wtorek, 19 maja 2015

4. Gdy ból zasłania wszystko...

Kilka dni później.
Pod Kościołem, w którym ma odbyć się Msza pogrzebowa jest tłum ludzi. Pomimo tego, że jakiś czas temu kibice dortmundzkiej drużyny uznali młodego piłkarza za zdrajcę, zaraz po tym jak na jaw wyszło to, iż dogadał się z bawarskim klubem, teraz przyszli tłumnie. Prawda bowiem jest taka, że kiedy emocje opadły nadal go cenią. Zrobił to, co zrobił, może wbił im nóż w serce, ale w tym momencie to nie jest ważne. W tym momencie wszyscy przyszli w to miejsce  w jednym celu, by pożegnać jego żonę, przemiłą dziewczynę, która była zawsze uśmiechnięta, która pomimo tego, że była partnerką znanego piłkarza i znaną  modelką, nigdy nie wywyższała się, nie stawiała się ponad innymi, która chętnie i niejednokrotnie z wieloma z nich rozmawiała przy okazji meczów, na które przychodziła, która była ciepłą i naprawdę miłą osobą. Są tu przede wszystkim dla niej, ale również dla niego.
***
Ciemne BMW podjeżdża pod bramę świątyni. Pierwszą osobą, która z niego wysiada jest gwiazda BvB, a prywatnie najlepszy przyjaciel Gotze. Po kilkunastu sekundach wysiada z niego też żona blondyna, a na końcu on. Ubrany w czarny, dobrze skrojony garnitur, czarną koszulę i tego samego koloru krawat. Na oczach ma okulary, więc ci, którzy przyszli popatrzeć sobie na jego cierpienia, a z całą pewnością wśród tłumu są takie osoby, nie mogą wiele zobaczyć, bo ciemne szkła zasłaniają skutecznie jego oczy. Ceremonia ma być prywatna, media nie zostały zaproszone do Kościoła, jednak pod nim są fotoreporterzy. Polują na jak największą ilość dobrych fotek. Najlepiej dla nich byłoby uwiecznić rozpacz bliskich dziewczyny, co łatwe nie jest, gdyż koło bramy stoi sztab ochroniarzy. Mąż zmarłej w towarzystwie państwa Reus znika za drzwiami świątyni. Chwilę później zjawiają się rodzice Mario, a także jego bracia. Starszy ze swoją dziewczyną. Później podjeżdżają kolejne samochody. Kolejni piłkarze, zarówno z dawnego, jak i obecnego klubu, przyjaciele, zjawiają się, by towarzyszyć modelce w jej ostatniej drodze. Są też Agnes i Ricky. 40 minut później rozpoczyna się ceremonia. Ksiądz mówi piękne kazanie, w którym również wspomina zmarłą, mówi też o miłości modelki i piłkarza, która to w końcu została uwieńczona przed ołtarzem, a która, choć w tragicznych okolicznościach wydała owoc. W oczach wielu ludzi lśnią łzy gdy wsłuchują się w te słowa. Słuchają wpatrując się w małą urnę, stojącą na małym stoliczku. On też patrzy na nią, nie tamuje łez, które od początku ceremonii obficie płyną po jego policzkach. Nie jest w stanie ich zatrzymać, nie chce tego robić, ma do nich prawo. Ma prawo być rozbity, ma prawo czuć się jak gdyby jego życie się skończyło, ma prawo nie słyszeć dokładnie co mówi ksiądz, choć chce słyszeć, ma prawo, bo przecież cierpi. Bo ona odeszła, bo jej nie ma, bo nigdy więcej go nie przytuli, nie pocieszy, nie powie, że go kocha, że jest dla niej najważniejszy. Nie zrobi tego, choć on tak bardzo tego wszystkiego pragnie, tak bardzo potrzebuje. 
Godzinę później są już na cmentarzu. Urna z prochami modelki zostaje umieszczona w grobie. Ksiądz modli się, a on stoi ze spuszczoną głową. Jego oczy znów przesłaniają okulary. Nie chce, by fotoreporterzy zrobili mu zdjęcia w takim stanie. Nie ma ochoty, aby następnego dnia, w każdym domu w Niemczech oglądano jego rozpacz. Nie życzy sobie tego. Jako, że kilka minut wcześniej było mu słabo, obok niego stoją Marco- z lewej strony i jego starszy brat po prawej. Blondyn trzyma dłoń na jego ramieniu. Czując jak przyjaciel bierze głęboki oddech szepce cicho:
-W porządku?-pyta.
Szatyn przytakuje kiwając głową. Po wszystkim musi jeszcze przyjąć kondolencje od przybyłych osób. Robi to jak zaprogramowana maszyna. Powtarza po prostu 
" dziękuję."
Powoli wszyscy się rozchodzą. Zostaje właściwie kilkanaście osób. Stoją nad grobem Ann jeszcze chwilę, a  potem i oni odchodzą, by udać się na stypę. I kiedy obok zostają jedynie Marco  z Natalie oraz rodzice blondyna, a także jego rodzice i bracia nie może dłużej się powstrzymywać. Przykuca przy grobie łkając cicho. Teraz ostatecznie musi się z nią rozstać, pożegnać po raz wtóry. Zrobił to już w szpitalu, potem przed kremacją, ale teraz musi znów to zrobić. Choć w urnie znajdują się już tylko prochy, to nadal jest Ann, jego Ann. Jego żona, która musi zostać w tym miejscu, której prochy spoczęły w ziemi, która w tym miejscu zakończyła swoją drogę. Ona musi zostać, on odejść, ona nie żyje, on musi żyć, choć nie chce bez niej. Tak naprawdę to chce zostać z nią, chce również odejść, chce umrzeć. W tym momencie nie myśli logicznie, po prostu cierpi. 
Pozwalają mu płakać, pozwalają rozpaczać, nie przeszkadzają mu, ale również nie odchodzą. Trwają obok, chcą by czuł, że nie został sam, że ma ich, ma się na kim oprzeć. Bo ma. Mija kilka, kilkanaście, a może kilkadziesiąt minut zanim szatyn się uspakaja. Czuje dotyk na swoim ramieniu. Wstaje z trawnika, na którym klęczał, sam nie wie w którym momencie uklęknął na nim. 
-Musimy jechać.- słyszy głos Marco. Przytakuje skinieniem głowy, a potem bez słowa udaje się do samochodu Marco i Natalie. Drugim autem jadą jego bracia z rodzicami, trzecim rodzice Marco. W drodze do lokalu dostaje ataku paniki, które są czymś normalnym u niego po wypadku. Wydaje mu się, że na jego klatce piersiowej zaciska się jakaś obręcz, a jemu brakuje tlenu. Nachyla się do przodu chcąc złapać oddech. Marco każe zatrzymać się kierowcy. Samochód staje koło parku. Dwaj mężczyźni wysiadają. Mario biegnie w stronę drzew. Jest mu niedobrze. Kiedy przyjaciel staje koło niego, podaje mu papierowy ręcznik i butelkę wody mineralnej. Bierze to od niego z wdzięcznością. Płucze usta, a potem moczy sobie ręce i myje twarz. Wyciera się papierowym ręcznikiem. Prostuje się,  następnie odwraca do przyjaciela twarzą, a ten kładzie dłoń na ramieniu szatyna:
-Już lepiej?- pyta z troską.
-Tak, dziękuję. Już nie chce mi się wymiotować.-odpowiada.
-Jedziemy?
-Tak.
Wracają do auta. Wszystko co dzieje się później jest dla niego trudne. Widzą to wszyscy, więc po obiedzie postanawiają dać mu odpocząć więc dziękują i rozchodzą się do swoich domów. 
***
Jak wygląda życie kogoś, kto stracił najważniejszą osobę? Jest puste, pozbawione barw, przepełnia je tęsknota za ukochaną i złość na Boga, ze nie sprawił cudu. Codzienność jest szara, przepełniona goryczą, żalem. Zwykłe czynności stają się niewykonalne, nie wtedy, kiedy ten ogromny ból wypełnia całe ciało. I ta bezradność... Gdzież jest ta siła, samozaparcie, które jeszcze jakiś czas temu cechowały go na bpisku? Gdzież wiara, która zawsze pozwalała mu się podnieść po ciężkich chwilach? Uleciały, umarły razem z nią? To on nie wierzy w to, że jeszcze żyje. Bo on czuje się martwy. Jest martw w środku. Jedynymi uczuciami, które towarzyszą mu od śmierci żony jest beznadzieja i bezradność. I pustka. Leży w swoim łóżku, w swojej sypialni w rodzinnym domu. Tak, to tutaj zamieszkał. U rodziców. Wiedział bowiem doskonale, że nie może mieszkać sam z córką. Nie teraz, nie w tym momencie. Nie poradziłby sobie z opieką nad nią. Prawda jest taka, że jego rodzice zajmują się małą Julie. Nie zajmuje się nią, nie dlatego, iż jej nie kocha, bo kocha całym sobą, on często nie ma siły wstać z łóżka. Taki  stan trwa już wiele dni. Są dni, kiedy nie wychodzi ze swojej sypialni, praktycznie nie wstaje z łóżka, nie licząc wyjść do toalety, czasem nie je. Nie ma na nic siły. Nie słucha, gdy rodzice nalegają, by poszedł do psychoterapeuty. Zawsze odmawia. On nie chce rozmawiać o tym, co czuje, nie z obcą osobą. Nie chce odpowiadać na głupie pytania typu : Jak sobie radzi?, bo sobie nie radzi. 
***
Ogląda zdjęcia, które ma w swojej komórce. Ann na każdym z nich jest uśmiechnięta, promienieje wręcz. Na niektórych fotkach ma mały brzuszek, ale pomimo to, że jest jeszcze niewielkich rozmiarów, trzyma na nim swoje dłonie jakby w geście ochronnym. Poza tym jest dumna z tego, iż nosi w sobie dziecko. Piłkarz pamięta każdą z tych uwiecznionych na zdjęciach chwil.  To on je robił, naprawdę często brał do ręki komórkę i po prostu uwieczniał wiele momentów. Jest na nich Ann  jeszcze śpiąca, z rozrzuconymi po poduszkach włosami, bo frotka, którą miała na włosach podczas snu, jakimś cudem się zsunęła. Jest tam również jego kobieta po przebudzeniu, ale z uśmiechem na twarzy. Pamięta jak wołała do niego, żeby przestał robić jej zdjęcia kiedy śpi, lub dopiero się budzi, bo wtedy dziwnie wygląda, jej włosy są w nieładzie i nie wygląda zbyt ładnie- mawiała. Zawsze wtedy odpowiadał, że jest najpiękniejsza, że taką właśnie ją kocha, a ona jeszcze promienniej się wtedy uśmiechała. Znajduje na karcie również fotki Ann stojącej w samej bieliźnie przed lustrem, patrzącej na swój zaokrąglony już znacznie brzuszek i znów uśmiechającej się na ten widok. Pamięta, ze uwielbiała patrzeć  jak jej brzuch staje się coraz większy. Nigdy nie usłyszał od niej słów, że jest za gruba, że boi się, iż po ciąży jej ciało nie będzie już takie samo jak przed nią, że przestanie mu się podobać, przestanie patrzeć na nią z zachwytem. Ann nie marudziła, była zachwycona wręcz zmianami zachodzącymi w jej ciele. Nawet raz zapytał ją o to, a ona po prostu się roześmiała i stwierdziła, że nie może patrzeć w ten sposób, przecież najważniejsze jest dziecko, które rozwija się w jej łonie, a resztą będzie martwić się po porodzie. Wiedział, że to zmartwienie nie będzie zbyt duże, jego kobieta bardzo dbała o siebie, nie jadła niezdrowych rzeczy ze względu na dziecko, ale i na siebie. W końcu dochodzi do zdjęć, które zrobiła Ann... Są na nich obydwoje, właściwie troje, jeśli liczyć dzidziusie znajdującego się w brzuchu modelki. Na tym zdjęciu jego kobieta jest w samej bieliźnie, stoi bokiem do lustra, trzyma telefon, a on jest nachylony, trzyma obie dłonie na jej brzuszku i go całuje. Przypomina sobie, iż często tak robił, nawet bardzo często. Uwielbiał przytulać Ann, uwielbiał gdy siedziała oparta o jego tors plecami, a on mógł gładzić jej okrągły brzuszek, czuć ruchy dziecka. Był wtedy tak bardzo szczęśliwy... 
I często w takich momentach się wzruszał, ale przecież miał przy sobie dwie najważniejsze i najukochańsze dle niego osoby- żonę i dziecko, które nosiła pod swoim sercem. 
Im więcej patrzy, tym więcej łez wypływa z jego oczu. Niekiedy zastanawia się dlaczego one jeszcze płyną, przecież poprzedniego dnia, który też zakończył płacząc, wcześniejsze również, wydawało mu się, że już wypłakał wszystkie. On właściwie ciągle płacze, są dni, że praktycznie nie przestaje. Przesuwa palcem po wyświetlaczu i patrzy na kolejne fotografie. Jego umysł zalewają obrazy pięknych chwil, które spędził z Ann. I on już nie płacze, a raczej wyje, po raz kolejny rozpada się na kawałki. Łka głośno, bo nie może tego powstrzymać. Nie umie. Po chwili jest mu źle oddychać więc siada, opiera się plecami o wezgłowie łóżka, podciąga kolana pod klatkę piersiową, po czym obejmuje je rękoma. Tak znajduje go mama. Nie jest zaskoczona, codziennie go takiego widuje. Po prostu siada obok niego i przytula mocno:
-Spokojnie...- gładzi dłonią jego plecy.- Spokojnie kochanie. Już dobrze, wszystko będzie dobrze.- szepce mu słowa otuchy, ale on w nie nie wierzy. 
-Mamo... Nie chcę... ja... nie chcę... żyć bez... bez niej.- łka jej syn, a ona w tym momencie czuje się bezsilna. 
-Nie możesz tak mówić, nie możesz tak myśleć. Jesteś jej potrzebny, jesteś potrzebny Julie. Przecież tak bardzo ją kochasz.- tłumaczy cierpliwie. Jedyną jego reakcją jest wysunięcie się z matczynych ramion, po czym chłopak idzie w stronę łazienki.
-Mario dokąd idziesz?- pyta rodzicielka piłkarza.
-Zostaw mnie mamo, chcę być sam.
-To nie jest dla ciebie dobre... Ciągle jesteś sam, jest gorzej.- wstaje i podchodzi do niego, zatrzymuje go.
- Kochanie nie możesz...
-Pozwól mi płakać...
-Płacz, ale nie zamykaj się, pozwól nam być przy tobie...
-Przepraszam, niedobrze mi...- znika za drzwiami łazienki. Jego mama zostaje na zewnątrz, bo Mario zamyka się  w środku. Nie chce, by musiała patrzeć na niego w takim stanie.
***
-Słucham.- mówi Marco odbierając telefon.
-Cześć Marco.- mówi mama jego przyjaciela.- Mógłbyś przyjechać, proszę.
-Oczywiście, że mogę.- zgadza się natychmiast.-Co się dzieje?- pyta.
-Muszę iść z Jull na kontrolę do ortopedy, a Mario jest w nienajlepszym stanie. Nie chcę, aby był sam, jego ojciec wróci za półtorej godziny dopiero... Przepraszam, że ciągle proszę cię o coś...- wzdycha kobieta.
-Nie masz przecież za co przepraszać...
-Tak bardzo się o niego boję...- szepce kobieta, jej głos się łamie i po chwili Marco słyszy jak mama Mario po prostu płacze do słuchawki.
-Jest gorzej niż wczoraj prawda?- pyta blondyn ubierając koszulę. Natalie patrzy na niego ze smutkiem, bo zapewne domyśla się co się dzieje.
-Ciągle mówi, że nie chce bez niej żyć, a ja się boję... Boję się, że on coś sobie zrobi.- szepce.
-Mario nie jest samobójcą. On kocha Julie. Nie zrobi sobie krzywdy, tego jestem pewien.- stara się ją uspokoić.- Już jadę.- zapewnia.-Będę za chwilę.
I jedzie. Po pojawieniu się w rodzinnym domu przyjaciela najpierw rozmawia z jego mamą, uspakaja ją, a potem idzie na górę. Drzwi do sypialni przyjaciela nie są zamknięte więc wchodzi do środka. On sam leży na łóżku. Ma opuchniętą twarz, przekrwione oczy i nieobecny wzrok.  Marco stawia na szafce nocnej kubek melisy i siada obok chłopaka:
-Jeszcze jest gorąca, ale jak przestygnie to ją wypijesz, dobrze?- mówi do niego.
-Co to jest?- słyszy pytanie.
-Nic strasznego, po prostu melisa.-odpowiada skrzydłowy.- A jak już się napijesz to wyjdziemy na zewnątrz, może do ogrodu.- proponuje.
-Marco...- wzdycha szatyn.
-Wiem, że nie masz ochoty się ruszać, ale potrzebujesz świeżego powietrza, potrzebujesz wyjść z tego pokoju...- próbuje go przekonać.
-Nie potrzebuję, nie chcę, nie mam siły wstać... Zrozum...
-Ja to wiem, naprawdę rozumiem, ale nie mogę pozwolić na to, byś ciągle tu tkwił. To nie pomaga Mario, zdajesz sobie z tego sprawę.- mówi.
-Daj mi spokój, proszę.- słyszy blondyn.
-Nie mogę tego zrobić, ty też byś tego nie zrobił na moim miejscu. Nie zrobię tego nawet jeśli mnie wyrzucisz, choć wolałbym byś nie próbował nawet tego robić. Ostatnią rzeczą, o jakiej marzę jest szarpanie się z tobą...
Następuje cisza. Nie jest niekomfortowa ani dla jednego, ani dla drugiego z mężczyzn. Marco wie, że nie zawsze potrzeba słów, czasem wystarczy czyjaś obecność, więc po prostu jest, siedzi w jego pokoju, na jego łóżku. Milczą. Później przypomina sobie o herbacie więc bierze kubek z szafki, po czym spogląda na przyjaciela:
-Proszę, powinna być dobra.- mówi wskazując na kubek.
-Nie chcę, pewnie i tak za moment ją zwrócę...- marudzi Mario.
-Miejmy nadzieję, że nie. Nie zaszkodzi spróbować.- namawia go blondyn więc szatyn siada na łóżku, bierze kubek, bo wie, iż Marco nie ustąpi. Upija łyk, a potem pije kolejny.
-Jadłeś coś?- pyta.
-Mama wmusiła we mnie zupę, ale...
-Twój żołądek zwrócił wszystko tak?- dokańcza za niego Marco.
-Nie od razu, ale nie minęło zbyt wiele czasu od kiedy ją zjadłem.- przyznaje patrząc na przyjaciela.
-Jeśli tak dalej będzie to będziesz musiał iść do lekarza.- stwierdza skrzydłowy.- To nie jest normalne, że zjesz coś i wymiotujesz.
-Płakałem...- wydusza z siebie Mario.- Nie zwymiotowałem ot tak, po prostu obejrzałem zdjęcia Ann i...potem nie mogłem oddychać normalnie, zrobiło mi się niedobrze...
Marco wszystko rozumie.
-Chodź, pójdziemy na dół, posiedzimy w ogrodzie, może coś zjesz co?
-Zgadzam się na ogród, ale proszę nie wmuszaj we mnie jedzenia.- patrzy na blondyna.
-Dobra, ale potem wypijesz koktajl. Przygotuję.
-Ok, niech będzie.- zgadza się szatyn, a Marco wie, że to mały postęp.
***
Jak Wam się podoba? 
Komentujcie.
10 komentarzy- kolejny rozdział.
***

5 komentarzy:

  1. jest mały problem :/ nie wzięłaś pod uwagę, że jeśli piszesz takie smutne rozdziały, a my na nich po prostu ryczymy, to przez łzy zlewają mi się literki i trudno nam się czyta :'D oczywiście żartuję, ale taka jest prawda, czuję, że na tym opowiadaniu wyleję najwięcej łez, tak strasznie żal mi Mario, dobrze, że zamieszkał u rodziców i ma wsparcie od rodziny i przyjaciół, piszesz tak bardzo realistycznie, że jestem w stanie uwierzyć, że to dzieje się na prawdę, jak pomyślę sobie, że takie sytuacje się zdażają... to płaczę jeszcze bardziej, ciekawi mnie co słychać u dziewczyny po przeszczepie? jestem pewna, że jeszcze nie raz o niej tutaj przeczytamy, pozdrawiam :')

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z komentarzem wyżej.:) Po prostu to opowiadanie jest genialne,nie wiem ile razy już to pisałam,ale to prawda.:D Jak widzę,że dodałaś coś to zamykam się w pokoju i wiem,że będę płakać,a nie chce,żeby ktoś to widział.Nie nadążam wycierać policzków,bo zaraz są znów mokre.Myślę,że nie raz jeszcze będę płakać na rozdziałach przez Ciebie dodanych.Mam nadzieję,że w kolejnych rozdziałach Mario będzie w coraz lepszej formie i nie zapomni,że ma przy sobie bliskich,którzy go kochają i wspierają,a przede wszystkim jest jeszcze jego mała córeczka.Dziewczyna po przeszczepie,coś tak przeczuwam ,że ona wprowadzi dużo zmian w życiu piłkarza.Pozdrawiam gorąco i czekam na kolejny :3

    OdpowiedzUsuń
  3. I znów płacze, kurcze to co piszesz jest niesamowite, to jak opisujesz uczucia bohaterów, sa takie prawdziwe. Nie da się nie płakać...Dobrze, że Mario ma przy sobie bliskich, którzy go wspierają, musi przetrwać te ciężki chwile i dzięki bliskim poradzi sobie ze wszystkim. Czekam bardzo niecierpliwie na kolejny, pozdrawiam serdecznie Daria :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie będę orginalna bo napiszę ,że ryczę no ale tak jest:( Mario musi się ogarnąć nooo! Nie może się poddać teraz ,gdy ma Julie :(( Dobrze ,że chociaż słucha się w jakimś stopniu Marco... Mam nadzieję ,że on się ogarnie i wszystko będzie dobrze w kolejnych rozdziałach:(
    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do mnie -
    http://nieryzygnujnigdyzmarzen.blogspot.com/ :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękny <3 Podpisuje się pod komentarzami wyżej, też mam łzy w oczach. Biedny Mario, tak strasznie strasznie mi go szkoda. Mam tylko nadzięję, że z pomocą przyjaciół po jakimś czasie wróci do życia.
    Czekam na następny (wtedy przygotuje sobie chusteczki)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń