sobota, 10 października 2015

19. Pomysł...

Stara się jak najszybciej dotrzeć na miejsce, do przychodni, w której jest umówiony z pediatrą. Julie od pół godziny płacze bez przerwy. Bez wątpienia jest chora, ponieważ ma gorączkę. Nie ma pojęcia co dokładnie jej dolega, jednak ma nadzieję, że za kilkanaście minut wszystkiego się dowie od lekarza. Płacz córeczki sprawia, jej cierpienie sprawia, że jemu też chce się płakać, bo naprawdę chciałby jej ulżyć, ale nie ma pojęcia jak.
-Jeszcze moment maleńka i wszystkiego się dowiemy. Jeszcze moment okruszku.- mówi do niej z czułością.
Może 7 minut później parkuje na parkingu przed kliniką, po czym bierze na ręce córeczkę i udaje się do budynku. Kiedy staje przy ladzie rejestracji, patrzy na niego wiele par oczu. Julie płacze, choć już nie tak histerycznie, jak jeszcze w domu, gdy ją próbował ubrać.
-Jestem umówiony z dr. Smith.- mówi do młodej kobiety znajdującej się za ladą rejestracji. 
-Już sprawdzam.- mówi dziewczyna. Nie pyta nawet o nazwisko, Mario domyśla się, iż nie musi. Zna go jak połowa, a może nawet więcej ludzi w tym mieście i pewnie w całych Niemczech.- Proszę iść do gabinetu nr 12.- mówi mu uśmiechając się może zbyt szeroko jak na jego gust.
-Dziękuję.- odpowiada tylko odchodząc.
Chwilę później rozmawia z lekarką, która bada jego córeczkę. Pani doktor wyjaśnia, że to najprawdopodobniej infekcja wirusowa, ale prosi go, by poszedł do laboratorium, by panie laborantki mogły pobrać Julie krew na badanie. Robi to. Oczywiście jego córka nie jest zadowolona, iż kręcą się przy niej obce osoby, dotykają ją i kłują. Jej płacz staje się głośniejszy. Wychodząc z laboratorium zostaje zapewniony,iż wyniki będą do pół godziny. Tuli córeczkę składając pojedyncze, małe pocałunki na jej główce, czole, czy policzkach, stara się ją uspokoić, na ile się da. Niewiele działa. Julie płacze i Mario wydaje się, iż w najbliższym czasie nie ma zamiaru przestać. To zrozumiałe, jest chora, ale ten płacz łamie mu serce. Uwielbia swoją córkę, kocha ją nad życie i jak każdy rodzic, chciałby, by nie cierpiała, a w tym momencie niewątpliwie cierpi. Podchodzi do okna, odwraca się z nią w stronę szyby, po czym zaczyna przestępować z nogi na nogę kołysząc ją. Dziewczynka jest wtulona w ramiona ojca, a on delikatnie kołysze nią.
-Mój maleńki okruszku wytrzymaj jeszcze moment.- szepce do jej ucha.- Jeszcze moment Jull. Ci, ci, ci...
Nie zaprzestaje kołysania, bo stwierdza, iż płacz jego córeczki jest odrobinę cichszy, jednak tylko odrobinę, ale dobre i to. Domyśla się, iż dziewczynka zmęczyła się łkaniem. On też jest zmęczony jej płaczem i pragnie, by przestała, by nie wylewała już łez ze swoich maleńkich oczu. Chce ją zobaczyć tak jak zwykle uśmiechniętą. 
-Kocham Cię, maleńka.- wyznaje cicho.-Jesteś wszystkim, co mam.
***
Idąc chowa do torebki wyniki swoich badań. Jest zadowolona, bo są dobre, a nawet bardzo dobre. Idąc uśmiecha się sama do siebie, oraz do ludzi, których mija. Cieszy się, bo dlaczego miałaby się nie cieszyć? Żyje, ma się dobrze i wszystko wskazuje na to, że tak będzie w przyszłości. Idzie korytarzem, mija kilka osób, a potem słyszy łkanie dziecka. Jej spojrzenie trafia na znaną jej sylwetkę stojącą przy oknie, wprawdzie tyłem, ale wydaje jej się, że to Mario. Postanawia podejść i się przekonać. 
-Cześć.- mówi będąc na tyle blisko, by usłyszał. Chłopak spogląda w stronę, z której dobiegł go głos. Rozpoznaje osobę, która się z nim przywitała.
-Cześć.- odpowiada nie przestając kołysać swojej córeczki siląc się na mały uśmiech, ale ten nie za bardzo mu wychodzi.
-Co się dzieje?- pyta spoglądając na dziewczynkę. Na twarzy piłkarza również wymalowane jest zmartwienie.- Jest chora?- pyta.
-Tak, przed momentem byliśmy w laboratorium i czekamy na wyniki. Pani doktor twierdzi, że to wirus, jednak chciała zobaczyć wynik badania krwi.- tłumaczy jej szatyn.- Marzę o tym, aby stąd wyjść.- dodaje mężczyzna.
-Nie dziwię się, ja też nie lubię takich miejsc.- mówi dziewczyna, choć domyśla się, z jakiego powodu piłkarz ma awersję do szpitali.-Jull...- zwraca się do dziewczynki Emily.- Biedactwo...- dotyka jej małej dłoni, a dziewczynka spogląda na nią kwiląc.- Cześć maleńka.- grucha do dziecka Em.-Nie płacz, skarbie. 
Dziewczynka przez moment kwili ciszej interesując się dziewczyną, która do niej mówi i głaszcze jej maleńką dłoń. Ktoś trzaska drzwiami i mała znów zaczyna łkać głośniej. Mario wzdycha cicho po czym spogląda na zegarek.
-Może te wyniki już są, pójdę sprawdzić.- odzywa się.- Przepraszam cię, ale muszę...
-W porządku, rozumiem...- odpowiada dziewczyna, po czym dodaje.-Może ją wezmę?- proponuje Emi spoglądając na chłopaka.
-Nie, może lepiej nie. Jest rozdrażniona, może gorzej płakać, a naprawdę tego nie chcę. Płacze już kilkadziesiąt minut i ona ma dość i ja. Nie umiem jej ulżyć, a ona nie potrafi się uspokoić.
- To z powodu choroby. Zaproponowałam, bo pomyślałam po prostu, że nie musiałbyś z nią biegać po tych korytarzach. Mógłbyś też  iść z tym wynikiem i porozmawiać z lekarką na spokojnie, bo jak ona będzie płakać to nie za bardzo się dogadacie.- tłumaczy dziewczyna, a on wie, że ma dobry pomysł, jednak nie jest pewien, czy jej córce również się spodoba. Nie wie czy chce próbować.
-Masz rację, ale nie wiem czy nie będzie gorzej jak spróbuję odkleić ją od siebie.- patrzy na Emily.
Emily gładzi policzek małej po czym wystawia do niej ręce. 
-Pójdziesz do mnie?- pyta małej dziewczynki. Najpierw nie reaguje pochlipując, ale po kilku sekundach jednak wyciąga rączkę. Em wykorzystuje ten moment, aby wziąć ją na ręce od Mario. I mała nie płacze bardziej, dlatego on po prostu zachęcony kiwnięciem głowy od Emily, która w tym momencie przytula jego córeczkę, idzie do laboratorium, a w końcu do pediatry. Faktycznie na spokojnie może odebrać receptę i zadać wszystkie pytania, które mu się nasuwają. I kiedy pojawia się znów przy Emily i Julie zauważa, iż płacz ucichł, a mała śpi wtulona w ramiona córki Alice. Jest zaskoczony. Jest nawet bardziej niż zaskoczony.
-Jak tego dokonałaś?- pyta.
-Nic nowego nie zrobiłam, po prostu chyba tak się zmęczyła łkaniem, że w końcu zasnęła.- pada odpowiedź.
-Emily...
-Słucham?
-Możesz jeszcze moment z nią zostać, a ja pobiegnę do apteki wykupić lekarstwa?- pyta chłopak.- Przepraszam, pewnie się śpieszysz...
-Nie przepraszaj, nie śpieszę się i właśnie miałam ci to samo zaproponować. Szkoda byłoby ją teraz przekładać i budzić.
-Dziękuję.- mówi z wdzięcznością.- Zaraz wracam.
-Spokojnie, ja naprawdę nigdzie się nie śpieszę.- pada odpowiedź.
*** 
Spacerują parkową alejką. Park znajduje się niedaleko szpitala, w którym przebywa ojciec Ricky'ego i niedaleko hotelu, w którym obecnie mieszkają. Agnes obserwuje swojego chłopaka, który uśmiecha się, jego rysy twarzy są łagodne, nie ma już zmartwienia ani napięcia wymalowanego na twarzy. To bez wątpienia ją cieszy. Właściwie od momentu w którym go poznała widywała go szczęśliwego, uśmiechającego się, śmiejącego w głos. Jednak teraz, kiedy jego sytuacja rodzinna się wyprostowała, ten uśmiech jest inny, pełniejszy. Oczy jej chłopaka nie kryją już bólu, czy urazy.
-Kochanie, mówię do ciebie.- głos Ricka przerywa jej zamyślenie.- O czym tak intensywnie myślisz, że w ogóle nie słuchasz co mówię?- pada pytanie ze strony dziennikarza.
-Raczej o kim?- poprawia go, a na jego twarzy maluje się ciekawość.
-Znam go?- pyta Ricky.- Bo to jakiś mężczyzna zaprząta twoje myśli, prawda?- dopytuje.
-Tak, to zdecydowanie mężczyzna.- odpowiada agentka.- I zdecydowanie go znasz.- patrzy na niego mówiąc te słowa.
-Zdradzisz kim on jest?
-Tak, to żadna tajemnica.- uśmiecha się blondynka.- Myślę o tobie.- mówi.- A ty myślałeś, że o kim?- pyta.
-Miałem cichą nadzieję, że to ja jestem w twoich myślach, ale istniały jakieś małe szanse, iż to może być ktoś inny, dlatego wolałem zapytać.- na jego twarzy również pojawia się uśmiech.-Cieszę się bardzo, że to ja.
-To zawsze będziesz ty.- mówi Agnes.- Już zawsze.- wyznaje, a on rozkłada ramiona i kilka sekund później ona stoi wtulona w niego na środku alejki parkowej, gdzie wszyscy mijający ich mogą na nich patrzeć. I jest kilka, a może kilkanaście par oczu, które wpatrują się w nich z zaciekawieniem, ale Agnes i Ricky'emu ciekawskie spojrzenia nie przeszkadzają, bo oni zajęci są sobą. Nie robią przecież nic złego, po prostu przytulają się w parku, bo w tej chwili właśnie tego potrzebują.
-Kocham cię.- szepce chłopak w jej włosy.
-Kocham cię.- pada odpowiedź.- I cieszę się, że nareszcie jesteś w pełni szczęśliwy.
-Jestem, ale mogę być jeszcze szczęśliwszy i to ty możesz kiedyś dać mi jeszcze więcej szczęścia, wiesz?- odzywa się mężczyzna.
-Jak mam to zrobić?- Agnes lekko odsuwa się od niego, by móc spojrzeć mu w oczy.
-Dowiesz się, niebawem.- obiecuje.- Niedługo.- składa pocałunek w jej włosach.-Moje szczęście jest i już zawsze będzie ściśle powiązane z tobą, kochanie. Tak jak może życie. Jesteś moim wszystkim.- wyznaje dziennikarz, a ona po prostu się uśmiecha, ponieważ naprawdę uwielbia, kiedy jej mężczyzna mówi jej takie słowa. To najpiękniejsze wyznania miłości.
***
Emily pojawia się w domu dużo później niż zaplanowała, ale nie jest z tego powodu smutna. Wie natomiast, iż jej rodzice na pewno zastanawiali się, dlaczego nie wróciła zaraz po odebraniu badań. Uprzedziła ich, że wróci później, bo logiczne było, iż gdyby tego nie rozbiła, to mogliby pomyśleć, że badania nie są zadowalające, nie chciała, by się bali, dlatego wysłała krótkiego sms-a. 
Gdy pojawia się w salonie obydwoje siedzą na sofie popijając kawę.
-Cześć.- mówi uśmiechając się.
-Cześć córeczko.- mówią zgodnie.- Wszystko w porządku?
-Tak, w jak najlepszym.- pada odpowiedź, po czym dziewczyna siada obok swojego ojca.- Badania wyszły świetnie.- chwali się.
-Cudownie.- jej ojciec obejmuje ją po czym przytula.- Nie spodziewaliśmy się złych wieści.
-Ja też byłam spokojna, jednak musiałam sprawdzić.
-Nie wróciłaś na obiad.- zauważa Alice.
-Nie wróciłam. W klinice spotkałam Mario z Julie.
-Coś się stało?
-Julie jest chora. Niby nic poważnego, jakiś wirus, ale ma wysoką temperaturę, jest też bardzo rozdrażniona i płaczliwa. Płakała bez przerwy przez kilkadziesiąt minut, raz mocniej, raz mniej, ale ciągle. Mario nie mógł jej uspokoić. Kiedy ich spotkałam, czekali na wynik z laboratorium. Zaproponowałam, że zostanę z nią, bo wiadomo, że z płaczącym dzieckiem ciężko się skupić, a on chciał porozmawiać z pediatrą. Zasnęła zanim wrócił, a potem, kiedy wrócił z apteki i ją wziął, ona znów zaczęła płakać i wyciągała do mnie rączki więc nie mogłam sobie pójść. I tak oto znalazłam się u nich w domu. Jull nie chciała w ogóle iść do niego i chyba było mu strasznie przykro z tego powodu. Daliśmy jej syrop, a chwilę później zasnęła.Wyszłam chwilkę później.- skończyła swą opowieść.-Mamo?
-Tak?
-Mario szukał opiekunki dla Jull, prawda?
-Tak, to prawda, ale nie znalazł.
-Szuka nadal?- dopytuje.
-Nie wiem, zdaje się, że dzwonił do tego biura i powiedział, by nadal szukano. A dlaczego pytasz?- Alice spogląda na swoją córkę.
-Bo tak sobie pomyślałam...-spogląda na rodziców.- Mam urlop na uczelni, mogłabym...- Dwie pary oczu wpatrują się w nią uważnie.- Może ja mogłabym zostać jej opiekunką.- mówi.- Co myślicie?- wpatruje się w nich pytająco, a oni milczą.
***
Łapcie kolejny. Spodziewaliście się? Wiem, że niektóre z Was tak :)  
Mario się zgodzi?
Komentujcie.
Ps. Powiedzcie mi czy to opowiadanie się Wam znudziło, że doczekałam się dwóch komentarzy? 
Oczywiście dziękuję osobom, które znalazły czas i chęci przede wszystkim, by napisać parę słów. Dzięki wielkie. 

wtorek, 29 września 2015

18. Zawątpienie...

Właściwie nie pokłócił się ze swoją mamą, to nie była kłótnia, ale krótka wymiana zdań. Oczywiście mieli odmienne zdania, ale póki co, to on, w tej kwestii, w której się nie zgodzili, ma ostatnie zdanie. To on jest ojcem Jull, on decyduje. Wie o co chodziło jego mamie, ale i tak postanawia na swoim. Ma zamiar poszukać dla córeczki jakiejś opiekunki, na parę godzin  dziennie, bo przecież jego mama pracuje, a on trenuje i coraz częściej te dwie rzeczy zbiegają się w czasie z różnych powodów.
***
-Mario szuka opiekunki dla Julie?- pyta Natalie wychodząc z łazienki. Dziewczyna ma na sobie jedynie krótką koszulkę nocną, jej mąż lustruje jej ciało. Nie od razu odpowiada.- Kochanie pytałam o coś.- mówi malarka.
-Tak, słyszałem. Tak, Mario szuka niani na kilka godzin dziennie dla swojej córeczki. Ostatnio zdarzyło się kilka razy, że jego mama musiała przyjść za koleżankę do pracy, no i w tym czasie nie mogła zająć się małą, a Mario miał trening.- odpowiada Marco.-Jego mamie nie do końca podoba się jego pomysł, choć niedawno kiedy o tym mówił, była tego samego zdania co on. Teraz jak przyszło szukać opiekunki zmieniła zdanie. Posprzeczali się o to. 
-Myślę, że nic złego się nie stanie jak Julie będzie przez kilka godzin z opiekunką, wtedy kiedy oczywiście będzie potrzeba.
-Też tak myślę, ale mama Mario już nie. Ja wiem, że ona się martwi jak Julie przyjmie obcą osobę, bo sama wiesz, że ona niekoniecznie lubi osoby, których nie zna, ale wydaje mi się, iż się przyzwyczai, o ile to będzie ktoś przyjemny.
-Mario nie zostawi córki z kimś, kto nie jest miły i kompetentny. Jestem pewna, że on prześwietli tę osobę na wylot. Jeśli chodzi o dobro Jull, to jest nadopiekuńczy.
-Zdecydowanie to prawda, ale go rozumiem, bo mam tak samo, kochanie. 
Żona piłkarza układa się obok niego w łóżku. Przekręca się na bok, tak by być twarzą do blondyna.
-Wiem, o tym kochanie. Ty również bywasz nadopiekuńczy, ale lubię, że się troszczysz. 
Nie rozmawiają już więcej. Ich usta łączą się w delikatnym pocałunku.
***
Ten dzień nie należy do łatwych i przyjemnych. Jest zrezygnowany, spotkał się z kilkoma potencjalnymi kandydatkami na opiekunkę dla swojej córki. Wszystkie niby miały być sympatycznymi osobami z doświadczeniem, ale okazało się, że nie do końca tak jest. Dwie panie sam odrzucił, następnych trzech nie zaakceptowała jego córka, jeśli w ogóle można mówić o tym, że małe dziecko jest w stanie kogoś lub coś zaakceptować. Obserwował jak próbują udobruchać małą, kiedy ta jawnie pokazywała, że nie chce ich uwagi, nie chce iść do nich na ręce. Starały się, to piłkarz musi przyznać, jednak Julie nie była pozytywnie nastawiona, najpierw była rozdrażniona, a potem kończyło się na płaczu we wszystkich trzech przypadkach.I takim oto sposobem został bez opiekunki. Zadzwonił oczywiście do biura i zgłosił, by szukano mu nadal opiekunki do dziecka.
***
Prowadzi przyjemną konwersację z koleżanką, która pracuje w rejestracji u jej mamy, kiedy zjawia się Mario. Nie jest sam, ma w ramionach swoją małą córeczkę. Wita się z nimi, po czym Emily uśmiecha się do Julie, wita się z nią wyciągając do niej dłoń, którą ona od razu łapie. Mario obserwuje. Jego córka bez wątpienia wybiera sobie ludzi, których lubi, bo przecież Emily też nie zna za dobrze, a praktycznie od pierwszego momentu ją zaakceptowała, a pan, które starały się o posadę niani, nie i już. Nie wie dlaczego, ale w tym momencie nie ma czasu się nad tym zastanawiać. Alice zjawia się w recepcji z pacjentką, która właśnie wyszła z jej gabinetu.
-Cześć Mario, cześć Julie.- wita się z nimi lekarka.- Zapraszam.- wskazuje na gabinet.
-Przyszedłem przełożyć, mam Julie, a ona dziś nie ma dobrego humoru więc na pewno nic z sesji nie wyjdzie. Przepraszam, ale moja mama kolejny raz musiała zastąpić koleżankę, więc nie mogła zostać z moją córką.- tłumaczy.
-Jeśli się zgodzisz, to ja mogę się chwilę nią zająć.- z ust Emily pada propozycja. Piłkarz spogląda na dziewczynę. 
-Nie chcę zawracać ci głowy.- stwierdza.
-Przecież chętnie się nią zajmę.- mówi dziewczyna.- Julie idziemy?- wyciąga dłonie do dziewczynki, a ona bez zawahania  wyciąga swoje maleńkie. Mario podaje córce Alice swoją córeczkę, a potem torbę z potrzebnymi rzeczami dla małego dziecka. Spogląda na swoją pociechę, która z zainteresowaniem dotyka małą dłonią policzka dziewczyny. Jej zachowanie jest zupełnie inne niż w stosunku, do kobiet, z którymi spotkał się, a które były kandydatkami na nianię. Przy nich Julie nie była spokojna, nie była zainteresowana, była zła, płakała. Przy Emily tak nie jest. I to jest ciekawe.
***
Spogląda na uśmiechniętą buzię małej Julie i się uśmiecha. Przy tej małej istotce nietrudno o uśmiech. Jest wspaniała. Rozczula ją. Od zawsze uwielbia dzieci, od zawsze lubi się nimi zajmować i ma wrażenie, że one wyczuwają jej sympatię odpłacając jej swoją. Mała dziewczynka, która w tym momencie gryzie zawzięcie kolorowy, grający, zabawkowy telefon zdecydowanie też nie jest niezadowolona jej towarzystwem. I kiedy Emily mówi do niej, ona radośnie się uśmiecha pokazując swoje dziąsła. I to nie dziwne, że serce Emily na ten widok bije mocniej. W głębi duszy wyobraża sobie bowiem, że kiedyś będzie mamą właśnie takiej dziewczynki. Pragnie tego najbardziej na świecie. Kiedyś pragnęła po prostu żyć, a teraz, kiedy dostała drugą szansę jej marzenia są już inne. Jednym z nich, największym jest posiadanie takiego małego promyczka jak Julie.
***
-Jesteś dziś strasznie rozkojarzony, nieobecny.- mówi Alice do Mario, bo sesja w tym dniu przebiega wyjątkowo opornie.
-Przepraszam.- mówi mężczyzna spoglądając na nią przepraszająco.-Trudno mi się dziś skupić.- przyznaje.
-Coś się stało?- pada pytanie terapeutki.
-Nic, chyba.- pada odpowiedź.- Myślę, że wiele rzeczy się nałożyło. Sam już nie wiem...- wzdycha spuszczając wzrok i wpatrując się w swoje buty. Sam nie wie co się z nim dzieje, ostatnio jest coraz bardziej poddenerwowany, właściwie nawet najmniejsze rzeczy sprawiają, że ma ochotę wrzeszczeć czasami, choć tego nie robi. Trzyma to w sobie, choć pewnie jest to jedna z najgorszych metod. 
-Jakich rzeczy, Mario?- docieka pani doktor.- Porozmawiasz ze mną o tym, czy potrzebujesz świętego spokoju?- pyta.
-Sam już nie wiem czego potrzebuję, a czego nie.- dopowiada podnosząc wzrok na kobietę.-Nie wiem, Alice.- powtarza, a ona zauważa jego zmartwione oczy.- To uczucie beznadziei wraca.- mówi jej.- A ja się go boję.- wyznaje.
Kobieta przez moment patrzy na niego i się nie odzywa. Wie, że ten trudniejszy moment zbliża się do chłopaka. Nowa fala bólu z pewnością w najbliższym czasie uderzy w niego. Powróci żal, pustka ze zdwojoną siłą. To normalne, wie to, ale jednocześnie pragnęłaby, by chłopak nie musiał już więcej przez to przechodzić. To jednak nieuniknione. 
-Mario.- zwraca się do niego, a on spogląda na nią.
-Tak?
-Wiesz, że wszystko będzie dobrze, prawda?- Odpowiedź nie nadchodzi.- Poradzisz sobie z tym.- zapewnia go.- Poradzisz sobie z wszystkim.- mówi.- Po prostu nie trzymaj tego w sobie. Nie bój się o tym mówić, nie wstydź się tego, że jest gorzej, że znów masz uczucie, iż sobie nie radzisz. Masz prawo tak czuć, masz prawo. To nic złego.- tłumaczy mu tak samo jak wiele razy.
-Wiem, masz rację.- przyznaje.- Było dobrze, długo, potem urodziny Ann... To we mnie uderzyło. Naprawdę. Myślałem, że przeszło, ale to nieprawda. Wszystko mnie drażni. Naprawdę. Jestem zły. Zły na to, że w klubie jestem nikim, po prostu pozwolono mi trenować. Jestem wdzięczny, bo nie musieli tego robić, a jednak zrobili. Jednak z drugiej strony to frustrujące, bo jestem nikim...
-Nie jesteś nikim.- mówi terapeutka.
-Zawodowo jestem. Nie mam klubu, nie mam perspektyw na klub, jestem bez formy, nie wiem kiedy w ogóle zbliżę się do tego, co było wcześniej. Chciałbym grać, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie wyjazdów na mecze poza miasto, nie wyobrażam sobie rozłąki z moją córką na dobę, dwie. Nie potrafię jej zostawić na dłużej. Nawet teraz, kiedy jest za drzwiami z Emily zastanawiam się jaką ma minę, choć domyślam się, że zadowoloną, bo lubi twoją córkę. I z jednej strony jestem nadopiekuńczy, a z drugiej szukam dla niej opiekunki, by móc jeździć na treningi, chcę by miała opiekę, kiedy moja mama nie może dojechać na czas. 
-Szukasz niani?
-Tak, nawet z kilkoma rozmawiałem dziś.- przyznaje.
-Efekt?
-Żaden, Julie nie za bardzo była zachwycona.
-A ty byłeś? Któraś z nich wydawała ci się odpowiednia?
-Sam nie wiem, wydawały się miłe, ale...
-Ale?
-Ale zastanawiałem się co ja robię właściwie? Chcę zostawić mój skarb z obcą osobą? Sam sobie przeczę, prawda?
-Nie, po prostu nie jesteś chyba naprawdę gotowy na to, by Julie zostawała z osobą, której nie znasz, której nie ufasz, która nie jest ci bliska. To normalne, rodzice tak mają.
-Minie?
-Tak, choć u jednych mija szybko, innym schodzi dłużej.
-I ja będę w tej drugiej grupie.- przyznaje.
-Możesz być, przyznaję. Jesteś w cięższej sytuacji ponieważ straciłeś Ann, a Julie straciła mamę. Wiesz we dwoje wszystko jest znacznie łatwiejsze, gdy możesz to z kimś dzielić. Gdyby żyła Twoja żona, gdyby nie wydarzył się wypadek, to na pewno ona spędzałaby zdecydowanie więcej czasu z Waszą pociechą, ty byłbyś aktywnym piłkarzem, musiałbyś wyjeżdżać i w momencie, gdybyście zdecydowali się na pomoc niani, to ona przeżywałaby wszystko ze zdwojoną siłą, a Ty byłbyś zapewne jej opoką w tym trudnym czasie. Mężczyźni, w większości, do pewnych spraw podchodzą znacznie mniej emocjonalnie niż my, kobiety. To naturalne. Co nie znaczy, że mniej kochają swoje dzieci, czy mniej się troszczą. Jednak oni są taką opoką. Teraz jesteś w innej sytuacji, znacznie trudniejszej. Ty masz tylko Julie, a Julie ma tylko tatę. Wprawdzie masz wspaniałą rodzinę, przyjaciół, ale to jednak zupełnie inne niż gdybyś wychowywał córeczkę z Ann.
-Masz rację. Mam rodzinę, mam wspaniałych, oddanych przyjaciół i naprawdę cieszę się, że są. To dużo, bardzo dużo, ale ciągle mało, oni są ważni, naprawdę, ale ja ciągle czekam na nią.- przyznaje i milknie na moment. Odzywa się dopiero po chwili.- Wiesz, czasem budzę się nad ranem, w sypialni jest ciemno. Ja wiem, że jej nie ma, ale po omacku wyciągam dłoń i szukam jej po drugiej stronie łóżka. Idę na spacer z Julie przez park i zawsze siadam na moment na naszej ulubionej ławce. Na początku nie mogłem bywać w naszych ulubionych miejscach, bolało za bardzo, ale teraz tego potrzebuję. 
-Szukasz jej.- mówi Alice.
-Szukam, ale nadaremnie.- przyznaje z goryczą.- Wiesz, wszystkie nasze rozmowy zawsze zmierzają do Ann.
-To nic złego.
Rozmawiają kolejne minuty. Mario dużo mówi, więcej niż od początku sesji. I ta rozmowa naprawdę mu pomaga. Alice jest dobrym terapeutą. Potrafi słuchać, potrafi rozmawiać, wie kiedy mówić, kiedy pytać, a kiedy po prostu milczeć. Ma trafne spostrzeżenia, wie jak się zachować. I kiedy w końcu wychodzą obydwoje, Alice z Mario, Emily nie ma z Julie. Szatyn rozgląda się po pomieszczeniu, w których je zostawił. Ma zamiar zapytać recepcjonistki, ale ona sama odzywa się:
-Emily zabrała Julie do tego parku obok.
Mario żegna się z Alice, po czym kieruje się we wskazane przez blond- włosą rejestratorkę. Zauważa je z daleka. Emily idzie spacerkiem jedną z alejek parkowych przytulając do siebie Julie, która, Mario jest pewien, że śpi. Zbliża się do niech, Emily zauważa go:
-Zabrałam ją na świeże powietrze, nie pytałam, ponieważ nie chciałam wchodzić do gabinetu i przeszkadzać.- tłumaczy się.
-W porządku.- odpowiada piłkarz.- Długo śpi?
-Myślę, że jakieś 20 minut.- przyznaje dziewczyna.- Zasnęła od razu jak tu przyszłyśmy.
-Nie dziwi mnie to. Ona tak właśnie zasypia najczęściej. Właśnie w ten sposób najczęściej ją przytulam, kiedy chcę by szybko odpłynęła. 
-Nie wiedziałam, zrobiłam to nieświadomie, a jej to odpowiadało.
-Tak, uwielbia się tulić.- przyznaje piłkarz.
-A ja nie powiem, żeby mi się nie podobało trzymanie w ramionach takiego aniołka.- uśmiecha się Emily.
***
Słucha jak Emily mówi o małej Julie. Widzi błysk w jej oczach. Ten błysk był tam od dawna, wie, że jej córka od zawsze uwielbiała małe dzieci, a dzieci uwielbiały i uwielbiają ją. Jednak Alice zauważa też, że ten błysk jest nieco intensywniejszy, że Emily mówi inaczej. Nie mówi nic, słucha. W końcu padają słowa, których się spodziewała:
-Tak bardzo pragnę mieć takie maleństwo.- wypowiada dziewczyna.
- Emi ...
-Ja nie mówię, że już bym chciała, ale za jakiś czas.
-Wiesz, że to w twoim wypadku niebezpieczne? Zdajesz sobie z tego sprawę?
***
Łapcie kolejny rozdział. 
Jest mi smutno. Pod ostatnim postem było dwa komentarze, za które oczywiście bardzo, ale to bardzo dziękuję osobom, które znalazły czas i napisać kilka zdań. Ten rozdział dedykuję właśnie im :)
Nie wiem jak wyszedł, sami oceńcie. I komentujcie.
10 komentarzy- następny rozdział.


piątek, 11 września 2015

17. Przebaczenie...

Jest sam w pokoju, co nie jest dziwne ponieważ poprzedniego wieczoru odesłał swoją żonę, syna i jego dziewczynę do hotelu, by odpoczęli. Oponowali, najwięcej Ricky, jednak mężczyzna był uparty więc w końcu postawił na swoim. Jest świadomy ile czasu spędzili przy jego łóżku praktycznie nie sypiając, więc kiedy już się obudził chce, by w końcu trochę odetchnęli. Cieszy go ich zatroskanie, cieszą słowa, które cały czas brzmią w jego uszach, kiedy wypowiadali " kocham." Nie wiedzieli na pewno, że słyszy, a on słyszał. Słyszał każde słowo, zdanie. Nie mógł odpowiedzieć, pokazać, iż rozumie, ale rozumiał i rejestrował każdą ich głośno wypowiedzianą myśl. Jednak kiedy przypomni sobie to co mówił jego syn wzruszenie ściska mu gardło. I żałuje, tak bardzo żałuje tego czasu, który stracili.
***
Obserwuje śpiącą Agnes. Nie śpi od dobrych kilkunastu minut. Patrzy na nią, po prostu wpatruje się w jej pogrążoną we śnie twarz. Nie może oderwać wzroku. 
Jest piękna, bez wątpienia, jednak jest również wyjątkowa. I jest jego. I chce, by już zawsze była jego.
Nie chce jej budzić, jednak nie może również powstrzymać się przed dotknięciem jej ciepłego policzka, a potem odgarnięciem z jej twarzy włosów. I kiedy to robi jego druga połówka powoli otwiera oczy. W momencie, w którym jej wzrok skupia się na jego twarzy, usta agentki rozciągają się w delikatnym uśmiechu.
-Dzień dobry.- mówi.
-Kocham cię.- to pierwsze słowa, które wypływają z ust dziennikarza.- Chcę już zawsze budzić się przy tobie, kochanie.- dodaje.- Jesteś moim wszystkim. Wszystkim.- powtarza.
-Hej...- blondynka gładzi dłonią jego szorstki policzek, a on bierze jej dłoń w swoją, po czym składa pocałunek w na jej wewnętrznej stronie.- Jesteś smutny?
-Nie jestem. - pada odpowiedź.- Jestem za to zakochany.- mówi.- Nie zakochany...- zaprzecza, a ona spogląda na niego zdezorientowana.- Ja kocham.- poprawia się, a na jej twarzy znów pojawia się uśmiech.- Kochasz mnie?- pyta.
-Co to za pytanie? Wiesz, że bardzo Cię kocham Ricky.- mówi Agnes.- Jesteś dla mnie najważniejszy.- zapewnia.- Wątpisz?
-Nie.- zaprzecza.- Przepraszam, mam paranoję.- tłumaczy.- Tak wiele się działo, bałem się, ja... - patrzy jej w oczy.- Wiem, że mnie kochasz, wiem to... Ja po prostu...
-Rozumiem.
-Ja czasem muszę to usłyszeć wiele razy, by to dotarło.- zdradza jej.
-Kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię, kocham Cię...- mówi dziewczyna.- Mogę to mówić cały czas.
-A możesz mi to mówić przez całe życie?- pyta wpatrując się jej w oczy. 
-Tak, mogę kochanie.
Ricky przytula ją do siebie mocno. Agnes wie, że jej chłopak ma dziwny nastrój, ale wie również, iż te dni niepewności, strachu z niego własnie wychodzą, więc takie zachowanie jest dla niej jak najbardziej zrozumiałem. Do tego wie również, iż chłopak jest i pewnie już będzie, wyjątkowo niepewny, kiedy ktoś będzie zapewniał go o swoich uczuciach, wszakże do tej pory większość osób, które deklarowały, iż go kochają... jedna miłością ojcowską, druga partnerską, odrzucały go, bądź zdradzały. Jednak ona rozumie i ma zamiar pokazywać mu swoje uczucie w każdym dniu, w każdej godzinie, minucie, sekundzie... Bo kocha tego człowieka. Po prostu go kocha.
***
Czuje ciepło dłoni swojej żony, która aktualnie siedzi w  fotelu obok jego łóżka.
-Nawet nie masz pojęcia jaką czuję ulgę.- zwraca się kobieta do męża.- Odchodziłam od zmysłów.- wyznaje.- Odchodziliśmy...- poprawia się.
-Wiem, słyszałem każde słowo, każde zdanie.- przyznaje szczerze mężczyzna.
-Słyszałeś?- dopytuje.
-Tak. Nie mogłem w żaden sposób zasygnalizować tego wam, ponieważ moje ciało nie reagowało nawet jak chciałem podnieść dłoń, otworzyć oczy, czy usta. Jednak słyszałem kochanie.- patrzy na nią, a ona po prostu podnosi dłoń współmałżonka i przytula ją sobie do policzka.
-Cieszę się, że wróciłeś.- wyznaje.- Bałam się, iż odejdziesz, zostawisz mnie, nas...- mówi.
-A ja się bałem, że zostanę już w takim stanie, będę słyszeć to co mówicie, ale nie będę mógł zareagować. Nie chciałem tylko słuchać, czułem wasz strach w słowach, czułem ból...
- Udało się.- uśmiecha się kobieta.
-Udało.- powtarza mężczyzna.
Nastaje chwilowa cisza. W końcu zostaje przerwana przez ojca dziennikarza.
-Gdzie nasz syn?- pyta.
-W pokoju hotelowym.- pada odpowiedź.- Spali prawdopodobnie kiedy wychodziłam, w każdym razie tak myślę. Wyszłam cicho, by ich nie obudzić. Niech odpoczną.
Mężczyzna patrzy na swoją małżonkę, zastanawia się przez chwilę.
- Powiedział mi, że mnie kocha.- mówi w końcu.- Po tym wszystkim, po tym jak go odrzuciłem, on nadal mnie kocha...- przyznaje.
-Jesteś jego ojcem.
-Ojcem, który odrzucił go w momencie, kiedy potrzebował zrozumienia, akceptacji i powinien dostać ją od najbliższych mu osób. Ojcem, który się go wyrzekł. Który wykrzyczał mu w twarz tyle okropnych rzeczy. Ojcem, który przez lata nie próbował zrobić nic, by to naprawić...- wymienia, a w jego głosie słychać żal, autentyczny, szczery żal.- Mój syn pomimo krzywdy jaką mu wyrządziłem nadal mnie kocha.- powtarza. Jego żona nie mówi nic. Nadal trzyma dłoń męża, ale mówić nie jest w stanie. Jest natomiast wzruszona słysząc te słowa.
***
Kilka godzin później.
Stoi przed pokojem, w którym znajduje się jego tato, patrząc jak jego mama i Agnes oddalają się od niego idąc do bufetu. On nie idzie z nimi, zostaje ponieważ jego tata powiedział, iż chce z nim porozmawiać. Z jednej strony cieszy się z tego, a z drugiej jednak trochę się obawia. 
***
Czeka na niego, czeka na swojego syna. Wie, iż za moment zjawi się w jego pokoju. Wie, iż za chwilę zapewne padnie wiele słów, rozdrapane zostanie wiele ran, pewnie będą emocje, jednak zdaje sobie sprawę, iż jest to potrzebne, by mogli ruszyć dalej, jako ojciec i syn, tak jak powinno być stale. Niestety nie było, ale on chce naprawić ten błąd. Wie, że czasu nie cofnie, nie da się, może przeprosić... Ma zamiar to zrobić.
Jego rozmyślanie przerywa dźwięk otwieranych drzwi, w których staje jego syn. I od razu zauważa, iż chłopak jest niepewny. Może nie widział go parę lat, może nie utrzymywali kontaktu, jednak nadal jest jego ojcem, wychowywał go wiele lat, zna dokładnie mimikę jego twarzy, zna niektóre gesty. Wprawdzie Ricky nie jest już dzieckiem, ani nawet nastolatkiem, jest mężczyzną, na pewno dojrzał, dorósł, wiele się w nim zmieniło, jednak pewne cechy pozostały.
Chłopak bez słowa podchodzi bliżej, a potem zajmuje miejsce w fotelu stojącym przy łóżku. Nic nie mówi, obydwaj milczą przez dłuższą chwilę. W końcu ciszę przerywa starszy.
-Denerwujesz się.- zauważa patrząc na swojego syna, który w tej chwili nie patrzy na niego, ma opuszczony wzrok. Na te słowa jednak podnosi głowę spoglądając na ojca.
-Trochę.
-Dlaczego?
-Nie wiem...- przyznaje.
-Wiesz, Ricky.- mówi jego ojciec.- Nigdy nie umiałeś kłamać, obcych może tak, ale bliskich...
-Masz rację. Czuję się dziwnie.- przyznaje.
-Przy mnie?
-Ja... Ty... To znaczy...
-To normalne, nie tłumacz. Masz prawo czuć się dziwnie.- mówi mu.- Masz prawo do tych uczuć.
-Być może, ale ja nie chcę się tak czuć, już nie.- patrzy na swojego ojca.- Kiedy spałeś... Bałem się... Nigdy tak się nie bałem... 
-Wiem.
-Wiesz?
-Mówiłeś mi o tym, Ricky.- stwierdza ojciec dziennikarza.
-Mówiłem...- powtarza chłopak, a po chwili jego oczy rozjaśniają się, bo dochodzi do niego, iż jego tata słyszał jego słowa. Patrzy na niego, czeka. Nie spodziewa się tych słów, choć chciałby, by padły. Nie spodziewa się.
-Kocham cię.- mówi mężczyzna leżący w łóżku.- Kocham.- powtarza.- Nigdy nie przestałem, nawet przez chwilę.- wyznaje.
Ricky patrzy na niego siedząc jakby zamarł na moment. Nic nie mówi, po prostu patrzy na swojego ojca. 
-Pewnie ciężko ci w to uwierzyć, ale tak jest.- powtarza.- Przepraszam, tak bardzo przepraszam.- mówi.- Przepraszam, wiesz za co, prawda?- patrzy na niego i widzi jak ten kiwa potakująco głową.- Byłem głupi. Przepraszam, nie powinienem powiedzieć tego co powiedziałem, nie powinienem krzyczeć, nie powinienem w ogóle się tak zachować, nie na to zasługiwałeś. Nie potrafię tego wytłumaczyć niczym innym niż głupotą. To głupota, Ricky, bo który ojciec odrzuca swoje dziecko przez to, że zakochał się w niewłaściwym, według niego, człowieku? Odrzuca, wyrzeka się, zamiast wspierać. Postąpiłem karygodnie, żałośnie. Nie mam słów. Nie wytłumaczę tego, bo nie ma logiki w moim postępowaniu. popełniłem błąd, a potem w tym tkwiłem tak długo.- roztrząsa, a młodszy z mężczyzn milczy i słucha.- Słyszałem co mówiłeś.- zdradza.- Każde słowo. I chciałem odpowiedzieć, jednak nie mogłem. Teraz mogę. Obudziłem się, czasu nie cofnę, jednak mogę teraz się starać podwójnie, potrójnie.- oferuje.- Jesteś dorosłym mężczyzną, nie już nastolatkiem. Nie potrzebujesz mnie jak wcześniej...
-Tato...
-Pozwól mi skończyć, proszę.
-Dobrze.
-Powiedziałeś, że jesteś gotowy zostawić przeszłość za sobą. Jesteś?
-Tak, myślę, że jestem.
-Powiedziałeś, że mnie potrzebujesz.
-Potrzebuję.
-Powiedziałeś, że chcesz, bym był ponownie częścią twojego życia.
-Chcę.
- Jesteś w stanie mi wybaczyć?
-Już to zrobiłem, tato.- oznajmia chłopak. - Potrzebuję cię, potrzebuję was, rodziny... 
-Przepraszam.
-Wybaczam...
***
Miałam zakończyć ten post w nieco  innym miejscu, ale plan się zmienił. Podoba się? Czekacie na kolejny? 
Komentujcie, ja zawsze czekam na komentarze.











czwartek, 27 sierpnia 2015

16. Zabierz mnie...

***
Wsłuchajcie się podczas tego rozdziału w pierwszą piosenkę z playlisty- Gosi Andrzejewicz. Ten utwór pasuje do scen na cmentarzu, napisałam je pod wpływem tej piosenki. W moim wyobrażeniu były bardziej rozbudowane, ale jak to często bywa, wyobrażenie inne, a efekt inny :)
***

Budzi go dźwięk telefonu. Wie, że nie włączał budzika, zresztą pomimo tego, iż jeszcze nie jest w stanie jasno myśleć, ponieważ został wyrwany ze snu, jest pewien, że to nie melodia budzika. Właściwie z zamkniętymi oczyma sięga do szafki, na której leży jego telefon. Kiedy ma go przed sobą zmusza się do otworzenia oczu. Patrzy i zamiera na moment. Bo to faktycznie powiadomienie. Na ekranie pisze "Urodziny Ann." 
***
Pije kawę na tarasie. Jest zamyślona, nie słyszy nawet kroków swojego ojca, którego obecność zauważa w momencie, w którym mężczyzna zajmuje miejsce na krześle obok. 
-Jesteś bardzo zamyślona.- zauważa.
-Taki dzień, tato... - mówi upijając łyk i patrząc na swojego ojca.- Nie wiem czemu, ale...
-Znów rozmyślasz, że ten dzień nie nadszedł by, gdyby nie zdarzył się cud...
-Tak. Te myśli to coś normalnego. Są dni, kiedy wstaję i po prostu żyję, ale są też takie, w które myślę kim była osoba, dzięki której tu teraz jestem i rozmawiam z Tobą. Zastanawiam się co robią jej najbliżsi, kiedy ja po prostu siedzę tuz moim ojcem i jestem szczęśliwa? Czy oni też, po stracie mają choć namiastkę szczęścia, które mam ja?- zastanawia się na głos.- Czy cierpią, bo upłynęło zbyt mało czasu, czy nawet, gdy upłynie go więcej, to czy będą w stanie zaznać odrobinę radości? 
-Nie potrafię odpowiedzieć na Twoje pytania, kochanie.- odzywa się ojciec dziewczyny.- Myślę, iż tylko bliscy tej osoby, mogliby zdradzić co czują. Wiem jednak, jestem pewien, iż minęło zbyt mało czasu, by pogodzić się ze stratą. Czasem w ogóle nie da się tego zrobić.- spogląda na nią.- Ale nie możesz czuć się winna z powodu tego, że ty żyjesz, cieszysz się każdą chwilą, a oni cierpią. Jestem pewien, iż fakt, że serce bliskiej im osoby bije w kimś, łagodzi ból. 
-Oby tak było, oby tak było, tato...- wzdycha, a kilka sekund później czuje ciepłą dłoń swojego ojca na swojej. I naprawdę jest wdzięczna Bogu za ten dzień  i każdy kolejny.
***
Ten dzień należy do czołówki tych ciężkich. Smutek uderza w niego w momencie przeczytania powiadomienia w telefonie, a potem wcale nie jest lepiej. Kiedy wstaje, okazuje się, iż w domu nie ma jego córki, ani jego mamy. w kuchni znajduje kartkę z informacją, iż babcia zabrała wnuczkę na spacer, ponieważ pragnęła, by odpoczął. Najpierw się złości, ponieważ każdy dzień rozpoczyna od przytulenia swojej córeczki, tego dnia nie może. Tak więc czuje złość, jednak zaraz reflektuje się, gdyż wie doskonale, iż jego mama nie zrobiła tego, by go zranić czy wkurzyć, a z troski o niego, ponieważ kilka ostatnich nocy nie mógł spać. Tak więc złość mija, a zastępuje ją poczucie winy, bo przecież jak mógł złościć się na mamę?
Ma zamiar zjeść śniadanie, jednak zaraz po przygotowaniu go okazuje się, iż niespecjalnie czuje głód, odczuwa wręcz uścisk w żołądku, który raczej nie jest objawem głodu. Nie je. Idzie do łazienki z zamiarem wzięcia prysznica i zmycia z siebie tego przygniatającego uczucia. To się jednak nie udaje, ponieważ słyszy dźwięk dzwoniącego telefonu. Nie cieszy się widząc na wyświetlaczu napis " Teściowie."  Od razu domyśla się z jakiego powodu dzwonią. Odbiera.
-Słucham.
-Cześć Mario.- wita się z nim mama Ann.
-Dzień dobry.-odpowiada.
-Co u Was? Jak ma się nasza wnuczka?- pyta.
-Julie ma się świetnie, rośnie.- pada odpowiedź.
-Dawno nas nie było, ale...- słyszy jak rodzicielka jego żony bierze głęboki oddech.- Wiesz... Wybieraliśmy się, jednak... To naprawdę trudne.
-Wiem. Rozumiem.- przyznaje. 
-Dzwonię ponieważ dzisiejsza data...- kobieta zawiesza głos na chwilę i Mario słyszy jej oddech.- Dzisiaj...
-Są urodziny, Ann... - kończy za nią Mario.
- Tak.- przytakuje kobieta.- Mamy zamiar przyjechać na cmentarz i chcielibyśmy się z Wami zobaczyć.
-Zapraszam.- mówi po prostu.- Zawsze jesteście mile widziani.
-Dziękuję. - mówi mama Ann.-Do zobaczenia.
-Do widzenia.
Kiedy połączenie zostaje przerwane Mario wie, iż to będzie długi i bardzo ciężki dzień. 
***
Alice siedząc na kanapie słyszy rozmowę swojej córki, która rozmawia przez telefon. Kiedy kończy zjawia się w salonie, po czym siada na sofie, zaraz obok swojej mamy, wcześniej stawiając na stoliku dwa kubki z gorącą herbatą.
-Proszę, mamo.
-Dzięki.- Alice uśmiecha się z wdzięcznością, po czym bierze kubek do ręki i upija mały łyk gorącego napoju.- Wspaniała jak zawsze.- komplementuje swoją córkę.
-Wiem jaką lubisz.- odzywa się Emily.
-Z kim rozmawiałaś?- pyta.
-Z Christianem.- odpowiada.- Pamiętasz? To narzeczony Aleksandry.- mówi, a zaraz potem się poprawia.- Był narzeczonym Aleksandry.- w jej głosie słychać smutną nutę. Jest jej przykro, ponieważ Aleksandra nie miała tyle szczęścia co ona, nie doczekała swojej szansy. Emily ,właściwie odkąd poznała tę dziewczynę, od razu ją polubiła. Pomimo złego stanu zdrowia, blondynka była wyjątkowo pogodną osobą. Nawet wtedy, gdy stan pogarszał się w zastraszającym tempie, ona nadal wierzyła i czekała na dobre wieści. Swoim optymizmem potrafiła zarazić pielęgniarki, swoją rodzinę i osobę, w której była zakochana- Christiana. Emily pamięta właściwie każdą rozmowę odbytą z Aleksandrą, każdy jej uśmiech. Pamięta również to, jak dziewczyna czekała na swojego narzeczonego, oraz to, jak jej oczy błyszczały, kiedy się zjawiał.  Ich uczucie było silne, Emily jest pewna, że silniejsze niż śmierć.
-Zawiesiłaś się, Emily.- mówi Alice.
-Przepraszam.- dziewczyna upija łyk herbaty.- Umówiłam się z Christianem wieczorem na herbatę. Odwiedzę też Aleksandrę na cmentarzu, bo dziś jej urodziny. Chris pewnie przyniesie jej ulubione herbaciane róże, a ja pomyślałam, że to będą białe lilie, bo je też kochała.- spogląda na swoją mamę.- Wiesz, życie nie jest sprawiedliwe.- mówi.- Oni się tak kochali, byli tak bardzo sobie oddani. Mogli być tak bardzo szczęśliwi, a los odebrał im to wszystko. - wypowiada te słowa z żalem.- Nie potrafię tego pojąć dlaczego życie bywa tak bardzo okrutne? Ich miłość była prawdziwa.- spogląda na Alice, ale zaraz potem widzi, że jej mama wskazuje w stronę telewizora, który jest włączony, ale dość mocno wyciszony, jednak na tyle, by usłyszały jakie słowa padają z ust dziennikarki. 
" Była mądrą i piękną kobietą, znakomitą modelką i najukochańszą żoną znanego piłkarza. Byłaby zapewne wspaniałą mamą dla małej Julie. Dziś, zapewne w gronie rodziny, z córeczką, mężem i przyjaciółmi, świętowałaby kolejne swoje urodziny. Niestety jest to niemożliwe. Odeszła kilka dni po wypadku, który zdarzył się, gdy wracali z mężem od przyjaciół. 
Dzisiejszy dzień jest zapewne jednym z tych najtrudniejszych dla jej bliskich."
Obydwie kobiety milczą oglądając i wsłuchując się w słowa dziennikarki. A kiedy na ekranie pojawia się zdjęcia Mario i Ann, uśmiechniętych, szczęśliwych, Alice mówi:
-Ich miłość również była prawdziwa. Oni również mogli być szczęśliwi.
***
Tego dnia nie zjawia się na treningu, ale Marco doskonale wie czemu go nie ma. Wszyscy właściwie wiedzą, że dzisiaj są jej urodziny. I nikt się nie dziwi. Blondyn dzwonił do przyjaciela, ale nie udało mu się porozmawiać z nim, ponieważ w tym czasie rozmawiał z kimś innym. Jednak nie ma zamiaru na tym poprzestać.
***
Niby jest normalnie, szatyn bawi się z córeczką, przytula ją, karmi, układa do snu, wydawać by się mogło, dzień jak co dzień. Jednak ten dzień nie jest takim zwykłym dniem. I to się czuje. Widzą i czują to rodzice szatyna, czuje jego córeczka, która tego dnia wyjątkowo marudzi, jeśli jej ojciec choć na chwilę oddali się od niej. Normalnie uwielbia spędzać z nim czas, natomiast jeśli ten wychodzi, ona zostaje z dziadkami i przyjmuje to zwykle normalnie. Tego dnia jest inaczej. Mała protestuje w momentach, a których Mario oddala się od niej. Więc on po prostu tego nie robi za często. Jest z nią, daje jej całą swoją uwagę. Gdy zjawiają się rodzice jego żony, jedzie z nimi i Julie na cmentarz. Potem wracają do domu, dziadkowie bawią się z wnuczką, potem zabierają ją na spacer, a on idzie z nimi, ponieważ jego córeczka domaga się jego obecności przez cały dzień. Rozmawia z rodzicami swojej żony, słucha, kiedy jej mama wspomina swoją córkę, obydwoje z ojcem wspominają. Stara się włączyć w rozmowę, ale momentami tak ściska go w gardle, że nie może mówić. Oni zdają się rozumieć jego milczenie. Momentami również milczą. Nie ważne co powiedzą, jak wiele wspomnień przywołają, jak bardzo chcą, by wróciła, nie są w stanie cofnąć czasu, nie są w stanie sprawić, by była.
***
-Mario nie było dzisiaj w ośrodku.- mówi blondyn wchodząc do salonu, gdzie bawią się jego dzieci, a Natalie z nimi. Całuje żonę krótko w usta po czym również siada na dywanie. Natalie widzi zmartwienie w jego oczach.
-Wiedzieliśmy, że tak będzie.- mówi.- Dziś są urodziny Ann. 
- Mama zajmie się dziećmi, prosiłem ją.
-To dobrze.
-Przyjechali rodzice Ann...
***
Spogląda na swoją śpiącą córeczkę. Mała oddycha spokojnie. Jest ubrana w piżamkę, którą kupiła jej mama. Niedługo przed wypadkiem Ann kupiła mnóstwo ubranek dla dziecka. Dziwił się wtedy, bo to działo się nagle, gdyż pierwsze twierdziła, że nie chce zapeszać, nie chce kupować za wcześnie. Potem nagle zaczęła przynosić coraz to nowsze pakunki, jak jechali na zakupy, uwielbiała spędzać czas w sklepach dziecięcych. Zresztą on również uwielbiał. Teraz, kiedy o tym pomyśli, jedyna myśl, która mu się nasuwa jest taka, iż jego żona robiła to podświadomie. Nie wiedziała przecież, iż nie będzie mogła uczestniczyć w życiu swojej córeczki. Postępowała tak, jak gdyby wiedziała, że nie będzie mogła robić tego po pojawieniu się dziecka na świecie, choć przecież nie wiedziała.
Patrzy na małą Julie i widzi Ann. Dotyka dłonią malutkiej dłoni dziewczynki śpiącej w łóżeczku. 
-Kocham Cię maleńka.- mówi.- I jak na ciebie patrzę, widzę Twoją mamę. Dziś są jej urodziny i jestem pewien, że ona tu z nami dzisiaj jest, Julie.
***
Rozmawiają długo siedząc w przytulnej kawiarni, popijając herbatę. Wspominają Aleksandrę, bo ten temat jakby sam się nasuwa. Mówią głównie o niej, ale też mówią o swoim życiu, co robią. Christian cieszy się szczerze, iż Emily się udało, że dostała swoją szansę. dziewczynie wydaje się, że bardzo dobrze się trzyma, jednak w pewnym momencie, kiedy rozmawiają o jego zmarłej narzeczonej, chłopak przerywa wpół zdania. Emily zauważa, iż walczy on ze łzami. Nie mówi nic, nie jest w stanie go pocieszyć, po prostu trzyma go za rękę. Cisza, która nastaje nie jest niekomfortowa. Trwa to chwilę, zanim Christian ponownie zaczyna mówić. Jednak potem mówi swobodnie. W pewnym momencie obydwoje dochodzą do wniosku, że powinni się zbierać. Jadą na cmentarz, do Aleksandry. I kiedy idą alejką, Emily rozpoznaje Mario, który stoi przy jednym z grobów. Ona wie, kto tam spoczywa. 
***
Co czuje stojąc nad grobem ukochanej kobiety? To samo co zawsze- ogromny ból i tęsknotę. Te miesiące, kiedy jej nie ma, nie przyzwyczaiły go do bólu. Tęsknota nie zmalała, powiedziałby, że każdego dnia tęskni bardziej. Boli każda chwila bez niej, choć stara się żyć, bo przecież ma dla kogo. I choć niejednokrotnie nachodziły i nadal nachodzą go myśli, o tym, że najchętniej dołączyłby do swojej ukochanej, to przecież nie może zwieść najbliższych, nie może zawieść osób, którym zależy na nim, które w niego wierzą, które starają się z całych sił, by życie bez Ann było dla niego do zniesienia, które wypełniają jego czas, sprawiają, iż jego myśli choć na chwilę odbiegają od wypadku, od śmierci jego żony. Nie może zawieść również najważniejszej kobiety w jego życiu- Julie. I nie może zawieść Ann, która chciałaby, by był najlepszym tatą na świecie.
-Kocham cię, Ann...- szepce.- Kocham tak, że to aż boli, bo nie mogę ci tego powiedzieć, pokazać.- wyznaje.- Tak bardzo cię potrzebuję.
***  

Marco zatrzymuje samochód na parkingu, który znajduje się niedaleko cmentarza. Obydwoje z Natalie wysiadają z samochodu. Malarka bierze bukiet kwiatów, który kupili dla Ann. Gdy znajdują się już w alejce cmentarnej obydwoje z daleka widzą przyjaciela. I kiedy chwilę później obydwoje stają obok niego przy mogile jego żony, nie dziwią ich łzy na jego policzkach, a jego nie dziwi ich obecność. Bo przecież zawsze są. Teraz też.
***
Wracają na parking. Idą cmentarną alejką, rozmawiają cicho. Spędzili przy grobie Aleksandry sporo czasu. Emily idąc zerka w stronę grobu Ann. Zauważa iż Mario nadal tam jest, ale już nie sam. Rozpoznaje drugiego z mężczyzn i jego żonę. Stoją przy grobie modelki całą trójką. Ale nie tylko stoją. Marco obejmuje ramieniem swojego przyjaciela, trzymając dłoń na ramieniu Mario, a Natalie trzyma go w pasie. I w tym momencie dziewczyna wie, iż przyjaźń dwóch piłkarzy, o której mówiono w mediach to nie wymysł. 
***
Stoją przy mogile Ann i milczą. Tego dnia powinni składać jej życzenia, bawić się, oglądać ją szczęśliwą. A teraz nie mogą tego wszystkiego zrobić, bo odeszła. Nie liczą ile czasu spędzają na cmentarzu. Mogą to być minuty, godzina, półtorej, dwie. 
-Czasem, kiedy czuję, że mnie wszystko przerasta, kiedy już nie mogę...- mówi cicho Mario.- Przychodzę tutaj i mówię jej...- Ann zabierz mnie stąd, proszę.- wyznaje.- Ale zaraz potem przed oczyma staje mi obraz Julie i to pragnienie się rozmywa... Nie wiem jak żyć bez niej, nadal nie wiem, jednak chcę żyć, bo kocham moją córkę najbardziej na świecie. I chcę starać się dla niej.- stwierdza.
-Jestem pewien, że ona swoją miłością odpłaci ci za te starania.- mówi blondyn.
***
Jak się podoba rozdział?
Komentujcie.
Aaa... Czy wiecie co się dzieje z Pszczółką Emmą? Zawsze zaznaczała swoją obecność, a ostatnio milczy. Ktoś coś wie? 



środa, 19 sierpnia 2015

15.Cud?

Spogląda na mężczyznę śpiącego na łóżku w hotelowym pokoju. Już dawno nie miała okazji zobaczyć go tak spokojnego. Wie, iż jak tylko się obudzi, ten spokój zniknie, wrócą obawy i strach. Zdaje sobie sprawę, iż pewnie powinna obudzić go już jakiś czas temu, że pewnie on tego chciałby, jednak nie robi tego, choć zdaje wie, że chłopak może być odrobinę na nią zły. Nie robi tego ponieważ wie jak bardzo był zmęczony i jak bardzo potrzebował odpoczynku i snu.  Mijają kolejne minuty, które ona wykorzystuje na wypicie kawy. 
Kiedy Ricky zaczyna się przekręcać, Agnes obserwuje to dopijając kawę. I kiedy zauważa, iż para oczu wpatruje się w nią intensywnie po prostu wstaje, podchodzi do łóżka, po czym kładzie się obok swojej drugiej połowy:
-Dzień dobry kochanie.- mówi dłonią dotykając jego policzka.
-Cześć.- Ricky przysuwa się, by delikatnie musnąć usta swojej dziewczyny, a potem dodaje.-Która godzina?
-Po 10.- odpowiada i zauważa zdziwienie na jego twarzy, a potem rejestruje jak jej mężczyzna szybko siada, po czym wstaje z łóżka.- Dlaczego nie obudziłaś mnie wcześniej? Jak tata? Dlaczego pozwoliłaś mi tak długo spać? - zadaje pytanie za pytaniem, wciągając na siebie czyste spodnie.
-Ponieważ tego potrzebowałeś,a  poza tym upewniłam się czy z Twoim tatą wszystko w porządku.
-Powinienem tam być już dawno.- marudzi.
-Powinieneś zjeść śniadanie. - Agnes wstaje z łóżka, w momencie, gdy on zakłada na siebie koszulę i zaczyna zapinać guziki. 
-Zjem później.- spogląda na nią. 
-Nie.- protestuje dziewczyna.- Zjesz teraz śniadanie, a potem pójdziesz do szpitala. Musisz jeść, z twoim tatą nic złego się nie dzieje, nie bądź uparty.
-Nie jestem głodny, poza tym jestem dorosły i naprawdę nie potrzebuję osoby, która będzie za mnie decydować czy mam jeść teraz czy później, tak?- odpowiada, a zaraz potem tego żałuje, ponieważ jego dziewczyna bez słowa bierze ubrania i znika za drzwiami łazienki. Wie, że jego słowa ją zabolały. Rozumie dlaczego Agnes się martwi. Przed wyjściem puka do drzwi łazienkowych, ale ona nie otwiera ani się nie odzywa. 
-Kochanie, bardzo mi przykro z powodu tego co powiedziałem. Przepraszam. Nie miałem tego na myśli. Potrzebuję cię, bardzo. Wiesz o tym prawda? Otworzysz?- nic to nie daje dlatego chłopak w końcu wychodzi z pokoju i idzie do szpitala. Agnes nie zjawia się tam. Kiedy mama dziennikarza wraca do hotelu, dziewczyna syna dotrzymuje jej towarzystwa, kiedy je posiłek, rozmawiają, ale nie poruszają tematu Ricky'ego, choć rodzicielka dziennikarza domyśla się, iż coś musiało się wydarzyć, ponieważ Agnes jest smutna, Ricky, którego spotkała w pokoju ojca również był w podobnym nastroju.
***
Nanosi kolejną warstwę farby, kiedy słyszy odgłos kroków w domu. Wie, że wrócił Marco, który był na treningu. Nie rusza się z pracowni, ponieważ wie, iż jej mąż wie doskonale gdzie ma jej szukać. Ten dzień ich pociechy spędzają z dziadkami, więc Natalie może spokojnie malować. Chwilę później do pracowni wchodzi piłkarz. Jest przebrany w dresowe krótkie spodenki, nie ma koszulki i oczywiście, jak to bywa najczęściej jest na bosaka. 
Natalie nie odwraca się choć wie, że przyszedł, ale uśmiecha się gdy nagle zostaje przyciągnięta do niego tak, że jej plecy opierają się o jego klatkę piersiową, a jego ręce ją obejmują. Czuje też usta chłopaka na swojej szyi.
-Wrócił twój mężulek.- mówi cicho blondyn.
-Cieszę się, że wrócił mój mężulek.- odpowiada malarka.
-Zrobisz sobie małą przerwę?- pyta mężczyzna.
-Nie mogę kochanie, muszę skończyć.- pada odpowiedź.
-A co jeśli twój mąż cię bardzo potrzebuje?- pyta.
Dziewczyna odwraca się tak, że stoi twarzą do niego.
-Coś się stało?- pyta lustrując go wzrokiem.
-Po prostu potrzebuję odrobiny czułości...-mówi piłkarz spoglądając jej w oczy.- Trochę pocałunków i przytulania?- pyta.
-Kochanie to zajmie mi najwyżej 10 minut, dobrze? Muszę domalować te cienie i obraz będzie gotowy.
-Dobrze, będę na dole.- muska jej usta swoimi po czy odwraca się, więc Natalie zauważa niebieskie plastry, które jej mąż ma przyklejone w okolicy krzyża, a które znikają pod jego bokserkami.
-Co się stało?- pyta zanim Marco udaje się wyjść z pokoju. On odwraca się zdezorientowany.- Twoje plecy i te plastry...- tłumaczy Nat.- Coś się stało?
-Aaa... to... naciągnąłem się za bardzo, bolało więc przykleili mi plastry. 
Dziewczyna podchodzi do piłkarza, staje za nim po czym przejeżdża delikatnie palcami od momentu gdzie plastry się zaczynają, a potem odchyla lekko jego bokserki i widzi, że kończą się na jego biodrze. Blondyn po prostu pozwala jej na to, by przekonała się, że nic złego mu się nie stało, ona zawsze to robi, sprawdza, czy nic mu nie jest, przekonuje się. Kiedy palce Nat przestają badać jego skórę, blondyn po prostu całuje  ją krótko w usta po czym wychodzi.
***
Siedząc przy łóżku taty zastanawia się co robi Agnes. Od mamy dowiedział się bowiem, że dziewczyna wyszła z hotelu. Nie ma jej tego za złe, nie czuje, że go opuściła, bo przecież od kilku dni nic innego nie robiła tylko była ciągle przy jego boku. Wie, że zawinił. Niby powiedział jedno zdanie, ale zdaje sobie sprawę, iż to na pewno ją dotknęło. Więc postanawia sobie, iż kiedy jego mama przyjdzie, on porozmawia ze swoją kobietą. Teraz jednak spogląda na tatę, który uparcie śpi.
-Tato, możesz się w końcu obudzić?- pyta syn cicho.- My tu czekamy na ciebie, martwimy się. Postaraj się, tak?- mocniej ściska jego dłoń.- Martwię się tym, że się nie budzisz, ale jeszcze martwię się, bo powiedziałem coś i Agnes, moja dziewczyna... Te słowa mogły ją urazić, na pewno uraziły... Ona się o mnie martwi, co jest zrozumiałe, a ja chyba okazałem się niewdzięcznikiem. - mówi.- Nie chcę jej stracić, wiesz? Ja ją kocham, naprawdę kocham, kocham mocno.- wyznaje po czym milknie na moment.-Po tym jak zostałem zdradzony... To było straszne.- wzdycha.- Po takim czymś, w takich momentach i po takich zdarzeniach nie wierzysz, że kiedykolwiek będziesz w stanie komuś zaufać ponownie. Ja też nie wierzyłem... Ale okazało się, że można, trzeba tylko spotkać odpowiednią osobę. - szepce.- Ona jest taką osobą. - stwierdza.- Jestem pewien tego uczucia... I chciałbym mieć z nią dziecko.- wyznaje.- Chciałbym również byś był obok i mógł to zobaczyć, więc musisz walczyć. Musisz się obudzić, tato.- szepce.
Słyszy jak odsuwają się drzwi. Odwraca głowę i widzi Agnes. Na jego twarzy pojawia się lekki uśmiech, bo przyszła. Dziewczyna podchodzi do łóżka zanim Ricky może zareagować. Wstaje z fotela, po czym puszcza dłoń ojca i przytula do siebie mocno blondynkę.
-Przepraszam.- szepce w jej włosy.-Przepraszam kochanie.- powtarza.- Nie chciałem cię zranić, ja wiem, iż się martwisz, rozumiem to i dziękuję za troskę. Wybacz mi.- prosi.- Kocham cię tak bardzo, nie chcę sprawiać ci przykrości, nie chcę abyś cierpiała. 
-Ja też cię kocham, Ricky.- mówi Agnes.- Przepraszam, że dopiero przyszłam, ale musiałam odsapnąć moment.
-Rozumiem, w porządku. Kocham cię.
-Ja ciebie też.
Ich usta łączą się w małym pocałunku. Oni jeszcze tego nie wiedzą, ale ktoś bardzo ucieszy  ten widok...
***
Kilka minut wcześniej.
Słyszy głos, męski głos. Zna go, zna bardzo dobrze. Słucha, choć on nie mówi, nie może. Jednak trafia do niego każde słowo. Próbuje odpowiedzieć, jednak jego usta na razie nie chcą współpracować. Chce otworzyć oczy, jednak powieki zdają się być za ciężkie. Wtedy próbuje poruszyć dłonią, jednak i te starania są bezskuteczne. Więc po prostu słucha. Jego umysł rejestruje każdą literę, wyraz, każde zdanie... To nie pierwszy raz, kiedy do niego mówią... Wcześniej również słyszał, każde słowo...
Słyszy również jakiś dźwięk, potem ciche kroki. Następnie padają słowa... Przeprosiny... 
Słucha... Po chwili podejmuje kolejną próbę pokazania tego, że jest, że słyszy... I kiedy w końcu jego powieki odrobinę się uchylają, obraz, który widzi przed sobą wywołuje mały uśmiech na jego twarzy...
-Rick...- chce powiedzieć, ale z jego gardła wydobywa się jedynie jakiś bełkot, jednak to wystarczy, by twarze zarówno mężczyzny jak i kobiety zwróciły się w jego stronę. Na ich twarzach maluje się szok i zaskoczenie, ale zaraz potem pojawia się radość...
-Tato...-mówi dziennikarz.- Wróciłeś, tato...
***
Łapcie kolejny rozdział. Wiem, że teraz była kolej na rozdział na drugim blogu, ale jakoś nie miałam na tamten weny więc napisałam tutaj. 
Komentujcie, będzie mi miło. Pozdrawiam.
                                                                             



środa, 12 sierpnia 2015

14. Historia miłości...

Przemierza ulice Dortmundu, jadąc na sesję z Alice. W dziecięcym foteliku siedzi jego córeczka, jest oczywiście przypięta pasami. Dziewczynka gaworzy i gryzie jakąś zabawkę. Mario jest skupiony na drodze, jednak od czasu do czasu zerka w stronę Julie. Dziewczynka, choć jest mała, jednak coraz bardziej przypomina Ann. Na twarzy Mario pojawia się uśmiech, kiedy Julie piszczy radośnie:
-Jesteś szczęśliwa prawda, Jull?- zwraca się do niej.
Uwielbia patrzeć na swoją córeczkę, szczególnie wtedy, gdy ta szeroko się uśmiecha, a jej oczy błyszczą. I przypomina sobie, iż oczy jego żony również błyszczały w ten sam sposób, kiedy była szczęśliwa. Przypomina sobie ich blask szczególnie wtedy, gdy oczekiwali dziecka. Bo wtedy właśnie ten blask bił z nich cały czas, codziennie, każdego dnia przez kilka miesięcy. Wcześniej również byli szczęśliwi, ale wtedy to szczęście było bardziej intensywne, stałe. 
Zatrzymuje się na skrzyżowaniu i zerka na swoją małą córeczkę, która w tym momencie ponownie wpycha sobie zabawkę do buzi.
-Kocham Cię moja mała księżniczko.- mówi do niej z czułością, a dziewczynka patrzy na niego.- Tatuś cię bardzo, bardzo kocha.- powtarza.
***
Alice siedzi w salonie na kanapie i przegląda maile, gdy słyszy odgłos zamykanych drzwi. Po chwili widzi swoją córkę, która uśmiecha się do niej odkładając torebkę na fotel, po czym siada na drugim. Na jej twarzy gości delikatny uśmiech więc Alice również się uśmiecha:
-Jak twoja kostka?- pyta patrząc na obandażowaną nogę swojej rodzicielki.
-Jest nieźle, bo wzięłam tabletkę przeciwbólową. Bez niej bardzo mnie bolała.- odpowiada. 
-Musisz po prostu pozwolić jej wydobrzeć.- mówi blondynka.- Odwołałaś swoje sesje? 
-Ja...
-Mamo, miałaś zadzwonić i odwołać sesje. Przecież z taką spuchniętą kostką nie będziesz siedzieć w gabinecie i przyjmować pacjentów.-- gani ją dziewczyna.
-Spokojnie, odwołałam.- uspakaja córkę.- Oprócz jednej, ale ta osoba zjawi się tutaj.- mówi.
-Kim jest ta osoba, że nie mogłaś przesunąć sesji, na termin, kiedy będziesz przyjmować?
-To Mario.- odpowiada.-Ta jego sesja była przekładana dwa razy, nie mogłam przełożyć trzeci.- tłumaczy.
-Polubiłaś go.- zauważa Emily.
-Jego nie da się nie lubić, Emi.- stwierdza, a potem ma jeszcze coś powiedzieć, jednak dzwonek do drzwi jej przerywa. Emily podnosi się z fotela po czym wychodzi z salonu. Chwilkę później wraca z Mario, który trzyma w ramionach Julie.
-Dzień dobry.-mówi.- Jak twoja kostka?- pyta.
-Nie jest źle.- odpowiada kobieta.
-Nałykała się pigułek przeciwbólowych.- stwierdza Emily.- Napijesz się czegoś?- spogląda na piłkarza.
-Wody, jeśli mogę prosić.- odpowiada.
-Mamo zrobić ci herbatę?
-Tak, poproszę.
Emily wychodzi do kuchni, a kiedy wraca kilka minut później jego mamy i piłkarza nie ma w salonie dlatego idzie do gabinetu.Przed wejściem puka do drzwi, a dopiero potem wchodzi. Jej mama śmieje się, na twarzy Mario również gości uśmiech i Emily myśli, że chłopak ma piękny uśmiech. Stawia napoje na stoliku, po czym stawia tam również muffinki.
-To tak na osłodę.- mówi uśmiechając się, a Julie siedząca na kolanach taty wyciąga w jej stronę rączkę.-Chodź do mnie okruszku.- dziewczyna wyciąga dłonie w stronę dziewczynki uśmiechając się do niej, a mała również podnosi swoje rączki. Mario pozwala córce terapeutki wziąć małą na ręce.- My pójdziemy na mały spacer po ogrodzie, a wy będziecie mogli sobie porozmawiać.- spogląda na Mario.- To w porządku?
-Tak, ale nie musisz...
-Ale to dla mnie przyjemność i chcę się nią zająć.- mówi dziewczyna.
-Dobrze.
***
Alice słucha dokładnie tego co mówi piłkarz. Do tej pory, na każdej z sesji wszystko działo się powoli. Nie poruszała pewnych tematów, kiedy zauważała, że to niekomfortowe dla szatyna, lub po prostu jest zbyt wcześnie. Tym razem dzieje się inaczej. Tym razem już na wstępie czuje, iż chłopak chce powiedzieć więcej niż zwykle. Zauważa również zmęczenie na jego twarzy i tak własnie zaczyna się ich rozmowa. 
-Od kiedy nie śpisz?- pyta.
-Od dwóch tygodni. - odpowiada.- To takie rzuty, mówiłem ci poprzednim razem o tym. To nie tak, że w ogóle nie śpię, po prostu nie przesypiam spokojnie nocy. Budzę się kilka razy, potem nie mogę zasnąć. Tak się zastanawiałem nad tymi pigułkami, które kiedyś brałem, ale ostatnio powiedziałaś, że najlepiej to przetrwać, spróbować bez wspomagaczy.
-Tak jest najlepiej. Tamtym razem pomogło.
-Tamtym razem po prostu trenowałem wieczorami, więc byłem tak zmęczony, iż zasypiałem od razu.
-Przestałeś trenować wieczorami?
-Nie, ale mój organizm przyzwyczaił się do większego wysiłku. Poza tym... Poza tym wróciły obrazy z wypadku. 
-Śni ci się wypadek?
-Hmm... Nie do końca, to takie urywaki, przebłyski, czasem śni mi się, że Ann mnie woła... Nie mogę jej znaleźć, choć szukam...- patrzy na nią.
-Opowiesz mi o Ann? Powiesz mi o waszej miłości?- pyta Alice patrząc na niego. Wydaje jej się najpierw, że zobaczy jakiś grymas na twarzy piłkarza, który będzie oznaczał, że to trudne, za trudne. Ten się jednak nie pojawia, zamiast niego na twarzy szatyna pojawia się delikatny uśmiech.
-Wiesz, moja córeczka...Nasza córeczka.- poprawia się.- Widzę  niej coraz więcej podobieństw do mojej żony. Oczy... Ma jej oczy. Ten sam kolor i te błyski jak jest szczęśliwa i radosna...- wymienia.- Myślę, że ma jej usta, wiesz kształt. To może się zmienić, Julie jest malutka, ale oglądałem zdjęcia małej Ann i muszę powiedzieć, że naprawdę są bardzo podobne. Kolor włosów... Może chcę to wszystko widzieć, może mi się tak tylko wydaje, ale... chciałbym, by była podobna do Ann... Moja żona była nie tylko piękną kobietą, była nie tylko piękna fizycznie, ale była piękna w środku. I gdy ją poznałem od razu mnie wzięło. Bardzo, ale to bardzo mi się spodobała, jednak z nią nie było tak łatwo. Wiele osób uważa, iż była typową Wags- w tym gorszym znaczeniu tego słowa. Wiesz, że była ze mną, ponieważ jestem piłkarzem, mogłem jej zapewnić wygodne życie, a przy okazji związku ze mną, mogły się nią zainteresować osoby z branży modelingu, bo przecież była modelką, więc mogła zrobić większą karierę. Jednak ona na to nie patrzyła, nie kierowała się tym, kiedy zaczęliśmy się umawiać. Właściwie najpierw nie chciała się ze mną umówić, ponieważ o piłkarzach też ludzie nie mają dobrej opinii. Stereotypy piłkarza- kobieciarza. Jednak w końcu dała się przekonać i zgodziła się gdzieś ze mną wyjść, Potem było kolejne spotkanie i kolejne i następne.Tak było dobre 4 miesiące.  I powiem, że najpierw się zaprzyjaźniliśmy, a dopiero potem odważyłem się jej powiedzieć, ze czuję do niej coś więcej. A odpowiedziała tym samym, byłem przeszczęśliwy  i w końcu ją pocałowałem. I może uznasz, że jestem szalony, ale ten pocałunek pamiętam do dziś. Potem całowałem ją wiele razy, ale tamten wieczór był magiczny, bo wtedy poczułem, że to jest właściwie początek naszej wspólnej historii. I faktycznie to był początek wielu szczęśliwych wspólnych lat.- przerywa podnosząc wzrok.- Ann od zawsze, od samego początku , była dla mnie opoką, ogromnym wsparciem, moją bezpieczną przystanią. Przy niej, kiedy działo się coś złego, miałem gorszy czas jeśli chodzi o piłkę, albo walczyłem z kontuzjami, to wszystko bladło. Choćby nie wiadomo jak źle było, choćbym nie wiadomo jak zrezygnowany był, choćbym nie wiem jak był zły, kiedy wracałem do domu, a ona na mnie czekała, (kiedy już ze sobą mieszkaliśmy), to wszystko odchodziło na bok. Ona wiele razy mówiła mi też, że w moich ramionach czuje się kochana, chciana i bezpieczna. Ja w jej ramionach czułem dokładnie to samo. Dużo pracowała, jednak była na każdym ważnym dla mnie meczu, jeśli była w domu to często przychodziła też na mniej znaczące. Kilka razy zrezygnowała z intratnych ofert, bo ja miałem ważny mecz. Nigdy nie wymagałem od niej tego, by rezygnowała z czegoś, co jest dla niej ważne, ze względu na moje mecze. Ja kochałem piłkę, a ona to w pełni akceptowała, a ona kochała swoją pracę. Miała też obsesję na punkcie zdrowego stylu życia, wiesz... zdrowe jedzenie, dużo ćwiczyła, generalnie żyliśmy i wypoczywaliśmy też aktywnie,  ale były też dni, kiedy mieliśmy wolne i po prostu potrafiliśmy cały dzień przeleżeć na kanapie oglądając jakieś tam filmy i tuląc się po prostu. Nic więcej nie było nam potrzebne do szczęścia. I wtedy grzeszyliśmy jedząc pizzę.- uśmiecha się na to wspomnienie, a Alice obserwuje go i widzi jak z jego oczy rozjaśniły się bardzo, od momentu, w którym zaczął mówić o swojej żonie.
-Mieliście też pewnie złe momenty...- mówi kobieta.
-Tak, było ich sporo. Wiesz... my się generalnie nie kłóciliśmy, nie krzyczeliśmy na siebie, staraliśmy się rozmawiać spokojnie, kiedy wynikał jakiś problem, były ciche dni i łzy również. Były telefony do przyjaciół, jak nie potrafiliśmy się dogadać, a potrzebowaliśmy rozmowy i czyjegoś neutralnego spojrzenia. Ann była wielką zazdrośnicą. Wiesz... gdzieś wyszliśmy, to przeważnie natknęliśmy się na kibiców, często pozowałem z nimi do zdjęć. Były wśród nich również kobiety. Były miłe, a ona złościła się, bo podobno mnie podrywały. Szczerze, to nigdy nie zdarzyło mi się popatrzeć na inną kobietę w sposób, w jaki patrzyłem na moją Ann. Tłumaczyłem jej to wiele razy, wiedziała to, ufała mi, jednak kiedy widziała jak któraś próbuje ze mną flirtować, bo była zła. Mnie to czasem bawiło, bo zdarzyło się, że małymi gestami pokazywała im, że jestem tylko jej.
-Ty też bywałeś zazdrosny?
-Tak, ale starałem się panować nad sobą. Przedkładałem zaufanie nad zazdrość, ale miałem gorsze momenty. Byłem bardzo zazdrosny o Antonia. Ann z nim często pracowała. Robił do niej podchody, a mnie to strasznie irytowało. Jednak koniec końców potrafiliśmy zawsze wyjaśnić sobie wszystko z Ann. Obydwoje mieliśmy zawsze poczucie, iż nasza miłość jest ponad wszystko, że ona przetrwa wszelkie złe chwile. I przetrwała.- zawiesił głos na chwilę.- Straciliśmy dziecko. - powiedział.- Plotkowano o tym w programach śniadaniowych, kiedy zauważono mnie w klinice. Podejrzewano, bo my nigdy, ani nikt z naszych bliskich nie potwierdził tej informacji. To nie była planowana ciąża, nie wiedziałem, Ann również. Dowiedzieliśmy się o dziecku, jak już je straciliśmy. Pamiętam jak bardzo płakała. Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro nie wiedzieliśmy, nie zdążyliśmy przyzwyczaić się do myśli o rodzicielstwie, to będzie mniej boleć. Bolało bardzo. Przetrwaliśmy to, przeszliśmy przez to razem, właściwie zawsze byliśmy razem, dzieliliśmy wszystko. Oczywiście mieliśmy przyjaciół. Oni zawsze byli i wszyscy bez wyjątku kochali Ann. Dla Marco była jak siostra. Jej nie dało się nie kochać. Na niektórych zdjęciach wygląda tak poważnie, tak jakby była zdystansowana, ale ona była naprawdę przemiłą, ciepłą i kochaną osobą.- spogląda na terapeutkę.- Ja naprawdę nie potrafię wyrazić słowami jak bardzo ją kochałem, Alice.- mówi.- Źle powiedziałem... Ja nadal ją tak kocham i nie przestanę nigdy. Takie uczucia nie znikają. 
-Nikt nie chce, byś przestał ją kochać, Mario. - odzywa się lekarka.- Rozstaliście się...
-Tak i to był najtrudniejszy czas w moim życiu...- wyznaje.- Nie dogadywaliśmy się, nie wiem właściwie co się stało. Próbowaliśmy, staraliśmy się, walczyliśmy, ale w pewnym momencie Ann była tak niepewna tego co czuje, że przeczuwałem, iż tak to się skończy. I pewnego dnia powiedziała mi, że potrzebuje przerwy, bo nie wie co czuje, czy jej miłość do mnie jest tak samo mocna jak była. Zasugerowała, że jej uczucia się zmieniły, zbladły... To strasznie mnie dotknęło, zabolało tak, jakby ktoś ugodził mnie nożem prosto w serce, bo moje uczucia nadal były tak samo żywe. Nie mogłem jednak nie dać jej tego czego potrzebowała... wolności i czasu... Dobrze ją znałem, jak nikogo innego i zauważyłem co się z nią działo. Wiesz... ja zawsze chciałem, by była szczęśliwa, a w tamtym momencie nie była więc pozwoliłem jej odejść. Uważałem, że jeśli beze mnie będzie szczęśliwsza, to niech tak będzie. Jednak to nie tak, że nie czekałem każdego dnia na jej powrót. Czekałem codziennie, codziennie, Alicjo. I każdego dnia, kiedy się nie zjawiała, bolało... 
-Wróciła w końcu...
-Tak, pojawiła się pewnego dnia. Była zmarznięta i zdezorientowana. Bała się czegoś, nie wiedziałem... A potem podczas rozmowy, z obawą, powiedziała mi najpiękniejszą nowinę jaką ktokolwiek, kiedykolwiek mi przekazał. Powiedziała, iż spodziewa się naszego dziecka. Nie pamiętam czy najpierw powiedziała, że popełniła błąd odchodząc, bo jej miłość ciągle jest tak samo silna, że nadal kocha mnie tak samo mocno i to się nigdy nie zmieni, czy przekazała wiadomość o ciąży. I znów byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
-Mówiłeś, że się bała, jak przyszła...
-Tak, że nie uwierzę, że maleństwo, które nosi pod sercem jest moje...
-Nie miałeś wątpliwości?
-Ani przez sekundę. Ann nigdy by  mnie nie okłamała w tak ważnej sprawie. Julie jest moją córeczką, ani przez ułamki sekund nie myślałem i nie myślę inaczej. Wzięliśmy ślub. To był piękny i najważniejszy dzień w naszym życiu. Kolejnym miał być dzień narodzin naszej córeczki. My naprawdę na nią czekaliśmy. Julie jest wyczekiwanym i chcianym dzieckiem. I wiem, że gdyby żyła moja żona to nie byłaby jedynym, gdyż zawsze chcieliśmy mieć przynajmniej dwójkę dzieci. Tak się nie stanie, niestety. Ja nie mam przy sobie mojej żony, a Julie nigdy nie przytuli się do swojej mamy. Nie wiem dlaczego Bóg nam ją odebrał, nie rozumiem...- spogląda na kobietę siedzącą w fotelu.- Wszyscy mówią, że czas leczy rany, ale to nieprawda. Po prostu w miarę jego upływu, przyzwyczajamy się do bólu, uczymy się z nim żyć. Ja mam wrażenie, że nigdy się nie nauczę. Codziennie boli tak samo. Codziennie wstaję z łóżka czując go i kładę się spać z tym samym uczuciem. Codziennie umieram z tęsknoty za nią... I nie wiem czy chciałbym żyć dalej, gdyby nie moja córeczka...
***
Huśta się na drewnianej, ogrodowej huśtawce. W swoich ramionach trzyma małą, śpiącą dziewczynkę. Spogląda na spokojnie śpiące dziecko i widzi, że po twarzy maleństwa raz po raz przemyka uśmiech. Mała mimowolnie, w niektórych momentach uśmiecha się. Dziewczynka jest prześliczna, blondynka nie może oderwać od niej wzroku. Zawsze uwielbiała dzieci, w tej kwestii od lat nic się nie zmienia. Zawsze chciała je mieć, niestety to bardzo prawdopodobne, iż to marzenie nigdy się nie spełni. Ta myśl uderza w nią nagle, z nienacka. Do tej pory cieszyła się szansą, którą dostała. W tym momencie, gdy trzyma w ramionach tę małą, wspaniałą istotkę, te myśli zalewają jej umysł. Przecież ona nie będzie za jakiś czas mogła trzymać takiego małego szczęścia w swoich ramionach, szczęścia, które byłoby jej. I to boli.
***
Wychodzi przez drzwi tarasowe zgodnie ze wskazówką Alice, która z racji bolącej i opuchniętej kostki nie mogła mu towarzyszyć i nie widzi nigdzie córki kobiety. Wychodzi na taras po czym staje i opiera się o barierkę. Rozgląda się. Ogród jest piękny. W oddali, w rogu widzi huśtawkę, a na nim siedzącą dziewczynę. Jej rozpuszczone włosy opadają na jej twarz, z racji tego iż dziewczyna ma głowę nieco pochyloną do przodu. I może Mario ma zwidy, ale przez ułamki sekund wydaje mu się, iż to nie Emily siedzi na huśtawce trzymając w ramionach śpiącą dziewczynkę, a jego Ann. W tym momencie i w tej pozie tak bardzo mu ją przypomina...
***
Kolejny rozdział napisany zupełnie spontanicznie. Wybaczcie błędy i niedociągnięcia, ale zupełnie nie mam siły sprawdzać i poprawiać. 
Pisałam, że zamierzam czekać na 10 komentarzy- cóż nie zaczekałam, bo pomyślałam, iż się nie doczekam. Jest mi przykro, że wiele osób czyta, a nie chce zostawić po sobie kilku słów...