nie trzeba...- zapewnia Seba jednak Mark uważa inaczej, robi krok do przodu i ma zamiar złapać dłoń młodszego mężczyzny, ale ten widząc to zabiera ją.
-Zostaw, nie dotykaj.- mówi pośpiesznie Sebastian.
-Ale...- Mark ponawia próbę.- Potrzebujesz opatrunku, zobacz jak kapie krew...- wskazuje.
-Poradzę sobie sam.- zapewnia.- Nie jestem małym chłopcem.
-W porządku. W takim razie ty idź i opatrz sobie dłoń, a ja posprzątam...- mówi łapiąc papierowy ręcznik, by zaraz po zebraniu pozostałych odłamków wytrzeć krople krwi, które są na płytkach. Sebastian mu jednak na to nie pozwala.
-Nie rób tego, nie rób...- mówi pospiesznie.- Zostaw!- powtarza zabierając mu rolkę z ręcznikiem z dłoni.- Zostaw!- powtarza.- Nie możesz...
Mark jest zaskoczony, nie ma pojęcia o co chodzi. Ma zamiar zapytać, ale żadne pytanie nie pada ponieważ kiedy patrzy na bladą twarz swojego partnera i strach ukryty w jego oczach pewna myśl pojawia się w jego podświadomości. Przychodzi nagle, nie wiadomo skąd i choć wydaje mu się nieprawdopodobna, to jednak nie daje mu spokoju. On musi wiedzieć. Musi. I kiedy w końcu otwiera usta, by zapytać Sebastiana co się dzieje, dlaczego w ten sposób reaguje, a może ma również zamiar wypowiedzieć to o czym pomyślał, on uprzedza jego słowa.
-Mogłem zarazić się wirusem HIV...- te słowa padają, a Mark zamiera...
***
Choć nie od początku tak myślała, w tym momencie sądzi, iż Mario się przetrenowuje. Chłopak zaczyna dzień od biegania, potem trenuje w klubie, po południu godzinę biega i jest pewna, iż ćwiczy również po tym jak jego córeczka idzie spać. Nie byłoby w tym nic złego, ale zauważa, iż chłopak jest coraz bardziej zmęczony, mniej się uśmiecha, zajmuje się córeczką, bawi się z nią, ale z mniejszym zaangażowaniem, zupełnie jakby uciekła z niego energia. W końcu postanawia zapytać go o to.
-Nic mi nie jest.- zapewnia ją.- Ćwiczę więcej ponieważ chcę wejść do pierwszego zespołu. Muszę się przyłożyć bardziej.- mówi jej.
-Nie kosztem swojego zdrowia i samopoczucia.- tłumaczy mu.
-Czuję się świetnie.- zapewnia.
-Wątpię, bo na pierwszy rzut oka widać, że jesteś zmęczony.- mówi mu Emily.- Jestem tu codziennie, ale można to zobaczyć jeśli się chce. Mario ty masz córeczkę, którą musisz się zająć, więc musisz mieć na to siłę...
-Mam, przecież nic mi nie jest...
-Jeszcze nie...
***
-Natalie ja nie mam zamiaru się z Tobą kłócić.- patrzy na nią.- Weź torebkę, bo jedziemy do lekarza. Mieliśmy to zrobić dwa dni temu, ale przełożyli na dziś więc pojedziemy dzisiaj.
-Ale mnie naprawdę nic nie jest.- zapewnia go.- Te zawroty głowy to był pojedynczy przypadek, od tamtej pory się nie powtórzyły więc nie ma powodu byśmy chodzili po lekarzach...- dziewczyna próbuje odwieść męża od zamiaru zawiezienia jej do kliniki, choć wie, że to będzie trudne.
-Natalie proszę cię.- prosi ją blondyn.
-Daj spokój, Marco.- oponuje.- Nic mi nie jest i nie mam zamiaru nigdzie jechać. Nie bądź uparty.- patrzy na niego.
-Uparta to jesteś ty!- odpowiada jej.- Powinnaś dbać o siebie, ponieważ całkiem niedawno, również twierdziłaś, że nic ci nie jest, a skończyło się anemią. Nie dziw się, że się martwię. Jesteś moją żoną do cholery, mamą moich dzieci, naszych dzieci. O kogo mam się troszczyć?-
Patrzy na nią wypowiadając te słowa, może nieco głośniejszym tonem niż zwykł używać, bardziej stanowczym...
-Nie krzycz na mnie...- mówi mu żona, której oczy nagle zaczęły niebezpiecznie się szklić.
-Nie krzyczę przecież...
-Krzyczysz...
***
Słowa wypowiedziane przez Sebę sprawiają, że Mark zamiera. Nastaje cisza i nie jest ona bynajmniej komfortowa. Powietrze nadal staje się gęste, za gęste. Mark nic nie mówi ponieważ jest tak bardzo zaskoczony tym wyznaniem, a Sebastian po prostu nie ma pojęcia czego się spodziewać. W końcu to starszy się odzywa:
-Nic nie rozumiem, wytłumacz mi...- zwraca się do swojego partnera, a kiedy ten ma zamiar coś powiedzieć, to jednak mu przerywa.- Czy ty...?- patrzy na młodszego.- Ty... z kimś...?
-Ja...
- Ty... - patrzy na mężczyznę stojącego przed nim.-Z kim?-  pyta.
-Nie...- odpowiada Sebastian.- Nie...- powtarza.
-Sebastian...- chce zadać tak wiele pytań, ale zauważa w tym momencie jak bardzo Sebastianowi drżą dłonie oraz to, iż coraz więcej kropel spływa po dłoni chłopaka i osadza się na podłodze.
*** 
Czekam na komentarze :)

wtorek, 16 lutego 2016

28.Małe i duże kroczki...

Jest odrobinę spóźniona, kiedy wysiada z taksówki pod domem rodziców Mario. Płaci pośpiesznie taksówkarzowi, po czym prawie biegnie w stronę drzwi wejściowych. W przedpokoju wpada na piłkarza.
-Przepraszam, śpieszyłam się, bo mam spóźnienie, ale samochód mi się zepsuł...- mówi pośpiesznie.- Zdążysz prawda?
-Tak, ale właściwie to nic się nie stało, bo moja mama nie jedzie ze mną więc...
-Czyli nie jestem potrzebna, tak?- pyta spoglądając na niego.
-Przeciwnie, chciałem cię poprosić, abyś ze pojechała ze mną obejrzeć ten dom.- mówi piłkarz.-Proszę.
-Dobrze.-zgadza się dziewczyna po czym obydwoje opuszczają dom. Chwilę później jadąc w umówione miejsce Emily zastanawia się dlaczego Mario jest tak milczący. 
-Pokłóciłeś się z mamą?- pyta dziewczyna w końcu.
-Tak.- pada odpowiedź.
-I to ty nie chciałeś, by pojechała z tobą na to spotkanie, czy ona nie chciała?- zadaje następne pytanie.
-Powiedziała, że to ma być mój dom więc najważniejsze, aby mnie się podobał.- tłumaczy.- Nie ważne. Nie chce pojechać to trudno. Nie podoba jej się to, że mam zamiar się wyprowadzić i robi wszystko, bym tego nie zrobił. Niby chce abym nie rozpamiętywał, chce, abym zrobił krok do przodu, ale jak chcę to zrobić to wtedy przestaje jej się to podobać.- mówi, a ona słucha.
-Może po prostu nie spodziewała się, że kolejnym krokiem będzie wyprowadzka. Może, a raczej na pewno się martwi.
-Wiem, staram się zrozumieć, ale z drugiej strony może ja potrzebuję stanąć na nogi po swojemu. Może nie potrzebuję już takiej dawki opiekuńczości. Ona jest nadopiekuńcza, co jest zrozumiałe, mogłem przecież zginąć... Może było źle, na pewno, gdyby nie moja rodzina do dziś nie byłoby lepiej, gdyby nie moi przyjaciele... Opiekowali się nie tylko moją córką, ale i mną. Jednak dziś już mogę sam się nami zająć. Chcę spróbować sam sobie radzić, choć przecież nie zamierzam odciąć Julie od dziadków. To nie tak przecież, że wyprowadzę się na koniec świata, a ona momentami się tak zachowuje...
-Przejdzie jej, tacy już są rodzice.
-Ona mi po prostu nie ufa. Nie wierzy w to, że jestem w stanie sam zająć się na dłuższą metę moją córeczką, że będę dodatkowo musiał podwozić Julie...
-Poradzisz sobie.- mówi z przekonaniem Emily.
-Poradzimy sobie.- poprawia ją.- Bo mam nadzieję, że nadal będziesz opiekować się moją córeczką, że w naszej umowie nic się nie zmieniło?- zerka na nią.
-Tak, będę jeśli tylko tego potrzebujesz.- zapewnia dziewczyna.
***
Marco ubiera się kiedy jego żona wchodzi do ich sypialni rozmawiając przez telefon. Po chwili, kiedy kończy rozmawiać, przygląda się mężowi zdezorientowana.
-Gdzieś się wybierasz?- pyta.
-Tak, mamy tę sesję dla Pumy.- odpowiada piłkarz zapinając guziki koszuli.
-Jaką sesję?- dopytuje Natalie.
-Tę, o której mówiłem trzy dni temu, kochanie.- odpowiada.
-Nie przypominam sobie.- mówi malarka.- Mam spotkanie w galerii, myślałam, że zostaniesz z dziećmi. Nie mogę nie pójść, bo to dotyczy wystawy, a przecież wiesz jakie to dla mnie ważne.- tłumaczy coraz bardziej zdenerwowana.
-Hej, spokojnie.- mówi blondyn.- Po prostu zawiozę dzieci do moich rodziców.- proponuje.
-Marco...
-Co, zły pomysł?- patrzy na nią.- Puma jest sponsorem klubu, a my, piłkarze mamy zobowiązania wobec klubu, nie mogę się nie pojawić dobrze o tym wiesz.- stwierdza.
-W takim razie mam zrezygnować, bo ty masz zobowiązania tak?- mówi z wyrzutem brunetka.
-Natalie.- zwraca się do niej zaniepokojony.-Nat...- podchodzi do niej mając zamiar ją objąć, ale ona odsuwa się.
-Odwołam to, w porządku.- mówi zrezygnowana.- Przecież ja mogę prawda?-wychodzi z sypialni, ale on nie ma zamiaru zostawić tak tego. Idzie za nią na dół, a kiedy ona wybiera numer, on zabiera jej telefon. 
-Nic takiego nie powiedziałem.- piłkarz stoi przed nią łapiąc ją w pasie.- Nie powiedziałem, byś odwołała, bo moje jest ważniejsze. Nic takiego nie powiedziałem.- powtarza.-Nie wiem dlaczego jesteś tak zdenerwowana...
-Jestem zdenerwowana, bo przygotowuję się do wystawy od długiego czasu. To spotkanie Agnes umówiła już dawno i zmieniała datę dwa razy. Nie chcę robić tego po raz trzeci, ale jestem zmuszona, bo masz sesję, która miała się odbyć zdaje się w następnym tygodniu. Mam prawo być zdenerwowana Marco! - mówi.
-Zadzwonię do Mario i poproszę, aby zajął się Cass i Olim. I nie będzie problemu.- stwierdza.
-Mario miał dziś oglądać domy.- przypomina mu żona.- A swoją drogą on nie ma sesji?
-Nie, dzisiaj tylko ja, Auba, Miki, Mats i Łukasz.- tłumaczy.- Zadzwonię do Ricky'ego. 
***
Pracownik biura nieruchomości wprowadza ich do domu, który mają obejrzeć. Emily już od progu się podoba, choć do tej pory mogła ocenić wnętrze jedynie z progu, jednak wie, że obejrzy z ochotą. Obydwoje z Mario powoli zaglądają do każdego z pomieszczeń, do każdego kąta. W wystroju króluje minimalizm. Nie ma tu żadnych zbędnych mebli, żadnych zbędnych zdobień. Stonowane kolory nadają wnętrzom spokoju. I choć Mario niewiele mówi, głównie patrzy, to dziewczyna może dostrzec w jego twarzy, że mu się podoba.
-Co myślisz?- pyta piłkarz.- Jak się tu czujesz?
-Najważniejsze jest to jak ty się tu czujesz?- odpowiada pytaniem na pytanie.
-To dziwne, ale dobrze.-pada odpowiedź.
-Dlaczego mówisz, że to dziwne?- dopytuje córka Alice.
-Bo generalnie ciężko idzie mi wybór nowego lokum. Nie lubię nowych miejsc, bo trzeba się przyzwyczajać, klimatyzować, a mnie to opornie idzie. Zawsze tak było.- tłumaczy.- Co ty myślisz?
-Myślę, że będzie ci tu dobrze, Mario. - odpowiada.-Gdybym to ja decydowała, to bym go kupiła. Jest przestronny, nie jest kolosem, ale ma wystarczająco przestrzeni dla Ciebie i Julie. Poza tym położenie i sąsiedztwo naprawdę fajne. Niedaleko jest bardzo dobre prywatne przedszkole, więc w przyszłości nie będziesz musiał szukać nie wiadomo gdzie.
-To też pozytyw, ale nie wybiegajmy aż tak daleko w przyszłość, bo nie wiadomo co przyniesie jutro...- kwituje spoglądając na nią.- Nie wiem gdzie będę za te kilka lat. Może tutaj, może w innym miejscu. Może wcale mnie już nie będzie...
-Nie mów tak...
-Takie jest życie, Emily.- Jadąc do przyjaciela i zabierając moją żonę nie przypuszczałem, że wrócę sam... 
***
Sesja nie jest nudna, pani fotograf, która robi im zdjęcia również jest przesympatyczna więc ta praca nie należy do tych niemiłych, ale on myśli o Natalie. To nie tak, że jego żona po raz pierwszy chodzi poddenerwowana, bo tak zawsze jest przed wystawą. Przywykł do tego. Jednak nie lubi jej takiej i zastanawia się co miałby zrobić, aby poprawić jej humor. Obserwuje jak Auba pozuje do zdjęć indywidualnych. Po chwili słyszy swoje imię więc tym razem to on ustawia się, by można było mu zrobić fotki. Robi to, co mówi dziewczyna z aparatem. Pani fotograf oprócz mówienia mu, jak ma stanąć żartuje więc Marco śmieje się po prostu z jej żartów. Po dłuższej chwili orientuje się, że dziewczyna próbuje z nim flirtować.
***
-Dziękuję, że zgodziłaś się ze mną pojechać.- mówi jej w drodze powrotnej.
-Nie ma za co.- odpowiada.
-Zapraszam cię na pyszne ciasto i kawę.- proponuje jej.
-Chętnie.- zgadza się. 
Chwilę później piłkarz parkuje przy jednej z jego ulubionych cukierni. Emily zdaje się na gust piłkarza jeśli chodzi o ciasto, ponieważ w lokalu jest tych pyszności tak dużo, że ciężko samej jej się zdecydować. Mario wybiera bardzo dobrze, bo trafia dokładnie w to co lubi. Piją kawę  delektując się smakiem pysznego ciasta brzoskwiniowego i rozmawiają. I być może tego popołudnia Emily widzi uśmiech Mario częściej niż w ciągu całego poprzedniego tygodnia. I być może jej słowa ten uśmiech wywołują.
***
Ricky wychodzi chwilę po tym jak wypija kawę z Nat. Ma jechać jeszcze do rodziców. Natalie przebiera się po czym zabiera Cassie i Oliego do pracowni. Tam na ułożonych na podłodze kartonach jej pociechy mogą malować specjalnymi wodnymi farbami dla dzieci. Uwielbiają to ponieważ mogą moczyć w farbach dłonie czy stopy i po prostu biegać zostawiając ślady. Ona też w tym czasie bierze udział w zabawie. Nie maluje wtedy, po prostu bawi się ze swoimi dziećmi. Uwielbia to. Uwielbia spędzać z nimi czas, uwielbia je obserwować, patrzeć na ich uśmiechnięte buzie i słuchać kiedy się śmieją. 
Po kilkunastu minutach spogląda na wyświetlacz komórki. Wydaje jej się, że Marco powinien już wrócić. Kiedy mija kolejne kilkanaście minut w końcu do niego dzwoni. Rozmawia z nim chwilkę, a on zapewnia ją, że już kończą i że za chwilę wybiera się do domu. I być może wcale nie podoba jej się głos, który słyszy w tle rozmowy, kobiecy głos i słowa jakie ta kobieta kieruje do Marco, ale w tym momencie nic na ten temat nie mówi. Jednak postanawia, iż kiedy jej mąż wróci na pewno o to zapyta.
***
-Czyli jesteśmy wolni?- pyta Auba.
-Mam wspaniałe zdjęcia więc teoretycznie skończyliśmy.- informuje Sophia- fotograf.
-Teoretycznie?- dopytuje Miki.
-Teoretycznie, bo może dacie zaprosić się na coś słodkiego do cukierni na dół, tak w ramach podziękowania za wspaniałą sesję. Co wy na to?- patrzy na nich.
-Powiem Wam, że ja potrzebuję odrobiny cukru.- mówi Miki, a dziewczyna się uśmiecha.
-Czemu nie?- stwierdza Auba.
-Ja również się skuszę na jakieś szybkie ciasto.- zgadza się Łukasz.
-Idziemy w takim razie.- mówi Mats.
-Przepraszam Was, ale ja nie mogę niestety.- mówi blondyn, który zabiera bluzę z fotela.- Dziękuję Sophia. Praca z Tobą to przyjemność. Za zaproszenie również dziękuję, chłopcy ci potowarzyszą, ja muszę już jechać.- podaje jej rękę, a ona podaje mu swoją.
-Ja również dziękuję. Może jednak dasz się skusić?- namawia go nie puszczając jego dłoni od razu.- Po pracy należy się chwila przyjemności...- mówi uśmiechając się szeroko.
-Nie tym razem. Dzięki Sophio.- mówi po czym wychodzi ze studia.  Chwilę później, kiedy zjawia się w domu znajduje Natalie z dziećmi w salonie. Bawią się klockami. Marco odkłada bluzę na sofę, a potem siada na dywanie obok swoich pociech, które praktycznie od razu do niego lgną. Tuli obydwoje przez chwilę, potem zarówno Oliemu jak i Cassie daje buziaka, po czym dzieci znów wracają do zabawy. Marco natomiast spogląda na Nat, która przygląda mu się badawczo. Piłkarz nachyla się, by ją pocałować, a ona oddaje pocałunek.
-Przepraszam, miałem nadzieję, że to tak długo nie potrwa.- mówi jej.- Ale już jestem z Wami. Teraz jestem tylko wasz.- stwierdza.
-Tak się zastanawiam...- mówi jego żona.
-Nad czym się zastanawiasz?- dopytuje blondyn.
-Kim była ta kobieta, która mówiła do ciebie kochanie?- zadaje pytanie lustrując go wzrokiem.
-Jaka kobieta i kiedy?- patrzy na swoją żonę zdezorientowany, bo nie wie o co chodzi.
-Rozmawiałam z tobą, mówiłeś, że już kończycie, że niebawem wrócisz i nagle usłyszałam kobiecy głos, który cię wołał i ona powiedziała do ciebie kochanie. Kim ona była?- pyta.
-Aaa... To musiała być Sophia.- odpowiada piłkarz.- Fotograf. Robiła nam foty.- precyzuje.
-Um... i do wszystkich mówiła kochanie?- drąży temat malarka.- Czy tylko ciebie sobie wybrała?- patrzy na niego badawczo.
-Szczerze to nie zwracałem uwagi.- tłumaczy blondyn.- Byłem skupiony na tym co mam robić, wykonywałem jej polecenia i naprawdę nie interesowałem się tym jak do nas mówi.- stwierdza.- I nie, nie podrywała mnie, uprzedzam twoje pytanie. Nie musisz być zazdrosna.- mówi po czym przysuwa się i obejmuje żonę ramieniem.- A nawet gdyby próbowała ze mną flirtować, to mnie to nie interesuje, bo mam ciebie.- całuje ją w czoło i przytula mocno.- Nie masz powodu do zazdrości, ale z drugiej strony miło wiedzieć, że jesteś zazdrosna, bo masz wtedy takie ogniki w oczach i pokazujesz pazurki.- uśmiecha się piłkarz.- Kręci mnie to bardzo.
***
Kilka dni później.
Liliana obserwuje jak Emily bawi się z Julie. Bez wątpienia mała dziewczynka uwielbia swoją opiekunkę i odwrotnie. To widać na pierwszy rzut oka. To z jaką troską dziewczyna opiekuje się Julie, to jak poświęca jej całą swoją uwagę, jak wymyśla coraz to nowsze zabawy, przeważnie służące temu, by mała lepiej się rozwijała, to z jaką cierpliwością podchodzi do niej kiedy jest marudna, to jak tłumaczy jest naprawdę wyjątkowe. Nie każda niania bowiem traktuje swoje obowiązki w ten sposób, przecież bywają i opiekunki, które albo się nie angażują, albo wręcz krzywdzą podopiecznych. Liliana nie dopuszcza do siebie myśli, że ktoś mógłby w jakiś sposób skrzywdzić Julie, choć jest pewna, że ich problem ze złą nianią nie dotyczy. Kobieta w pewnym momencie zjawia się w salonie i siada na sofie. Julie od razu rozprasza się na jej widok, przestaje się bawić po czym patrzy na nią i uśmiecha się.
-Ba-ba-ba-ba.- wypowiada kilka razy.
-Tak skarbie, babcia.- mówi jej Emily.
-Baba.- powtarza dziewczynka.
-Bravo Julie, bravo- biją jej brawo obydwie, a mała cieszy się. Potem znów zajmuje się kolorowymi zabawkami leżącymi na dywanie. Liliana wykorzystuje ten moment, w którym jej wnuczka nie potrzebuje całej ich uwagi.
-Emily powiedz mi jak podobał ci się ten dom, który mój syn chce kupić?- zadaje pytanie dziewczynie.
-Jest naprawdę warty uwagi. Nie jest olbrzymi, ale naprawdę wystarczający dla rodziny. Przestronny, zadbany więc nie trzeba remontować, jedynie odświeżyć jeśli Mario uzna, że jest taka potrzeba. Jest naprawdę ładny. Nie dziwię się,że się zdecydował.- mówi dziewczyna.- Nie była tam pani?- dopytuje.
-Nie.- pada odpowiedź.- Posprzeczaliśmy się tego dnia, miałam z nim jechać, ale wolałam zostać w domu. To on tam będzie mieszkał więc to jego odczucia są najważniejsze. Nie moje.- tłumaczy.- Poza tym wolałabym, by jeszcze pomieszkał z nami...
-Dlaczego? Skoro uznał, że jest gotowy mieszkać bez państwa, to tylko się cieszyć, że po tym co się wydarzyło ma na to siłę, ochotę...
-Wiem, ale ja się naprawdę boję.
-Rozumiem, jednak proszę mu zaufać. On sobie poradzi. Przecież Pani to wie.- Emily uśmiecha się.
-Wiem, on zawsze sobie radził.
***
Wchodzi do pokoju gdzie na dywanie bawi się Emily z jego córeczką. Sam też siada obok nich.
-Tata.-piszczy mała dziewczynka po czym raczkuje do swojego ojca, by za moment próbować wdrapać się na jego nogi. Oczywiście Mario praktycznie od razu jej pomaga dzięki czemu kilka sekund później tuli ją do siebie.
-Jak się ma mój mały aniołek?- pyta.- Jesteś moją małą myszką.- uśmiecha się do niej.- Kto jest moją małą księżniczką?- pyta, a mała wskazuje paluszkiem na siebie. Chwilkę później odraczkowuje w kierunku łóżeczka, a Mario spogląda na Emily.
-Była grzeczna?-pyta.
-Bardzo.- potwierdza niania.- Skoro jesteś to ja już pójdę.- stwierdza Emily po czym podnosi się z dywanu.-Julie daj buziaka. Emily jedzie do domku.- najpierw mówi, a dopiero później odwraca się w stronę dziewczynki i zamiera.
-Mario.- mówi, a on spogląda najpierw na nią, ale potem w tę samą stronę co dziewczyna po czym uśmiecha się serdecznie, bo jego córeczka właśnie stawia swoje pierwsze kroki.
***
Witam :)
Jak się macie? Spodziewaliście się nowego rozdziału?
Cóż... ciężko mi szło jego pisanie momentami, ale jest. Uznałam, że u Reusów jest nudno więc sprawiłam, że Natalie stała się odrobinę podejrzliwa i zazdrosna. Nie wiem czy to jedyny epizod zazdrości, pomyślę nad tym :)
Czekam oczywiście na Wasze komentarze. Komentujcie i pokażcie mi, że czytacie.
Pozdrawiam :)

piątek, 29 stycznia 2016

27.Wielka radość... Wielki smutek... I nowy Anioł Stróż?

Jakiś czas później...
-Nie sądzę, aby to był dobry pomysł, kochanie.- mówi Liliana spoglądając na syna i starając się zachować spokój, jednak szatyn wie, że jego mama jest mocno zdenerwowana.
-Dlaczego tak myślisz?- dopytuje syn.
-Nie rozumiem dlaczego w ogóle w tym momencie przyszło ci to na myśl... Źle się tu czujesz?
-Nie...
-Mario, kochanie... To wcześnie, powinieneś poczekać, dać sobie więcej czasu...
-Już zawsze będzie wcześnie, za wcześnie. Jeśli myślisz, że czas leczy rany, to wiesz, że to nie jest prawda.- syn spogląda na swoją rodzicielkę.- Minęły miesiące, ale to boli tak samo, mamo. Tak samo, albo i mocniej. Miną kolejne, a ja nadal będę kochał ją tak samo, tęsknił tak samo. To się nie zmieni.- zapewnia.
-Wiem kochanie...
-To nie tak, że jest mi źle, to nieprawda. Nie zrozumcie mnie źle. Poza tym na razie nigdzie nie uciekam, dopiero przymierzam się do tego, może zacznę przeglądać ogłoszenia... To potrwa. Jednak chciałem byście wiedzieli. - Nie uważam, że to jest dobry pomysł, ale to oczywiście twoja decyzja.- twierdzi matka piłkarza. Jego ojciec milczy nie wypowiadając się. Mario siada na kanapie w momencie, w którym jego mama wychodzi do kuchni zrobić herbatę. Piłkarz przeczesuje palcami włosy i wzdycha.
-A ty tato też uważasz to za zły pomysł?- szatyn spogląda na swojego ojca. Ten przez chwilę milczy, a potem zajmuje miejsce obok syna.
-Jesteś dorosłym i rozsądnym mężczyzną, synu. Jeśli czujesz, że powinieneś, że potrzebujesz, że to jest słuszne to po prostu to zrób. Jednak wiedz, że...
-Mogę wrócić...- kończy za tatę Mario.-Wiem, tato. Wiem.
***
Ten dzień nadchodzi...
***
Jest pochłonięty przygotowaniami. To właśnie tego dnia jego córeczka zdmuchnie swoją pierwszą urodzinową świeczkę na torcie. Jest szczęśliwy i podekscytowany w końcu zdarza się to po raz pierwszy w życiu Julie, w jego również. To nie tak, że nie bywał na żadnych pierwszych urodzinach, bywał. Jednak te będą inne. Na nich bowiem odegra rolę taty solenizantki, rolę w którą wciela się już 12 miesięcy, rolę, którą uważa za największy dar jaki dostał w życiu. Nie zamieniłby go na żaden inny. Bycie tatą to wymagająca rola, ale najpiękniejsza i jedyna w swoim rodzaju. 
Z zamyślenia wyrywa go popiskiwanie jego córeczki, która właśnie w tym momencie pojawiła się w pokoju na raczkach. Julie ma już rok. Urosła. I jest jeszcze piękniejsza niż była. I bez wątpienia odziedziczyła urodę po swojej mamie. Tego jest pewien. Nie tylko on zresztą to widzi, widzą wszyscy. Jakoś nie smuci go fakt, że mała nie jest podobna do niego. Cieszy się, bo Julie naprawdę przypomina Ann. I on w tym momencie ma przy sobie miniaturkę swojej żony, którą niezmiennie kocha, pomimo tego, że ona nie żyje, że jej ciało od 12 spoczywa na cmentarzu. Kocha. 
-Ta-ta.- woła Julie próbując zwrócić na siebie większą uwagę swojego rodzica. Udaje jej się to, jak zawsze zresztą. Tata zawsze poświęca jej uwagę, najwięcej uwagi.
-Moja mała księżniczka.- zwraca się do niej Mario, biorąc ją na ręce.
-Tam.- wskazuje palcem dziewczynka.
-Chcesz iść do ogrodu? Do babci?- dopytuje.
-Taa...- przytakuje entuzjastycznie dziewczynka. Więc Mario otwiera drzwi tarasowe i zabiera ją do ogrodu gdzie są jego rodzice. Tak, nadal z nimi mieszka, ale to nie tak, że nie kupił mieszkania. Kupił, jednak wymyślił sobie remont, który co prawda jest już na ukończeniu, ale chce poczekać, aż drobne prace kosmetyczne zostaną zakończone. To wtedy wykona kolejny krok. 
***
Świętuje nie tylko w gronie rodzinnym, choć osoby, które zaprosili właściwie traktuje jak swoją rodzinę. Jest jego rodzina, rodzice Ann,  ale także Natalie i Marco z dziećmi, Agnes i Ricky, oraz Emily. Jest też Ann. Jej duże zdjęcie, w ramce stoi na komodzie. Właściwie w domu pełno jest zdjęć mamy Julie. Mario pragnie, by mała znała mamę, by otaczały ją jej zdjęcia. Mówi jej o niej, pokazuje fotografie, filmiki, które nagrali razem. I choć mała Julie wydaje się, że jeszcze niewiele rozumie to do zdjęcia Ann zawsze się uśmiecha, wskazuje na nie często palcem i mówi " Ma." Nie umie wypowiedzieć więcej. Tata mówi bezbłędnie, z przerwą przeważnie ta-ta, ale mama nie wypowiedziała jeszcze ani razu. 
***
Śpiewają Julie " Sto lat", a ona śmieje się i klaszcze w dłonie. Potem nadchodzi czas na zdmuchnięcie świeczki. Z pomocą Mario płomień na pierwszej urodzinowej świeczce gaśnie, a wszyscy biją brawo. 
-Wszystkiego najlepszego moje słoneczko.- Mario całuje jej policzki, a mała chichocze.- Bądź szczęśliwa, zawsze.- dodaje.
***
Szuka swojej komórki, bo chce pstryknąć szybko zdjęcia jak Julie bawi się z dziećmi Marco, ale nigdzie nie może jej znaleźć. W końcu zauważa, że Julie ma ją koło siebie na dywanie. 
-Ty mała spryciaro, jak go zabrałaś?- zbliża się do niej chcąc zabrać jej telefon, ale kiedy sięga po niego Julie mówi " Mama" oraz wskazuje na wyświetlacz telefonu, na tapecie którego faktycznie jest Ann. Mario kuca. Nie zabiera dziewczynce telefonu, a głosy wszystkich jakby ucichły.- Tak, Jull. Twoja mama.
-Ma-ma.- powtarza dziewczynka.- Mama... ma... uma...- co oznacza, że mamy nie ma. I to stwierdzenie sprawia, że ból ukrywany głęboko zaczyna przemieszczać się w górę...
***
-Zasnęła?- pyta Liliana, kiedy Emily schodzi na dół. Tego wieczoru to Emily usypiała dziewczynkę, bo właściwie dziewczynka nie pozwoliła się zabrać od dziewczyny. 
-Tak, była zmęczona. Jednak to tyle emocji...
-To prawda.
-Pójdę już. Podziękuję Mario za zaproszenie. Dziękuję również Państwu.
-Cieszymy się, że byłaś z nami w tak ważnym dniu.
-Nie mogłabym przegapić urodzin Jull. Kocham ją.
-Wiem.
-Dziękuję jeszcze raz.
Liliana odprowadza ją do drzwi. Woła Mario, ale on nie odpowiada. Na zewnątrz widzi, że zniknął jego samochód.
-Nie ma go.
-W porządku.
***
Kiedy wyjeżdżała spod domu rodziców Mario, miała zamiar jechać do domu. Nie ma pojęcia dlaczego przyjechała pod cmentarz. Przez długą chwilę nie wychodzi z samochodu. Wie, że on jest u niej. I wie, że nie powinna przeszkadzać.
***
Ten dzień musiał nadejść. Pierwsze urodziny Julie. Szczęście. Radość. Duma. Miłość. Starał się, starał z całych sił. Zrobił wszystko, by ten dzień, ta data była wyjątkowa dla jego córki. Urodziny Julie były naprawdę wspaniałe. Świętowali, bo jest co świętować. To ważna data, bo tego dnia jego największy skarb, jego córeczka, jego słoneczko pojawiło się na świecie. Stał się tatą. Marzył o tym, a potem, gdy okazało się, że to marzenie ma szansę się urzeczywistnić, kiedy Ann zjawiła się u niego i przekazała mu radosną wieść, oczekiwał Julie z niecierpliwością. I pojawiła się. Małe szczęście. Mały cud. Tego dnia powinien być tylko i wyłącznie szczęśliwy. Powinien. 
Starał się. 
Zepchnął to uczucie na dno swojego serca. Powiedział sobie, że tego dnia przede wszystkim będzie świętował, cieszył się, że jego córeczka jest z nim już 12 miesięcy, że jest zdrowa, wspaniała, szczęśliwa. I świętował i cieszył się. To uderzyło w niego niespodziewanie, kiedy mała Jull wskazała na zdjęcie na telefonie i po raz pierwszy wypowiedziała słowo " mama." Nie spodziewał się, bo przecież tak wiele razy podpowiadał jej jak powinna to zrobić, jednak ona wolała mówić " tata". Więc, gdy usłyszał w końcu jak Julie je wypowiada, był zaskoczony. Od razu wyobraził sobie jaki Ann miałaby uśmiech w momencie, w którym Jull wypowiedziałaby to słowo. Oczyma wyobraźni widział jej wielki uśmiech i zaszklone oczy, które pewnie, a raczej na pewno by miała. Wyobraził sobie, jak jego żona wzięłaby swoją córeczkę w ramiona i ucałowała czule. Bez wątpienia byłaby szczęśliwa. A potem, kiedy usłyszał jak Julie wypowiada w swoim dziecięcym języku, słowa, które oznaczały, że mamy nie ma, znów poczuł ukłucie w sercu. Trzymał się do końca imprezy, starał się Jednak, kiedy Emily poszła położyć małą, on musiał wyjść z domu, musiał przyjechać. Gdy żyła, a on cierpiał zawsze była przy nim. Niezależnie jak wiele złego się działo, ona była. Jej ramiona dawały ukojenie, jej słowa powtarzane często jak mantra docierały w końcu do jego umysłu, pocieszały. Teraz, w tym momencie również pragnie schować się w jej ramionach-nie może. Pragnie usłyszeć słowa, które często wypowiadała " Razem poradzimy sobie ze wszystkim, przecież wiesz. Jestem przy tobie." Tak bardzo pragnie to teraz usłyszeć. I chociaż jest cicho, wsłuchuje się- nie słyszy. Nie raz, kiedy zdarzało mu się przyjść na jej grób, mówił. Tego wieczoru nie jest w stanie. Nie jest w stanie, bo ma ściśnięte gardło, z którego od czasu do czasu wydostaje się jedynie cichy szloch. Tak, płacze. Ciepłe łzy moczą jego policzki, by za chwilę mógł osuszyć je wiatr, który wieje. 
***
Idzie alejką. Wie, że on tu jest. Wiedziała dokładnie gdzie mógł pojechać. Widzi go już  z daleka. Bije się z myślami, czy powinna podejść. Prawdopodobnie nie, nie powinna przeszkadzać, ale rozum mówi jej, by zawróciła,
aby zostawiła go w spokoju, by pozwoliła mu wyrzucić z siebie ból, pobyć samemu nad mogiłą żony, żony, którą ciągle kocha, za którą tęskni, a serce pcha ją do przodu. Więc idzie. 
***
Słyszy ciche kroki. Ktoś idzie, ale nie ogląda się. 
***
Wie, że usłyszał, że ktoś idzie. Zauważa, że wytarł policzki rękawem bluzy. Szatyn nie podnosi się, nadal przykuca przed grobem. Może nadal powinna odejść, ale nie robi tego. Nie może, kiedy widzi jego przygarbione plecy i zauważa, że raz po raz jego ciało drży. Wie, że płacze. Kiedy staje obok niego kładzie swoją dłoń  na jego ramieniu i to właśnie wtedy Mario podnosi wzrok i spogląda na nią. Jego oczy są opuchnięte, jego usta, choć pewnie stara się z całych sił momentami drżą. Emily nie ma pojęcia co powinna powiedzieć, przecież nie ma takich słów, które by go w tym momencie podniosły na duchu, pocieszyły więc milczy. On również. Patrzą na siebie, ale po chwili dziewczyna czuje jak Mario splata palce jej dłoni, tej, którą trzyma na jego ramieniu, z palcami swojej, po czym chłopak podnosi się i staje. Kolejna łza, która wypływa z jego oka moczy policzek piłkarza, a on pośpiesznie ściera ją rękawem bluzy. 
-Nie musisz...- mówi Emily, a on ponownie na nią patrzy.
-Przepraszam...- mówi zmienionym głosem.
-Nie musisz przepraszać, nie musisz ukrywać łez.- mówi mu dziewczyna.- Przepraszam cię jeśli ci przeszkodziłam. Może chciałeś być sam, każdy czasem potrzebuje wypłakać się w samotności... Powinnam pójść, to ja przepraszam...-mówi.- Miałam jechać do domu, ale coś mnie tu przywiodło, wyjechałam spod twojego domu z zamiarem powrotu do domu, a potem nagle znalazłam się na parkingu i nawet nie wiem kiedy zmieniłam kierunek jazdy...- tłumaczy.- Przepraszam, nie powinnam ci przeszkadzać.- przeprasza po raz kolejni i robi krok do tyłu, żeby odejść, ale on nie puszcza jej dłoni. Emily podnosi wzrok i widzi kolejne świeże łzy wypływające obficie z jego oczu. Już nie powstrzymuje się, tak jak przed momentem. Emily patrzy na niego, pragnie go przytulić, ale nie wie czy powinna. I wtedy słyszy jego słowa.
-Przytul mnie, proszę.- jego głos jest jeszcze niższy niż zwykle, drżący.- Proszę, przytul mnie.- powtarza, a ona po prostu robi to. 
***
Obserwuje z daleka swojego przyjaciela z Emily. Oni nie mają pojęcia, że tu jest, dopiero przyjechał zaalarmowany tym, że Mario nie odbierał telefonów. Domyślił się, że jego przyjaciel jest na cmentarzu. Postanawia zawrócić, a idąc do samochodu wybiera numer do mamy Mario, by ją uspokoić.
-Jest?
-Tak, nie martw się. Jest cały i zdrowy.- odpowiada.
-Jedziecie do domu?
-Nie.
-To gdzie go zabierasz?
-Spokojnie. Zadzwoniłem, żeby powiedzieć, że tu jest, widzę go. 
-Aaa, dopiero idziesz...
-Tak. Połóż się i już się nie zamartwiaj,  Mario jest w dobrych rękach.- mówi z przekonaniem Marco.- Dobranoc.
-Dobranoc. I dziękuję za to, że zawsze czuwasz i jesteś obok, kiedy potrzebuje.- mówi kobieta, a on choć tego nie wypowiada myśli, że nad Mario czuwa już nie tylko on...
***
ciąg dalszy nastąpi...
***
Obiecałam, że nie będzie trzeba czekać tak długo jak ostatnio i udało mi się dotrzymać słowa :) 
Podobał Wam się rozdział???
Komentujcie ! 

wtorek, 26 stycznia 2016

26.Dwa proste słowa...

Marco próbuje rozmawiać z przyjacielem, próbuje, ale nie za bardzo mu się to udaje. Mario jest cichy, za cichy i to go niepokoi. Najpierw nie ma pojęcia co się stało, tego dowiaduje się od żony, bo Mario nie od razu mówi mu, że śniła mu się jego Ann, a właściwie wypadek. Dopiero po tym jak przyjaciel pyta go wprost zaczyna mówić. Jego słowa przerywają łzy, które obficie spływają po policzkach młodszego, a który nawet nie stara się powstrzymać  przed płaczem, bo przecież nie musi, przecież łez nie należy się wstydzić, przecież dla Marco to nie nowość, przecież blondyn widział go w takim stanie wiele razy i pewnie jeszcze wiele razy zobaczy. Co robi Marco? Czy go pociesza? Co mówi? czy mówi?
Marco milczy. Marco nie mówi nic. Marco zna go dobrze i wie, że jemu w tym momencie nie są potrzebne słowa, bo przecież słowa nie uleczą jego połamanego serca, nie zlepią go w całość, nie sprawią, że będzie mniej boleć. Nie przywrócą jej życia...
Słowa otuchy słyszał już bowiem wiele razy. Wie, że przyjaciel chce dobrze, wie, że pragnie, by się podniósł, wie, że zdania, które wypowiadał setki razy, były i zawsze będą szczere, jego wiara, iż Mario da sobie z tym wszystkim radę, jest i zawsze będzie szczera i mocna, jednak w tym momencie nie potrzebuje tego wszystkiego, w tej chwili potrzebuje po prostu wylać z siebie ból i to właśnie robi, po raz kolejny załamując się przy swoim najlepszym przyjacielu, przy swoim bracie, a on po prostu przy nim jest.
***
Nie widzi Mario właściwie przez cały czas, w którym przebywa w jego domu, choć wie, iż chłopak w nim przebywa. Wie, że jest w swojej sypialni jednak drzwi do jego sypialni nie są uchylone, jak to najczęściej bywało wcześniej. Tego dnia są zamknięte. Nie pyta nikogo o to i nikt nic nie mówi. Dziewczyna jednak zauważa zatroskanie rodziców piłkarza oraz zmartwienie wymalowane na ich twarzach. I nie wie tego na pewno, ale podejrzewa, że sen, który śnił Mario tej nocy, kiedy była w jego domu ma coś wspólnego z tym co się dzieje.
***
Obserwuje Marka od rana właściwie i zauważa, po raz kolejny jak mężczyzna zerka w stronę telefonu komórkowego, który leży na szafeczce przy łóżku. Wie dlaczego tam zerka, domyśla się, iż oczekuje on na telefon od swojego kochanka. Telefon jednak milczy uparcie. 
-Martwisz się.- mówi głośno, a Mark patrzy na niego.- Czekasz na jego telefon i przeklinasz w myślach, że nie wydaje z siebie sygnału przychodzącego połączenia.- zauważa.
-Daj spokój, proszę...
-Przyznaj, powiedz to głośno...- namawia go.
-Co mam przyznać?- dopytuje były partner dziennikarza.
-Kiedy tu jest najczęściej próbujesz odsunąć go od siebie, no może z wyjątkiem momentu, w którym powiedział, że jego ojciec nie żyje. Wmawiasz mu,  że powinien dać sobie spokój z tobą... Ale tak naprawdę martwisz się o niego i ci na nim zależy. Bardzo zależy, Mark.- mówi patrząc na niego.- Patrzę na ciebie i to widzę. Widzę to. I mam nadzieję, że on również to widzi, kiedy patrzy na ciebie, nawet w tych momentach, w których twoje słowa tak mocno w niego uderzają.
-Umarł jego ojciec...
-To nie to... Wiem, że umarł jego ojciec, martwisz się o niego również z powodu jego straty, ale to nie to...- twierdzi dziennikarz.- Kochasz go.- mówi.- Ty go kochasz, przyznaj to. I martwisz się.
-Tak, martwię, bo obiecał się odezwać, a milczy. Nie wiesz co przeżył... Ojciec...
-Wiem.- przerywa Markowi, Ricky.- Wiem Mark, powiedział mi.- oznajmia.
-Powiedział ci?- pyta mężczyzna.
-Tak, rozmawialiśmy o tym. Myślę, że podzielił się ze mną tym, co się wydarzyło, bo wiedział od ciebie, że moi rodzice też nie zachowali się zbyt dobrze, choć w porównaniu z jego, moi wypadli całkiem nieźle... Jednak, tak jak ja, jakoś to przeżył i poradził sobie, jak widzę całkiem nieźle... 
-To prawda.- przyznaje Mark.- Jesteście do siebie podobni, wiesz?- mówi, ale kiedy zauważa dziwne spojrzenie, którym obdarza go Ricky natychmiast tłumaczy.-Nie, nie jestem z nim, bo ma podobną osobowość do twojej, bo widzę w nim ciebie. Nie.- zaprzecza.- Nie ma dwóch takich samych osób. Ty jesteś wyjątkowy...
-Mark...- przerywa mu dziennikarz.
-On tez jest... Ty jesteś.- powtarza.- Zawsze byłeś i będziesz, ale ciebie straciłem...
-Nie chcę w ten sposób rozmawiać...
-Pozwól mi dokończyć, Ricky. Pozwolisz?- pyta.
-Proszę.
-Od pierwszego momentu cię kochałem. Od początku. I byłem z tobą szczęśliwy, ale z niezrozumiałych powodów, z głupoty to zniszczyłem. I musiałem się z tym pogodzić. Pogodziłem, choć to trwało chwilę. My.- wskazuje na Ricky'ego i na siebie.- My to przeszłość.- patrzy na dziennikarza.- Tak, kocham go. Masz rację, kocham.- oznajmia.- Naprawdę. I martwię się, bo ta sytuacja jest trudna, tak jak trudna była twoja. Wiem, pamiętam, co działo się po tym, jak wyjechaliśmy, wiem, że choć starałeś się nie pokazywać tego, jak bardzo to wszystko w ciebie uderzyło, starałeś się chować to gdzieś głęboko, to jednak to ciągle tam tkwiło. I byłem pewien, że prędzej czy później coś się stanie, coś, co sprawi, że nie będziesz już w stanie trzymać tego w sobie, tych wszystkich emocji, tego bólu. Z nim jest podobnie. Boję się, że to stanie się teraz, tam. I martwię się, bo mnie tam nie będzie...
Ricky milczy. Patrzy na Marka i widzi, że mężczyzna w tym momencie jest całkowicie szczery, widzi, że porzucił on maskę " zimnego, niedostępnego drania", którą zakładał, bojąc się w ciągu ostatnich dni pokazać swoje prawdziwe emocje i obawy, strach, który odczuwa po tym, co się wydarzyło. W tym momencie maska całkowicie zniknęła.
-On sobie poradzi.- mówi Ricky stanowczo.- Poradzi sobie, bo jest silniejszy niż nam się wydaje.
Mark wierzy słowom dziennikarza. Wierzy, bo przecież Ricky wie o czym mówi- sam był w podobnej sytuacji, choć z tą różnicą, że nie musiał pożegnać jednego, ze swoich rodziców.
-To jesteś ty.- dodaje Ricky.- Teraz przypominasz faceta, jesteś tym facetem, którego znałem, w którym lata temu się zakochałem.  I jestem pewien, że Sebastian właśnie takiego również cię pokochał. Nie zakładaj ponownie tej maski niedostępności, obojętności, kiedy wróci. Nie ma cię tam, ale jesteś tu i on za dwa dni też tu będzie...- podpowiada mu, a Mark lekko się uśmiecha.- Ale myślę jeszcze, że nie tylko ty czekasz na to, aż telefon zadzwoni...- sugeruje. I być może, kiedy Ricky wychodzi do bufetu i zostawia mu w zasięgu ręki telefon, być może otwiera nową wiadomość tekstową, wpisuje numer Sebastiana i dwa słowa w treści tej wiadomości. I być może wciska " wyślij." I być może chłopak, który w tym momencie znajduje się setki kilometrów od niego czytając te słowa czuje ulgę i być może uśmiecha się przez łzy...
***
-Jak się czuje Mario?- pyta Natalie, kiedy przez zupełny przypadek wpadają na siebie w cukierni. Emily właściwie niewiele może jej powiedzieć, jest pewna, że Nat wie wiele więcej od niej samej, ale rozumie dlaczego pyta, przecież Emily niedawno wróciła z domu Mario.
-Nie mam pojęcia, nie widziałam się z nim.- odpowiada.- Wiem, że był w domu, ale pewnie w swojej sypialni.- tłumaczy.
-Nie zszedł na dół?
-Nie.- zaprzecza.- Jego rodzice byli bardzo milczący i zmartwieni, ale nic nie mówili, a ja nie pytałam. Nie chcę być wścibska, właściwie mogliby powiedzieć, że to nie moja sprawa...
-Nigdy by tak nie powiedzieli...
-Mogliby.- mówi Emily.- Ale powiem ci szczerze, że...- przerywa na moment.- Jak on się ma?- pyta.- Mario, o niego pytam, bo wiem, że Marco zapewne...
-Rozmawiał z nim, tak.- potwierdza Natalie.- Ma jeden z tych gorszych momentów.
-Ten sen...- Emily patrzy na nią.- On wołał ją przez sen. Swoją żonę.- tłumaczy.- Śnił mu się...
-Wypadek.- kończy Natalie.- Zresztą nie pierwszy raz, ale już było lepiej i znowu. Cieszyliśmy się, zawsze się cieszymy, jak nie ma tych snów, ale niestety one wracają.- tłumaczy brunetka.- On przeżył tragedię. To jest świeże, choć minęło kilka miesięcy. Będzie świeże jeszcze długo. Ona naprawdę była całym jego światem. 
***
Dwa dni później...
Rozmawiają na temat dalszego leczenia z lekarzem. Są pewne propozycje ze strony mężczyzny w białym fartuchu, który tłumaczy wszystko i informuje o wszystkim. Mark nie chce podejmować decyzji sam, chce poczekać, chce pomyśleć, toteż po chwili lekarz opuszcza pokój. 
-Myślę, że to byłoby dobre rozwiązanie, ale decyzja należy do ciebie.- mówi dziennikarz.
-Porozmawiam z Sebą...- mówi Mark.- Chcę z nim porozmawiać. Wolałbym...
-Zadecydować wspólnie, to zrozumiałe.- zgadza się dziennikarz.- Najpierw musisz mu powiedzieć, co mówił lekarz...
-Powiem, naprawdę to zrobię.- zgadza się.
-O czym mi powiesz?- pada pytanie więc zarówno Mark jak i Ricky odwracają głowy w stronę drzwi, gdzie stoi partner Marka.
-Wróciłeś... Miałeś jutro...
-Nie mogłem...- mówi Seba.- Nie chciałem tam zostać, chciałem być tutaj, z tobą.- wyznaje podchodząc do łóżka chorego. I kiedy Kilkanaście sekund później Ricky cicho otwiera drzwi, by opuścić pokój, by dać im chwilę spokoju, chwilę na rozmowę słyszy słowa, które padają z ust Sebastiana.
-Nie odpisałem na smsa, bo chciałem powiedzieć osobiście. Ja ciebie też, Mark. Ja ciebie też kocham.
Na twarzy Ricky'ego, w tym momencie pojawia się uśmiech i wie on już, że wszystko będzie dobrze.
***
Emily spogląda na małą dziewczynkę śpiącą spokojnie w łóżeczku. Julie przed momentem zasnęła podczas zabawy, więc niania położyła ją do łóżeczka uważając, by jej nie obudzić. Wykorzystując czas, kiedy dziewczynka ucina sobie drzemkę, Emily ma zamiar posprzątać zabawki porozrzucane po podłodze. Nie robi tego jednak od razu, ponieważ uwielbia poświęcić chwilę, by popatrzeć na śpiącą dziewczynkę. Nie wie w którym momencie w pokoju pojawia się ojciec małej. Zauważa jego obecność, kiedy chłopak staje obok. Emily spogląda na niego i od razu zauważa sińce pod oczami oraz bledszą niż zwykle twarz piłkarza. 
-Cześć.- mówi do niej mężczyzna.
-Cześć.- dopowiada.- Jak się czujesz?- pyta.
-Pytasz o moje plecy?- pada pytanie.
-Pytam o plecy i nie tylko o nie.- odpowiada.
-Moje plecy mają się lepiej, a ja...Cóż... Rozmawiałem przed chwilą z twoją mamą...
-Złapałeś ją? Ma takie urwanie głowy, bo ma tak zapchany dzień, pacjent za pacjentem... Nawet nie miała czasu odebrać telefonu, dobijałam się do niej ponad godzinę zanim odebrała...
-Ode mnie odebrała od razu. Myślę, że moja mama z nią rozmawiała i pewnie powiedziała jej, że świruję...
-Co ty mówisz?
-Przepraszam, nie słuchaj mnie...- mówi piłkarz.
-Co się stało? Jesteś zły?
- Na ciebie nie, ale moja mama... Jestem na nią zły. Zasłużyła sobie, naprawdę.
-Co zrobiła?
-Panikuje. 
-Troszczy się, martwi.
-Wiem, ale momentami ta troska, nadopiekuńczość daje odwrotny skutek. Ja naprawdę w tym momencie nie chcę słuchać jak to powinienem odpoczywać, nie przejmować się, bo przecież mam ich, bo oni mi pomogą, bo sam nie jestem w stanie zaopiekować się Jull...
-Jesteś, ale teraz, gdy cię bolało...
-Jej nie chodziło o mój stan fizyczny, bardziej o to, że nie jestem zdolny psychicznie zając się moją córką. Też tak uważasz?- spogląda na nią.- Przepraszam, pytam bez sensu. Przecież obserwujesz i widzisz... Moja mama pewnie ma rację...
-Hej.- przerywa mu.-Twoja mama się troszczy, ale ja nie uważam, że nie jesteś w stanie zając się Jull. Świetnie sobie radziłeś, radzisz i będziesz. Teraz po prostu fizycznie nie możesz, bo przecież nie możesz jej podnosić. Ale jak ci twoi fizjoterapeuci wezmą sprawy w swoje ręce i ból minie, a zastrzyki zrobią swoje, to Julie w końcu będzie tam gdzie najbardziej uwielbia być- w ramionach taty.- mówi szczerze.- Umówiłeś się z moją mamą?
-Tak, za półtorej godziny mam się z nią spotkać.
-Pojedziemy z tobą, co ty na to?
***
Witajcie :)
Wiem, że trochę mnie nie ma tutaj, ale nie ma mnie również w domu więc nie mam możliwości pisać częściej. Wybaczcie. 
Jest późno, powinnam w tym momencie spać, ale postanowiłam jednak posiedzieć, skoro w końcu mogę chwilę poświecić i wrzucić kolejny rozdział, który mam nadzieję, przypadnie Wam do gustu. Oczywiście czekam na opinie w komentarzach. Pozdrawiam:)

czwartek, 31 grudnia 2015

Niech każdy dzień Nowego Roku przynosi  sukces i powodzenie, miłość niech nigdy nie opuszcza Waszych serc, a łzy spływające po Waszych policzkach niech będą wyłącznie łzami szczęścia.
Wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku!
                                                           
                                                                                      życzy
                                                                                marudny elf