niedziela, 31 maja 2015

6. " Kocham Cię najbardziej na świecie"

Natalie obserwuje Marco, który w tym momencie bawi się z dziećmi.  Jako, że część ogrodu  przeznaczyli dla swoich pociech na mini plac zabaw, gdzie są huśtawki, zjeżdżalnia, piaskownica, mini karuzela, stoi tam także mały domek, jest też małe boisko, ich latorośle przeważnie się nie nudzą. Marco kiedyś obiecał Natalie, że podzielą się obowiązkami i opieką nad dziećmi tak, by ona również miała czas na malowanie. Jej mąż jest słowny więc dotrzymuje  danego słowa i gdy tylko nie jest w klubie, nie trenuje, czy nie wyjeżdża na mecze, spędza praktycznie cały swój czas z ich małymi pociechami. Oczywiście organizują wszystko tak, by mogli też gdzieś wyjść ze znajomymi, razem czy osobno, wtedy opiekę przejmują dziadkowie lub, co zdarza się często, Agnes i Ricky, obydwoje zakochani w Cassandrze i Oliverze do szaleństwa. Nie raz Natalie z Marco sugerowali im, by postarali się o takie maleństwo, jednak niespecjalnie wzięli sobie tę radę do serca ponieważ, choć są szczęśliwie w sobie zakochani, nie widzą świata poza sobą, to nie śpieszą się z niczym. Malarka uśmiecha się gdy jej mąż ląduje na trawie, a Cassy zaraz potem wdrapuje mu się na brzuch. 
-No i co teraz kochanie?- pyta ją blondyn.
-Całus.- odpowiada swoim dziecięcym głosem dziewczynka po czym nachyla się do przodu tak, że leży na brzuszku na torsie taty, po czym składa swoje małe usta w dzióbek , by następnie pocałować swojego ojca w policzek. Na twarz piłkarza wkrada się wielki uśmiech, gdyż uwielbia kiedy córeczka okazuje mu swoje uczucia właśnie w ten sposób. Skrzydłowy zawsze jest zachwycony gdy Cassandra wdrapuje mu się na kolana, kiedy obejmuje go tymi swoimi małymi, pulchnymi rączkami, gdy wtula się w niego w momencie, gdy pojawia się jakaś nowa osoba, której ona nie zna, wie, iż w ramionach swojego taty zawsze jest bezpieczna. Jednak najfajniejsze jest to, iż zawsze, gdy widzi jak jej tata okazuje czułość jej mamie całując ją, co zdarza się dość często, ponieważ temperatura uczuć Natalie i Marco nie spadła i pewnie nigdy to się nie zdarzy, ona również domaga się, by ją również pocałował i składa swoje małe usta w dzióbek. Marco zawsze wtedy oczywiście daje jej małego całusa, po czym bierze w ramiona, przytula i mówi jak bardzo ją kocha. 
-Odleciałaś...- słyszy głos swojego męża, który wchodzi na taras, a następnie kuca przy jej leżaku po czym nachyla się, aby zrobić to o czym myślał od dłuższej chwili. Pocałunek jest niezbyt długi, bo to nie jest czas na większe czułości, wszakże muszą zerkać na dzieci, ale  jest na tyle intensywny, iż oboje zdecydowanie mają ochotę na więcej. Piłkarz układa się na leżaku obok i obydwoje obserwują jak ich latorośle bawią się w piaskownicy.
-Nie mówiłeś nic o Mario... - zaczyna temat brunetka.
-Rozmawiałem z nim. Śniła mu się Ann...- mówi po czym opowiada jej sen, który miał ich przyjaciel.
-Wiesz... Mnie również się śniła.- wyznaje Natalie. Marco spogląda na żonę pytająco więc znów zaczyna mówić.- Była smutna, szukała Mario... Przyszła do naszego domu i pytała o niego. Panikowała, bo nie mogła go znaleźć, wiesz jaka potrafiła być wystraszona, kiedy się o niego martwiła. 
-Pamiętam...- mówi blondyn.
-Jak myślisz co znaczą te sny?
-Nie wiem... 
-Wierzysz, że osoby, które umierają widzą co się z nami dzieje, wiedzą jak cierpimy?- zadaje mu pytanie.
-Sam nie wiem... Jeśli to prawda to widząc go w takim stanie i ona cierpi. Zawsze cierpiała kiedy on cierpiał. 
-Musimy mu pomóc się pozbierać. Nie wiem jak tego dokonamy, ale on musi się z tego podnieść. Musi dla siebie i dla Julie. 
***
Kilka dni później.
Słyszy kroki więc domyśla się, że jej syn nie śpi. Nasłuchuje chwilę, wie, iż opuścił swój pokój, jednak jest pewna, że nie słyszała jakoby schodził po schodach na dół. Postanawia sprawdzić toteż powoli, by nie obudzić śpiącego męża, podnosi się z łóżka, ubiera na siebie szlafrok, wsuwa stopy w kapcie i po cichu kieruje się do drzwi. Na korytarzu nie ma Mario więc cicho idzie w stronę jego sypialni. Nie znajduje go tam. Ma zamiar sprawdzić na dole, ale najpierw postanawia zerknąć do pokoju wnuczki. Drzwi są jak zwykle uchylone lekko, w środku świeci się mała lampka, którą zawsze zostawiają. Cicho podchodzi do drzwi, ma zamiar złapać za klamkę, by je otworzyć szerzej, ale nie robi tego ponieważ zauważa, iż jej syn jest w pokoju córeczki. Liliana nie zdradza swojej obecności, po prostu patrzy na niego jak nachyla się nad łóżeczkiem, patrzy na swoją córeczkę, w pewnym momencie dotyka opuszkami palców jej policzka.
Do uszu mamy piłkarza dociera cicho wypowiedziane wyznanie. Może zostało wypowiedziane prawie szeptem, ale Liliana jest pewna, iż jej syn kilkanaście sekund wcześniej powiedział swojej córeczce słowa " Kocham Cię najbardziej na świecie." Po usłyszeniu takiego wyznania czuje jakby coś mocno ścisnęło ją za gardło i nie chciało puścić. Nie wchodzi do środka, nie chce zakłócać tego momentu, bo niewiele ich jest. Niestety jej syn przeważnie nie ma siły zajmować się małą, wykończony bezsennymi nocami, płaczem. Rozumieją jego stan, przecież po takiej stracie nikt nie potrafiłby od razu dojść do siebie. Rozumieją i czekają, bo przecież taki stan nie może trwać wiecznie.  
***
Schodząc na dół słyszy głos swojego przyjaciela i rodziców. Domyśla się, iż znajdują się na tarasie. Dodatkowo do jego uszu dociera również śmiech dziecka, a dokładnie Olivera. Faktycznie drzwi na taras są uchylone więc tam się kieruje. Może nie wygląda zbyt dobrze, ubrany w bawełniane krótkie spodenki, z trzydniowym zarostem na twarzy, zapomniał ubrać też koszulkę, ale nie ma zamiaru wracać się na górę, bez której być może nadmiernie wyeksponuje swoje zbyt chude już ciało, jednak dochodzi do wniosku, iż to tylko jego rodzice i przyjaciel, którzy widywali go ostatnio w o wiele gorszym stanie. Nie zauważają momentu gdy staje w drzwiach tarasowych. Liliana i Jurgen bowiem siedzą na krzesłach tyłem do niego, a Marco obecnie kuca w ogrodzie trzymając w ramionach jego maleńką córeczkę i mówiąc coś do Oliego, który stoi obok taty i wpatruje się w Julie. Dopiero po chwili, gdy blondyn podnosi się i odwraca w stronę tarasu zauważa obecność szatyna. 
-Cześć.- mówi uśmiechając się.- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, iż na chwilę porwałem tę małą księżniczkę.- spogląda na przyjaciela. Rodzice zauważają obecność syna.
-Chodź  do nas.- zachęca go Liliana więc to robi, nie siada jednak na krześle, ale schodzi z tarasu i idzie w stronę Marco i córki. Ma zamiar przywitać się z blondynem, ale ubiega go Oliver, który zabiega mu drogę.
-Wuuujek.- piszczy chłopiec, a Mario widząc jego uśmiech ma zamiar wziąć go na ręce, szybko jednak karci się za tę myśl, bo przypomina sobie, iż jeszcze 15 minut wcześniej w łazience zrobiło mu się słabo, tak więc kuca po czym przytula do siebie synka przyjaciela.
-Cześć szkrabie.- mówi.- Bardzo się cieszę, że mnie odwiedziłeś.
-Ciebie, Jull, Jurgena i Lil.- wylicza.
-No tak, gafa... Cieszymy się, że nas odwiedziłeś z tatą.- poprawia się pomocnik bawarczyków.
-Mamusia też chciała przyjechać, ale...- nie kończy ponieważ zauważa kota w rogu ogrodu więc po prostu biegnie w jego stronę.
-Czyj to kot?- pyta blondyn.
-Sąsiada, zaraz zwieje, nie martw się.- odpowiada Mario, a Jurgen idzie do Olivera, który obserwuje kota z bezpiecznej odległości bojąc się podejść bliżej.
-Natalie też miała przyjechać, ale Cassie zasnęła 15 minut przed wyjściem z domu na dywanie  w salonie więc Natalie stwierdziła, że jeśli zaczniemy ją przenosić to się obudzi, będzie niewyspana, a co za tym idzie marudna...
-Rozumiem, tak bywa z małymi dziećmi.- mówi szatyn patrząc na swoją córeczkę przysypiającą w ramionach przyjaciela.
-Zasnęła. Jak ją brałem to nie spała.
-Nie wiem czy to już widać, może mi się wydaje, ale ma usta Ann...- mówi cicho szatyn.- Nos chyba też...
-Też mi się tak wydaje.- stwierdza Marco.-Może włożę ją do wózka, będzie jej wygodniej.- proponuje i po chwili mała Julie śpi już w wózku. Marco zajmuje miejsce na jednym z krzeseł na tarasie, obserwując jak Mario całuje swoją córkę w czoło. Nie umyka jego uwadze fakt, że gdy szatyn prostuje się do pionu łapie się lewą ręką za drewniany tarasowy filar i na chwilę przymyka oczy. Blondyn wstaje i po wykonaniu kilku kroków stoi przy przyjacielu:
-Co się stało?- pyta kładąc mu dłoń na ramieniu. Szatyn otwiera oczy, spogląda na skrzydłowego BvB po czym odpowiada siląc się na swobodny ton.
-Wszystko w porządku.
-Nie okłamuj mnie.- ton głosu Marco jest surowy.- Nigdy mnie nie okłamuj Mario.- mówi patrząc w oczy przyjaciela.- Po prostu tego nie rób, nie zasługuję na to.
-Przepraszam...- mówi ze skruchą szatyn.-Nie chcę byś się martwił. Po prostu zakręciło mi się w głowie...
-Będę martwił się bardziej jak będziesz kłamał. - stwierdza blondyn.- A co do zawrotów głowy... Zaraz zadzwonię i umówię cię do lekarza.- wyciąga telefon w celu przeszukania listy kontaktów gdy młodszy protestuje.
-Nie ma potrzeby, po prostu źle spałem, jestem zmęczony...- tłumaczy się.
-Wiem, ale do tego wszystkiego dochodzi też to, iż bardzo schudłeś.- patrzy na niego.- Potrzebujesz badań, może masz anemię, bo zawroty głowy to na pewno nie jest objaw zdrowia tym bardziej, że przed tym wszystkim byłeś okazem zdrowia więc nie mów mi, że wizyta u lekarza jest niepotrzebna, bo nie mam zamiaru cię słuchać. - stwierdza widząc, iż szatyn ma zamiar dyskutować na ten temat, jednak te słowa starczą, wie, iż Marco nie przyjmie żadnych argumentów. Kiedy blondyn rozmawia ze znajomym lekarzem, on po prostu siada na krześle, pojawiają się również jego rodzice z Oliverem. Gdy chwilę później Marco wkłada komórkę do kieszeni Liliana patrzy na niego pytającym wzrokiem, który Mario widzi.
-Umówiłem cię na 8:00 rano jutro.- informuje go.- Pójdę z tobą, żebyś się nie rozmyślił. 
-Nie jestem dzieckiem.- irytację w głosie młodszego usłyszeć by można była z odległości kilometra.
-Nie jesteś, ale czasem tak się zachowujesz.- odpowiada starszy.-Wiem, że jesteś zły, może myślisz, że się wtrącam, ale ja to robię tylko i wyłącznie dlatego, że mi na tobie zależy i nie mam zamiaru stać bezczynnie z boku i się tylko przyglądać. Jesteśmy braćmi pamiętasz? Ty byś postąpił tak samo...
***
Od godziny maluje. Ostatnio ma na to mniej czasu, bo choć Marco stara się zajmować dziećmi kiedy nie trenuje i nie wypełnia innych obowiązków wobec klubu czy sponsorów, to Mario i mała Julie pochłania mnóstwo jego, a właściwie ich czasu. Jest przyjacielem, kimś bardzo bliskim, nie umieją i przede wszystkim nie chcą zostawić go z tym samego. Tym razem jednak Natalie wykorzystuje czas, gdyż jej mąż zabrał dzieci i pojechał do swojej siostry. W pewnym momencie przerywa na chwilę nakładanie farby po czym przygląda się chwilę obrazowi, który maluje. Decyduje iż nie potrzeba więcje zielonego koloru toteż wyciska na paletę odrobinę brązu, zmienia pędzel na cieńszy i zaczyna znów malować. Dwadzieścia minut i niezliczoną ilość ruchów pędzla później słyszy dźwięk dzwonka, który oznacza iż ktoś dzwoni na skype. Jako, że zostawiła laptopa w sypialni, szybko wyciera dłoń z resztki farby, po czym opuszcza pracownię. W sypialni odbiera i za moment widzi roześmianą twarz swojej przyjaciółki:
-Cześć. Co za miła niespodzianka.- mówi do Agnes.
-No właśnie, co za miła niespodzianka, że raczyłaś odebrać skype!- mówi blondynka.- Mówiłam do Ricky'ego, że szkoda dzwonić, bo pewnie zamknęłaś się w pracowni i cały świat poza tobą, sztalugą, dziesiątkami pędzli i wszystkimi tubami kolorów nie istnieje...
-Jak widzisz istnieje, choć faktycznie malowałam.- odpowiada malarka.
-To ja jej kazałem zadzwonić, ale się upierała, że na pewno nie odbierzesz, gdyż ona wie, że miałaś malować. Jak widać tym razem to ja miałem rację.- patrzy śmiejąc się na swoją dziewczynę.- Znowu miałem rację kochanie.
-Miałeś... Przyznaję.-mówi blondynka.- Skoro już odebrałaś.- zwraca się do brunetki.- Może powiedz nam co u Was, bo nie rozmawiałyśmy całe 3 dni.- uśmiecha się agentka.
-No własnie też jestem ciekaw.- Ricky zajmuje miejsce obok swojej drugiej połowy po czym obejmuje ją ramieniem i przyciąga bliżej siebie, a ona nie oponuje, jeszcze bardziej lgnie do niego.
-U nas w porządku.- odpowiada malarka.- Marco pojechał z dziećmi do Mel, a ja wykorzystuję chwilę ich nieobecności, by dokończyć obraz. Kiedy są w domu dzieci ciężko to zrobić, bo są wszędzie.
-No tak.
-Jednak gdy ich nie ma, tak jak teraz, to choć mogę pracować, to czuję pustkę.- wyjaśnia Natalie.- Jest pusto w domu, zbyt cicho...
-Tak źle i tak nie dobrze.- śmieje się Ricky.- Kto wam kobietom dogodzi?- pyta retorycznie.- Nie martw się Natalie, Marco pewnie, a raczej na pewno odczuwa to podobnie.
-Pewnie tak.
-A co u Mario i Jull?
-Marco wczoraj zabrał go do lekarza, bo podobno w domu robiło mu się słabo. Pewnie nikt by nic nie wiedział, ale akurat był przy nim gdy zakręciło mu się w głowie i słabiej się poczuł. Właściwie zmusił go do tej wizyty, Mario oponował, ale w końcu nie chciał się kłócić i uległ. Oczywiście organizm jest mocno osłabiony, bo nie je normalnie, a jak zje, to często jego żołądek tego nie przyjmuje, poza tym nie wysypia się... I inne rzeczy. W każdym razie ma anemię, ale już bierze leki i ma być dobrze. Fizycznie dobrze.- dodaje.
-A psychicznie jak się trzyma?
-Źle, jest naprawdę źle, choć jest mały kroczek do przodu. Kiedy nie może spać siedzi w fotelu przy łóżeczku Julie. Lil mówiła.- opowiada.
-To świetnie, bo wszyscy wiedzieliśmy, że on ją kocha całym sobą, ale nie zajmował się nią.
-Ja myślę, że to wszystko co się wydarzyło dopiero  z niego schodzi- te emocje, cierpienie... To wymaga czasu, ale powoli wróci dawny Mario...
***
Jak się podoba? Co myślicie? Jeśli się nie podoba to krytykujcie, jeśli natomiast ciekawi Was, interesuje, intryguje ta historia to chwalcie :) Piszcie, bo gdy piszecie to wiem co myślicie, co czujecie, czy wczuwacie się w to co się dzieje w życiu bohaterów. 
Czekam na komentarze, wtedy dodam kolejny :)
Do następnego.

wtorek, 26 maja 2015

5. Sny...

Otwiera oczy i nie jest zaskoczona widokiem rodziców, przecież są każdego ranka. Jej twarz rozświetla mały uśmiech. Uśmiecha się, bo przecież powinna się uśmiechać, powinna gdyż jeszcze kilkanaście dni temu marzyła o tym, by zdarzył się cud, by ktoś podarował jej drugie życie, by śmierć, która czaiła się za drzwiami jej szpitalnego pokoju odeszła, oddaliła się. Nie chciała umierać, chciała żyć, spełniać swe marzenia jak każdy z jej rówieśników, chciała chłonąć każdą chwilę, być szczęśliwa. Dostała tę szansę, szansę, która nie jest dana każdemu. Więc teraz się uśmiecha, teraz, choć wie, że zanim ponownie będzie mogła w pełni cieszyć się życiem minie sporo czasu, jest szczęśliwa, bo przecież mogła nie dostać takiej szansy od losu. 
-Dzień dobry córeczko.- słyszy słowa swojego taty, który nachyla się i całuje ją w policzek.- Promieniejesz.- Zauważa.
-Jestem szczęśliwa.- mówi.- Jestem szczęśliwa, bo nie ma nic piękniejszego niż budzić się rano i nie bać się... Bo ja się już nie boję.- mówi poważnie zauważając, iż oczy jej rodziców niebezpiecznie się szklą. Nie chce łez toteż natychmiast dodaje.- Jestem głodna i mam ochotę na moją ulubioną herbatę. 
-Zaraz ją dostaniesz.- mówi jej mama, która jest na to przygotowana. W termosie ma jej ulubioną herbatę.- Mam też twoje ulubione bułeczki. Lekarz powiedział, że możesz już je jeść.- mówi, a na twarzy ich córki pojawia się wielki uśmiech.
-Nareszcie, bo mam dość tej diety.- uśmiecha się szeroko biorąc od mamy przysmak, by po chwili jeść z apetytem. Jej rodzice spoglądają na nią z miłością, ciesząc się, że widzą ją w tak dobrym stanie psychicznym, bo fizycznie sporo jeszcze przed nią. 
***
W domu jest cicho. Julie śpi w kojcu, który stoi w salonie, na sofie w tym samym pokoju siedzi jej dziadek, który czyta spokojnie gazetę. W pomieszczeniu zjawia się jego żona:
-Śpi?- pyta Jurgen.
-Zajrzałam i śpi. 
-To dobrze, potrzebuje odpoczynku. Jak tak dalej pójdzie to nie wiem czy dobrze się to skończy.- wzdycha ojciec piłkarza.
-Nawet tak nie mów.- gani go żona zaglądając do śpiącej dziewczynki. Jej widok ją rozczula.- On się z tego podniesie, dla niej. Dla tego małego aniołka przetrwa to wszystko. Zobaczysz.
-Mam nadzieję, ale to jeszcze potrwa. 
Liliana siada obok męża i opiera głowę o jego ramię, a mężczyzna obejmuje ją jedną ręką.
-Dlaczego spotkała go, ich- poprawia się, spoglądając na kojec.- ...tak wielka tragedia? Czym sobie na to zasłużyli?-pyta cicho.- Nie mogę tego pojąć...- wzdycha.
-Nie wiem... - pada odpowiedź.
***
Trening dobiega końca, ale zarówno on jak i jego koledzy cieszą się z tego powodu ponieważ są już zmęczeni. Przez ostatnie kilkadziesiąt minut wykonywali każde polecenie szkoleniowca, potem rozegrali wewnętrzną gierkę podzieleni na drużyny. Kibice obserwujący ich otwarty trening są zadowoleni i uśmiechnięci, gdyż mogą obserwować z bliska swoich ulubieńców. Gdy rozbrzmiewa gwizdek trenera oznaczający koniec ćwiczeń zawodnicy zbierają  się obok kibiców, robią sobie z nimi zdjęcia, rozdają autografy. Trwa to kilkanaście minut, a potem powoli kierują się w stronę budynków. Marco rozmawia z Łukaszem schodząc z murawy. W pewnym momencie słyszy jak trener go woła więc szuka go wzrokiem. Zauważa go stojącego przy wyjściu z boiska treningowego w towarzystwie żony piłkarza i jego dwóch pociech. Oliver zobaczywszy tatę zaczyna biec czym prędzej w jego stronę. Jego kilkunasto-miesięczna córeczka Cassandra również  zmierza do swojego taty, ona jednak dużo wolniej, bo choć chodzenie nie sprawia jej trudności, to bieg po murawie jest odrobinę trudniejszą sprawą. Gdy jego syn jest już blisko Marco kuca i rozkłada ramiona, w które malec chętnie wpada. Obejmuje rączkami szyję swojego ojca:
-Co tam syneczku?- pyta piłkarz.
-Widziałem jak grasz z wujkami.- mówi chłopiec swoim dziecięcym głosem.
-Cześć smyku.- uśmiecha się Łukasz, który mierzwi włosy pierworodnego Reusa.
-Cześć wujku.- uśmiecha się malec. Marco spogląda na swoją córkę wytrwale pokonującą kolejne centymetry murawy, zdeterminowaną by w końcu dotrzeć do taty. Natalie rozmawia z Jurgenem i obydwoje również patrzą na poczynania dziewczynki. Marco i Łukasz idą w jej stronę, ale kiedy dziewczynka potyka się i ląduje na trawie obrońca idzie szybciej w jej stronę, wyciąga dłonie i mała Cassandra robi ze swoimi to samo, bo przecież go uwielbia i chce dać mu do zrozumienia, że chętnie znajdzie się już w jego ramionach. Łukasz bierze ją na ręce po czym całuje jej maleńkie czółko i uśmiecha się do niej. Mała również się uśmiecha, zawsze gdy znajduje się w pobliżu obrońcy uśmiech nie znika z jej twarzy. 
-Cassie...- mówi Marco zwracając na siebie uwagę swojej córeczki.- Tata potrzebuje buziaka od swojej małej księżniczki.- zwraca się do niej po czym, gdy tylko dziewczynka układa swoje usta w mały dzióbek, podchodzi do niej i dostaje od niej buziaka. Na jego twarzy pojawia się jeszcze większy uśmiech. 
-Wujek również chce buziaka Cassie.- Łukasz mruga do małej blondyneczki, a ona spełnia jego prośbę. 
Jurgen obserwuje jak Cassandra wyciąga dłonie do swojego taty, a ten bierze ją na ręce i teraz jedną ręką trzyma Olivera, który oplata rączkami jego szyję, na drugiej ma Cassie, która również go obejmuje. Na twarzy trenera pojawia się wielki uśmiech. 
-No to kibice dzisiaj nie tylko zdobyli autografy i zrobili sobie zdjęcie z Marco, ale również mogą mieć jego unikalne fotki z dziećmi, bo to dla nich raczej niecodzienny widok, dla większości z nich. 
-To prawda,  kibice faktycznie nie mają zbyt wielu możliwości zobaczenia go w tej roli. 
-Cóż... przenieśliście się na obrzeża miasta, teraz trudno Was spotkać w parku, na mieście czy w innych miejscach, gdzie wcześniej pojawialiście się często. Choć nie dziwię się, bo Twój dom, przepraszam, już Wasz dom jest położony w malowniczym miejscu. 
-Pamiętam jak Marco pierwszy raz zjawił się u mnie i mówił, że kiedyś zamieszka z dala od centrum, ale to bliżej sportowej emerytury, bo na razie mieszkanie w centrum, niedaleko SIP jest poręczne i wygodne. 
-A tu proszę... do piłkarskiej emerytury daleko, a on już tam mieszka...- mówi Jurgen spoglądając na swoich dwóch zawodników, którzy właśnie dołączają do nich. 
-Obgadujecie mnie.- stwierdza blondyn.
-Jak zawsze.- kwituje Jurgen.- Jesteś dobrym tematem do rozmów Marco.
***
Próbuje czytać, ale nie może się skupić na lekturze toteż odkłada ją na szafeczkę, która stoi przy łóżku. Jest sama, jej rodzice wyszli- mama do pracy, tata również, gdyż tego dnia miał mieć spotkanie z klientem. Po jej kilkunastu bądź kilkudziesięciu zapewnieniach, że czuje się dobrze wyszli, a ona została sama. Słyszy pukanie, a zaraz potem drzwi się otwierają i widzi w nich swoją przyjaciółkę Carę:
-Cześć.- słyszy jej głos.- Pukałam cicho, bo bałam się, że śpisz i Cię obudzę, a nie chciałam tego zrobić.- tłumaczy dziewczyna pochodząc bliżej łóżka. Kładzie torebkę na jednym z krzesełek, a drugie zajmuje.
-Nie spała, próbowałam czytać, ale dziś wszystko mnie usypia. Chyba taki dzień.- mówi Emily.- Dobrze, że przyszłaś, bo nudzę się jak mops.- uśmiecha się.
-A to kochana już nie będziesz się nudzić, bo mam zamiar opowiedzieć ci wszystko co dzieje się na uczelni. Ty tu sobie leżysz,a  my musimy wkuwać. To takie niesprawiedliwe.- żartuje szatynka.
-No widzisz... Nie każdy ma takie szczęście jak ja.- kwituje blondynka. Jej przyjaciółka spogląda na nią i chwilę milczy. Dopiero po dłuższej chwili mówi.
-Tęsknimy za tobą Emi.- wyznaje.-Naprawdę nie możemy się doczekać jak do nas wrócisz, wrócisz na uczelnię...- mówi.
-To nie nastąpi tak szybko, na pewno już nie w tym roku akademickim, a jak wrócę za rok to już nie będziemy razem, będę rok do tyłu.
-To nie ważne, ale opuścisz to miejsce, wrócisz do domu, dojdziesz do siebie, znów będziesz tą żywiołową dziewczyną z zawsze obecnym uśmiechem na ustach. Brakuje nam tego, brakuje nam Ciebie, Emi.- oczy Cary robią się szklące, co nie umyka jej leżącej na szpitalnym łóżku przyjaciółce. Domyśla się co zaraz się wydarzy, przecież to logiczne, że emocje chowane długie tygodnie muszą w końcu znaleźć jakiejś ujście. I to się dzieje. Słone łzy, jedna po drugiej, zaczynają spływać po policzkach szatynki, a ona tym razem nie próbuje ich ukryć, jedynie wyciera je dłonią i podciąga nosem.
-Cara...- mówi cicho Emily łapiąc dłoń przyjaciółki.- Przecież już ze mną w porządku... Jest w porządku.- powtarza.
-Wiem... Przepraszam, ale ja...- przerywa, bo drży jej głos. Znów dłonią ociera kolejne łzy.- Przepraszam, tak długo starałam się być silna, byłam, choć tak bardzo się bałam, że ty...- nie kończy, bo te słowa, które miała wypowiedzieć chyba nie przeszłyby jej przez gardło.
-Że umrę.- kończy za nią dziewczyna leżąca na szpitalnym łóżku.- Wiem, że się bałaś, Cara. Ja to wiem. Wszyscy staraliście się nie okazywać strachu, ale ja wiedziałam, że on jest, tylko głęboko w was ukryty. To normalne. Ja również się bałam, choć starałam się wierzyć, że może jednak Bóg mnie jeszcze nie zabierze, że może mam coś jeszcze do zrobienia tutaj, nie wiem co, ale wierzyłam, iż może będę miała okazję się tego dowiedzieć. Codziennie zasypiając żegnałam się z rodzicami, choć nigdy na głos, a w myślach. Codziennie Caro i modliłam się, aby jednak kolejny dzień nadszedł. I się udało, zdarzył się cud.- patrzy na swoją przyjaciółkę.- Nie płacz, bo ja nadal tu jestem i będę. Wiem, że istnieje ryzyko odrzutu organu, ale na razie wszystko jest w porządku i lekarz jest optymistycznie nastawiony. Wiem, że będzie dobrze, czuję to. Więc już nie płacz. Obiecuję, że wróci dawna Emily jak tylko nabiorę sił. - uśmiecha się, a Cara wyciera policzki.
-Przepraszam, jestem beksą.- stwierdza.
-Nie większą ode mnie.- kwituje Emily.- Dziękuję, że byliście ze mną cały ten czas. Nigdy wam tego nie zapomnę.
***
Otwiera oczy powoli. Pamięta, że gdy zasypiał bardzo bolała go głowa, która, jak się okazuje, nadal go boli, no może odrobinę mniej niż wcześniej. Za oknem jest ciemno więc domyśla się, że musiał przespać kilka dobrych godzin, bo gdy się kładł  było po 16. Wyciąga dłoń i bierze komórkę, na której sprawdza godzinę. Okazuje się, iż jest 22:10. Odkłada spowrotem na szafeczkę obok łóżka. Nie rusza się ze swojego posłania, choć zapewne powinien. Powinien iść się ogolić, bo ostatnio tego nie robił, dzięki czemu ma już taki zarost, że śmiało można nazwać go już brodą. Powinien iść pod prysznic, by jego otępiałe ciało trochę się rozluźniło. Pewnie również powinien coś zjeść, ale na samą myśl odrzuca go. Powinien zrobić wiele rzeczy, ale on po prostu nie ma na to siły więc tego nie robi, a po prostu zostaje w łóżku. Nie śpi przez kolejne 3 godziny. W domu jest cicho, wie, że wszyscy, łącznie z jego córką śpią. Wewnętrzny głos podpowiada mu, że łóżeczko małej z nią w środku powinno znajdować się blisko niego. Powinno, ale tak nie jest, bo on naprawdę nie czuje się na siłach zająć się nią. Boi się, że w jakiś sposób, niechcący mógłby malutką skrzywdzić, przecież często ma zawroty głowy, robi mu się słabo więc nosząc ją mógłby np. zasłabnąć i mógłby ją upuścić, a tego, by sobie nigdy nie wybaczył. Z tego właśnie powodu wie, że jego dziecko, dziecko jego i Ann jest bezpieczniejsze z jego rodzicami. 
***
Jest noc, jedzie samochodem i choć klimatyzacja jest włączona jest mu potwornie gorąco. Ulica jest pusta, nie mija go żaden samochód. W końcu dociera do celu, którym jest jezioro. Wysiada z auta, zamyka je po czym udaje się w stronę wąskiego drewnianego pomostu. Już z daleka ją widzi, choć światło w to miejsce rzuca jedynie mała latarnia stojąca w dość dużej odległości od  pomostu. Dziewczyna siedzi na nim. Gdy idzie w jej stronę deski skrzypią dzięki czemu, jak się domyśla, ona już wie, iż jest blisko. Gdy jest obok po prostu siada koło niej. Zerka na nią i zauważa, że wpatruje się w wodę, w ogóle na niego nie patrzy. 
-Ann...- mówi.
-Przyjechałeś bez niej?- pada pytanie, a on jest zdezorientowany.
-O kogo pytasz Ann?- pyta.
-O Julie.- pada odpowiedź.- Dlaczego nie przywiozłeś Julie?- dziewczyna wreszcie spogląda na niego, a on zauważa, że jest smutna.- Chciałam zobaczyć naszą córkę. Dlaczego jej nie zabrałeś?- pada kolejne pytanie.- Gdzie ona jest? Dlaczego zostawiłeś ją samą zamiast zabrać ją ze sobą?
-Spokojnie, nie jest sama. Jest z moją mamą.- odpowiada chłopak.
-Powinna być z tobą, powinieneś ją przywieźć, chcę ją zobaczyć.- mówi stanowczo dziewczyna. 
-Ann.- chce dotknąć jej dłoni więc próbuje. Gdy mu się to udaje natychmiast ją zabiera, bo dłoń jego żony jest lodowata.- Masz zimne dłonie.- mówi spoglądając na nią.
-Chciałam zobaczyć Julie.- znów marudzi.
-Dobrze, więc chodź ze mną.- proponuje.- Zabiorę cię do naszej małej Jull.- wstaje po czym podaje jej dłoń. Dziewczyna przyjmuje ją i również wstaje. Idą pomostem trzymając się za ręce. Deski skrzypią pod ich stopami. Są w połowie gdy Ann potyka się o wystającą deskę, z jej dłoni wypada telefon, który ląduje  w wodzie. Dziewczyna odruchowo, niewiele się zastanawiając robi kilka kroków w stronę gdzie wpadł  po czym do uszu obydwojga dobiega dźwięk łamania się desek,a kolejnym obrazem, który rejestruje wzrok Mario, który jest kilka kroków od swojej drugiej połowy jest to, jak Ann wpada do wody. Piłkarz podbiega na skraj pomostu, nachyla się i słyszy:
-Mario pomóż mi...- słyszy ją, ale jej nie widzi... Wołanie nie ustaje, a on jej nie widzi więc po prostu skacze do wody...


-Ann...- woła, a potem otwiera oczy.
Cały drży, poza tym jest mu potwornie zimno. Ma wrażenie, że jego serce o mało nie wyskoczy z piersi, tak mocno bije. W głowie ciągle rozbrzmiewa jej głos. Ciągle słyszy jak go woła. Jest zdezorientowany. Chwilkę schodzi mu zrozumienie, iż znajduje się w swojej sypialni, w rodzinnym domu, a ta cała sytuacja wydaje się być snem. 
-O Boże...- wzdycha po czym chowa twarz w poduszkę i daje upust łzom naciągając na siebie kołdrę, bo nadal ma dreszcze, poza tym boli go głowa. Nie rejestruje momentu, w którym jego mama wchodzi do sypialni.
-Mario wszystko w porządku?- pyta cicho, by go nie wystraszyć, bo zdaje sobie sprawę, że jej syn mógł nie mieć świadomości, że się pojawiła. Mężczyzna spogląda na nią zaczerwienionymi oczyma.- Co się stało?- pyta jego rodzicielka siadając na łóżku syna.- Wołałeś Ann.
Chłopak nie reaguje na pytanie, nie odpowiada również na nie. Liliana zauważa jak drży. Przykłada dłoń do jego czoła i okazuje się, że jest rozpalony. 
-Mamo...- mówi w końcu cicho gdy kobieta otwiera buteleczkę z pigułkami na spadek temperatury i wyciąga jedną, a następnie podaje mu ją razem ze szklanką wody.
-Masz wysoką gorączkę Mario... Połknij to i popij dużą ilością wody, proszę.
Robi to. Jego mama nie zadaje pytań, po prostu zostaje chwilę z nim, a gdy kilkanaście minut później Mario zasypia, ona opuszcza jego pokój i idzie do siebie. 
***
Jest 9:00 rano gdy Natalie znajduje swojego męża na tarasie pijącego kakao i prowadzącego rozmowę przez telefon. Kiedy piłkarz kończy rozmowę i odkłada komórkę na stolik nie ma zbyt wesołej miny, co nie umyka Natalie.
-Co się dzieje? Kto dzwonił?- dopytuje jego żona.
-Dzwoniłem do mamy Mario.
-Jak on się czuje?
-W nocy wołał Ann przez sen.- odpowiada.- Gdy przyszła do jego sypialni okazało się, że ma wysoką gorączkę. Lil dała mu pigułki na spadek, bo miał 39 i 6 kresek. Nie wie co mu się śniło, bo nie rozmawiali. Mario trochę nie kontaktował pewnie przez temperaturę. Po treningu zajrzę do niego więc wrócę później.- mówi.
-W porządku. 
***
Idzie przed siebie alejką parkową, bo słyszy jak ktoś ją woła. Głos nie należy do dorosłej osoby, a do dziecka, tego się domyśla co prawda, jednak jest tego bardzo pewna. Słyszy swoje imię więc idzie rozglądając się. Nikogo nie zauważa. Dopiero przy fontannie zauważa małą, może 4 letnią dziewczynkę. Ubrana w piękną zwiewną, białą sukieneczkę wygląda jak mały anioł. 
-Emily...- dziewczynka powtarza jej imię.- Emily... więc podchodzi do niej. Na twarzy małej dziewczynki pojawia się wielki uśmiech, gdy dziewczyna staje przed nią
-Jesteś Emily.- mówi.- Wołałam cię...
Chce zapytać kim jest i dlaczego ją woła, ale gdy ma wypowiedzieć te słowa...budzi się i znów znajduje się w szpitalnym pokoju.
***
Trochę nuda, ale pewnie jest mniej dołujący niż poprzednie prawda?
Komentujcie. 
Standardowo 10 komentarzy- następny rozdział










poniedziałek, 25 maja 2015

Witajcie.
Czy historia, którą tu publikuję Wam się nie podoba? Jest zbyt smutna?
Nagle spadła ilość odwiedzin bloga, liczba komentarzy i nie wiem czy jest sens publikowania dalszych części. Nie wiem z czego to wynika, wolicie czytać weselsze opowiadania? 

wtorek, 19 maja 2015

4. Gdy ból zasłania wszystko...

Kilka dni później.
Pod Kościołem, w którym ma odbyć się Msza pogrzebowa jest tłum ludzi. Pomimo tego, że jakiś czas temu kibice dortmundzkiej drużyny uznali młodego piłkarza za zdrajcę, zaraz po tym jak na jaw wyszło to, iż dogadał się z bawarskim klubem, teraz przyszli tłumnie. Prawda bowiem jest taka, że kiedy emocje opadły nadal go cenią. Zrobił to, co zrobił, może wbił im nóż w serce, ale w tym momencie to nie jest ważne. W tym momencie wszyscy przyszli w to miejsce  w jednym celu, by pożegnać jego żonę, przemiłą dziewczynę, która była zawsze uśmiechnięta, która pomimo tego, że była partnerką znanego piłkarza i znaną  modelką, nigdy nie wywyższała się, nie stawiała się ponad innymi, która chętnie i niejednokrotnie z wieloma z nich rozmawiała przy okazji meczów, na które przychodziła, która była ciepłą i naprawdę miłą osobą. Są tu przede wszystkim dla niej, ale również dla niego.
***
Ciemne BMW podjeżdża pod bramę świątyni. Pierwszą osobą, która z niego wysiada jest gwiazda BvB, a prywatnie najlepszy przyjaciel Gotze. Po kilkunastu sekundach wysiada z niego też żona blondyna, a na końcu on. Ubrany w czarny, dobrze skrojony garnitur, czarną koszulę i tego samego koloru krawat. Na oczach ma okulary, więc ci, którzy przyszli popatrzeć sobie na jego cierpienia, a z całą pewnością wśród tłumu są takie osoby, nie mogą wiele zobaczyć, bo ciemne szkła zasłaniają skutecznie jego oczy. Ceremonia ma być prywatna, media nie zostały zaproszone do Kościoła, jednak pod nim są fotoreporterzy. Polują na jak największą ilość dobrych fotek. Najlepiej dla nich byłoby uwiecznić rozpacz bliskich dziewczyny, co łatwe nie jest, gdyż koło bramy stoi sztab ochroniarzy. Mąż zmarłej w towarzystwie państwa Reus znika za drzwiami świątyni. Chwilę później zjawiają się rodzice Mario, a także jego bracia. Starszy ze swoją dziewczyną. Później podjeżdżają kolejne samochody. Kolejni piłkarze, zarówno z dawnego, jak i obecnego klubu, przyjaciele, zjawiają się, by towarzyszyć modelce w jej ostatniej drodze. Są też Agnes i Ricky. 40 minut później rozpoczyna się ceremonia. Ksiądz mówi piękne kazanie, w którym również wspomina zmarłą, mówi też o miłości modelki i piłkarza, która to w końcu została uwieńczona przed ołtarzem, a która, choć w tragicznych okolicznościach wydała owoc. W oczach wielu ludzi lśnią łzy gdy wsłuchują się w te słowa. Słuchają wpatrując się w małą urnę, stojącą na małym stoliczku. On też patrzy na nią, nie tamuje łez, które od początku ceremonii obficie płyną po jego policzkach. Nie jest w stanie ich zatrzymać, nie chce tego robić, ma do nich prawo. Ma prawo być rozbity, ma prawo czuć się jak gdyby jego życie się skończyło, ma prawo nie słyszeć dokładnie co mówi ksiądz, choć chce słyszeć, ma prawo, bo przecież cierpi. Bo ona odeszła, bo jej nie ma, bo nigdy więcej go nie przytuli, nie pocieszy, nie powie, że go kocha, że jest dla niej najważniejszy. Nie zrobi tego, choć on tak bardzo tego wszystkiego pragnie, tak bardzo potrzebuje. 
Godzinę później są już na cmentarzu. Urna z prochami modelki zostaje umieszczona w grobie. Ksiądz modli się, a on stoi ze spuszczoną głową. Jego oczy znów przesłaniają okulary. Nie chce, by fotoreporterzy zrobili mu zdjęcia w takim stanie. Nie ma ochoty, aby następnego dnia, w każdym domu w Niemczech oglądano jego rozpacz. Nie życzy sobie tego. Jako, że kilka minut wcześniej było mu słabo, obok niego stoją Marco- z lewej strony i jego starszy brat po prawej. Blondyn trzyma dłoń na jego ramieniu. Czując jak przyjaciel bierze głęboki oddech szepce cicho:
-W porządku?-pyta.
Szatyn przytakuje kiwając głową. Po wszystkim musi jeszcze przyjąć kondolencje od przybyłych osób. Robi to jak zaprogramowana maszyna. Powtarza po prostu 
" dziękuję."
Powoli wszyscy się rozchodzą. Zostaje właściwie kilkanaście osób. Stoją nad grobem Ann jeszcze chwilę, a  potem i oni odchodzą, by udać się na stypę. I kiedy obok zostają jedynie Marco  z Natalie oraz rodzice blondyna, a także jego rodzice i bracia nie może dłużej się powstrzymywać. Przykuca przy grobie łkając cicho. Teraz ostatecznie musi się z nią rozstać, pożegnać po raz wtóry. Zrobił to już w szpitalu, potem przed kremacją, ale teraz musi znów to zrobić. Choć w urnie znajdują się już tylko prochy, to nadal jest Ann, jego Ann. Jego żona, która musi zostać w tym miejscu, której prochy spoczęły w ziemi, która w tym miejscu zakończyła swoją drogę. Ona musi zostać, on odejść, ona nie żyje, on musi żyć, choć nie chce bez niej. Tak naprawdę to chce zostać z nią, chce również odejść, chce umrzeć. W tym momencie nie myśli logicznie, po prostu cierpi. 
Pozwalają mu płakać, pozwalają rozpaczać, nie przeszkadzają mu, ale również nie odchodzą. Trwają obok, chcą by czuł, że nie został sam, że ma ich, ma się na kim oprzeć. Bo ma. Mija kilka, kilkanaście, a może kilkadziesiąt minut zanim szatyn się uspakaja. Czuje dotyk na swoim ramieniu. Wstaje z trawnika, na którym klęczał, sam nie wie w którym momencie uklęknął na nim. 
-Musimy jechać.- słyszy głos Marco. Przytakuje skinieniem głowy, a potem bez słowa udaje się do samochodu Marco i Natalie. Drugim autem jadą jego bracia z rodzicami, trzecim rodzice Marco. W drodze do lokalu dostaje ataku paniki, które są czymś normalnym u niego po wypadku. Wydaje mu się, że na jego klatce piersiowej zaciska się jakaś obręcz, a jemu brakuje tlenu. Nachyla się do przodu chcąc złapać oddech. Marco każe zatrzymać się kierowcy. Samochód staje koło parku. Dwaj mężczyźni wysiadają. Mario biegnie w stronę drzew. Jest mu niedobrze. Kiedy przyjaciel staje koło niego, podaje mu papierowy ręcznik i butelkę wody mineralnej. Bierze to od niego z wdzięcznością. Płucze usta, a potem moczy sobie ręce i myje twarz. Wyciera się papierowym ręcznikiem. Prostuje się,  następnie odwraca do przyjaciela twarzą, a ten kładzie dłoń na ramieniu szatyna:
-Już lepiej?- pyta z troską.
-Tak, dziękuję. Już nie chce mi się wymiotować.-odpowiada.
-Jedziemy?
-Tak.
Wracają do auta. Wszystko co dzieje się później jest dla niego trudne. Widzą to wszyscy, więc po obiedzie postanawiają dać mu odpocząć więc dziękują i rozchodzą się do swoich domów. 
***
Jak wygląda życie kogoś, kto stracił najważniejszą osobę? Jest puste, pozbawione barw, przepełnia je tęsknota za ukochaną i złość na Boga, ze nie sprawił cudu. Codzienność jest szara, przepełniona goryczą, żalem. Zwykłe czynności stają się niewykonalne, nie wtedy, kiedy ten ogromny ból wypełnia całe ciało. I ta bezradność... Gdzież jest ta siła, samozaparcie, które jeszcze jakiś czas temu cechowały go na bpisku? Gdzież wiara, która zawsze pozwalała mu się podnieść po ciężkich chwilach? Uleciały, umarły razem z nią? To on nie wierzy w to, że jeszcze żyje. Bo on czuje się martwy. Jest martw w środku. Jedynymi uczuciami, które towarzyszą mu od śmierci żony jest beznadzieja i bezradność. I pustka. Leży w swoim łóżku, w swojej sypialni w rodzinnym domu. Tak, to tutaj zamieszkał. U rodziców. Wiedział bowiem doskonale, że nie może mieszkać sam z córką. Nie teraz, nie w tym momencie. Nie poradziłby sobie z opieką nad nią. Prawda jest taka, że jego rodzice zajmują się małą Julie. Nie zajmuje się nią, nie dlatego, iż jej nie kocha, bo kocha całym sobą, on często nie ma siły wstać z łóżka. Taki  stan trwa już wiele dni. Są dni, kiedy nie wychodzi ze swojej sypialni, praktycznie nie wstaje z łóżka, nie licząc wyjść do toalety, czasem nie je. Nie ma na nic siły. Nie słucha, gdy rodzice nalegają, by poszedł do psychoterapeuty. Zawsze odmawia. On nie chce rozmawiać o tym, co czuje, nie z obcą osobą. Nie chce odpowiadać na głupie pytania typu : Jak sobie radzi?, bo sobie nie radzi. 
***
Ogląda zdjęcia, które ma w swojej komórce. Ann na każdym z nich jest uśmiechnięta, promienieje wręcz. Na niektórych fotkach ma mały brzuszek, ale pomimo to, że jest jeszcze niewielkich rozmiarów, trzyma na nim swoje dłonie jakby w geście ochronnym. Poza tym jest dumna z tego, iż nosi w sobie dziecko. Piłkarz pamięta każdą z tych uwiecznionych na zdjęciach chwil.  To on je robił, naprawdę często brał do ręki komórkę i po prostu uwieczniał wiele momentów. Jest na nich Ann  jeszcze śpiąca, z rozrzuconymi po poduszkach włosami, bo frotka, którą miała na włosach podczas snu, jakimś cudem się zsunęła. Jest tam również jego kobieta po przebudzeniu, ale z uśmiechem na twarzy. Pamięta jak wołała do niego, żeby przestał robić jej zdjęcia kiedy śpi, lub dopiero się budzi, bo wtedy dziwnie wygląda, jej włosy są w nieładzie i nie wygląda zbyt ładnie- mawiała. Zawsze wtedy odpowiadał, że jest najpiękniejsza, że taką właśnie ją kocha, a ona jeszcze promienniej się wtedy uśmiechała. Znajduje na karcie również fotki Ann stojącej w samej bieliźnie przed lustrem, patrzącej na swój zaokrąglony już znacznie brzuszek i znów uśmiechającej się na ten widok. Pamięta, ze uwielbiała patrzeć  jak jej brzuch staje się coraz większy. Nigdy nie usłyszał od niej słów, że jest za gruba, że boi się, iż po ciąży jej ciało nie będzie już takie samo jak przed nią, że przestanie mu się podobać, przestanie patrzeć na nią z zachwytem. Ann nie marudziła, była zachwycona wręcz zmianami zachodzącymi w jej ciele. Nawet raz zapytał ją o to, a ona po prostu się roześmiała i stwierdziła, że nie może patrzeć w ten sposób, przecież najważniejsze jest dziecko, które rozwija się w jej łonie, a resztą będzie martwić się po porodzie. Wiedział, że to zmartwienie nie będzie zbyt duże, jego kobieta bardzo dbała o siebie, nie jadła niezdrowych rzeczy ze względu na dziecko, ale i na siebie. W końcu dochodzi do zdjęć, które zrobiła Ann... Są na nich obydwoje, właściwie troje, jeśli liczyć dzidziusie znajdującego się w brzuchu modelki. Na tym zdjęciu jego kobieta jest w samej bieliźnie, stoi bokiem do lustra, trzyma telefon, a on jest nachylony, trzyma obie dłonie na jej brzuszku i go całuje. Przypomina sobie, iż często tak robił, nawet bardzo często. Uwielbiał przytulać Ann, uwielbiał gdy siedziała oparta o jego tors plecami, a on mógł gładzić jej okrągły brzuszek, czuć ruchy dziecka. Był wtedy tak bardzo szczęśliwy... 
I często w takich momentach się wzruszał, ale przecież miał przy sobie dwie najważniejsze i najukochańsze dle niego osoby- żonę i dziecko, które nosiła pod swoim sercem. 
Im więcej patrzy, tym więcej łez wypływa z jego oczu. Niekiedy zastanawia się dlaczego one jeszcze płyną, przecież poprzedniego dnia, który też zakończył płacząc, wcześniejsze również, wydawało mu się, że już wypłakał wszystkie. On właściwie ciągle płacze, są dni, że praktycznie nie przestaje. Przesuwa palcem po wyświetlaczu i patrzy na kolejne fotografie. Jego umysł zalewają obrazy pięknych chwil, które spędził z Ann. I on już nie płacze, a raczej wyje, po raz kolejny rozpada się na kawałki. Łka głośno, bo nie może tego powstrzymać. Nie umie. Po chwili jest mu źle oddychać więc siada, opiera się plecami o wezgłowie łóżka, podciąga kolana pod klatkę piersiową, po czym obejmuje je rękoma. Tak znajduje go mama. Nie jest zaskoczona, codziennie go takiego widuje. Po prostu siada obok niego i przytula mocno:
-Spokojnie...- gładzi dłonią jego plecy.- Spokojnie kochanie. Już dobrze, wszystko będzie dobrze.- szepce mu słowa otuchy, ale on w nie nie wierzy. 
-Mamo... Nie chcę... ja... nie chcę... żyć bez... bez niej.- łka jej syn, a ona w tym momencie czuje się bezsilna. 
-Nie możesz tak mówić, nie możesz tak myśleć. Jesteś jej potrzebny, jesteś potrzebny Julie. Przecież tak bardzo ją kochasz.- tłumaczy cierpliwie. Jedyną jego reakcją jest wysunięcie się z matczynych ramion, po czym chłopak idzie w stronę łazienki.
-Mario dokąd idziesz?- pyta rodzicielka piłkarza.
-Zostaw mnie mamo, chcę być sam.
-To nie jest dla ciebie dobre... Ciągle jesteś sam, jest gorzej.- wstaje i podchodzi do niego, zatrzymuje go.
- Kochanie nie możesz...
-Pozwól mi płakać...
-Płacz, ale nie zamykaj się, pozwól nam być przy tobie...
-Przepraszam, niedobrze mi...- znika za drzwiami łazienki. Jego mama zostaje na zewnątrz, bo Mario zamyka się  w środku. Nie chce, by musiała patrzeć na niego w takim stanie.
***
-Słucham.- mówi Marco odbierając telefon.
-Cześć Marco.- mówi mama jego przyjaciela.- Mógłbyś przyjechać, proszę.
-Oczywiście, że mogę.- zgadza się natychmiast.-Co się dzieje?- pyta.
-Muszę iść z Jull na kontrolę do ortopedy, a Mario jest w nienajlepszym stanie. Nie chcę, aby był sam, jego ojciec wróci za półtorej godziny dopiero... Przepraszam, że ciągle proszę cię o coś...- wzdycha kobieta.
-Nie masz przecież za co przepraszać...
-Tak bardzo się o niego boję...- szepce kobieta, jej głos się łamie i po chwili Marco słyszy jak mama Mario po prostu płacze do słuchawki.
-Jest gorzej niż wczoraj prawda?- pyta blondyn ubierając koszulę. Natalie patrzy na niego ze smutkiem, bo zapewne domyśla się co się dzieje.
-Ciągle mówi, że nie chce bez niej żyć, a ja się boję... Boję się, że on coś sobie zrobi.- szepce.
-Mario nie jest samobójcą. On kocha Julie. Nie zrobi sobie krzywdy, tego jestem pewien.- stara się ją uspokoić.- Już jadę.- zapewnia.-Będę za chwilę.
I jedzie. Po pojawieniu się w rodzinnym domu przyjaciela najpierw rozmawia z jego mamą, uspakaja ją, a potem idzie na górę. Drzwi do sypialni przyjaciela nie są zamknięte więc wchodzi do środka. On sam leży na łóżku. Ma opuchniętą twarz, przekrwione oczy i nieobecny wzrok.  Marco stawia na szafce nocnej kubek melisy i siada obok chłopaka:
-Jeszcze jest gorąca, ale jak przestygnie to ją wypijesz, dobrze?- mówi do niego.
-Co to jest?- słyszy pytanie.
-Nic strasznego, po prostu melisa.-odpowiada skrzydłowy.- A jak już się napijesz to wyjdziemy na zewnątrz, może do ogrodu.- proponuje.
-Marco...- wzdycha szatyn.
-Wiem, że nie masz ochoty się ruszać, ale potrzebujesz świeżego powietrza, potrzebujesz wyjść z tego pokoju...- próbuje go przekonać.
-Nie potrzebuję, nie chcę, nie mam siły wstać... Zrozum...
-Ja to wiem, naprawdę rozumiem, ale nie mogę pozwolić na to, byś ciągle tu tkwił. To nie pomaga Mario, zdajesz sobie z tego sprawę.- mówi.
-Daj mi spokój, proszę.- słyszy blondyn.
-Nie mogę tego zrobić, ty też byś tego nie zrobił na moim miejscu. Nie zrobię tego nawet jeśli mnie wyrzucisz, choć wolałbym byś nie próbował nawet tego robić. Ostatnią rzeczą, o jakiej marzę jest szarpanie się z tobą...
Następuje cisza. Nie jest niekomfortowa ani dla jednego, ani dla drugiego z mężczyzn. Marco wie, że nie zawsze potrzeba słów, czasem wystarczy czyjaś obecność, więc po prostu jest, siedzi w jego pokoju, na jego łóżku. Milczą. Później przypomina sobie o herbacie więc bierze kubek z szafki, po czym spogląda na przyjaciela:
-Proszę, powinna być dobra.- mówi wskazując na kubek.
-Nie chcę, pewnie i tak za moment ją zwrócę...- marudzi Mario.
-Miejmy nadzieję, że nie. Nie zaszkodzi spróbować.- namawia go blondyn więc szatyn siada na łóżku, bierze kubek, bo wie, iż Marco nie ustąpi. Upija łyk, a potem pije kolejny.
-Jadłeś coś?- pyta.
-Mama wmusiła we mnie zupę, ale...
-Twój żołądek zwrócił wszystko tak?- dokańcza za niego Marco.
-Nie od razu, ale nie minęło zbyt wiele czasu od kiedy ją zjadłem.- przyznaje patrząc na przyjaciela.
-Jeśli tak dalej będzie to będziesz musiał iść do lekarza.- stwierdza skrzydłowy.- To nie jest normalne, że zjesz coś i wymiotujesz.
-Płakałem...- wydusza z siebie Mario.- Nie zwymiotowałem ot tak, po prostu obejrzałem zdjęcia Ann i...potem nie mogłem oddychać normalnie, zrobiło mi się niedobrze...
Marco wszystko rozumie.
-Chodź, pójdziemy na dół, posiedzimy w ogrodzie, może coś zjesz co?
-Zgadzam się na ogród, ale proszę nie wmuszaj we mnie jedzenia.- patrzy na blondyna.
-Dobra, ale potem wypijesz koktajl. Przygotuję.
-Ok, niech będzie.- zgadza się szatyn, a Marco wie, że to mały postęp.
***
Jak Wam się podoba? 
Komentujcie.
10 komentarzy- kolejny rozdział.
***

środa, 13 maja 2015

3.W cierpieniu rozum odchodzi...

Kolejny dzień.
-Mamo z dzieciakami wszystko w porządku?- pyta Natalie dzwoniąc do swojej teściowej.
-Tak kochanie. Nie martwcie się. Powiedz co z Mario? Marco wczoraj dzwonił, ale niewiele był w stanie powiedzieć.- pyta mama jej męża.
-Siedzieliśmy przy nim całą noc. – opowiada malarka.- Jest załamany, mało się odzywa, płacze… Jest bardzo źle, ale chyba nie możemy spodziewać się niczego innego w tej sytuacji.- sama nie wie dlaczego mówi tak cicho. Może powodem tego jest jej mocno ściśnięte gardło.
-Odłączą ją?- pada kolejne i zarazem najtrudniejsze pytanie.
-Chcą pobrać organy. Dziś lekarz porozmawia o tym z Mario.- tłumaczy Natalie.
-Boże… Przecież w takiej sytuacji taka rozmowa… Nie wyobrażam sobie tego.- mówi teściowa Nat.
-Ale ona tego chciała. Cała Ann. Uwielbiała pomagać ludziom. Myślała o wszystkim. Niedawno mówiła o założeniu fundacji. Boże…nawet wypełnili dokumenty... już tego nie zrobi…- malarce łamie się głos. Widzi, że do pokoju Mario zbliża się lekarz. Wie w jakiej sprawie przyszedł. W pokoju jest  jej mąż.-Muszę kończyć. Przyszedł lekarz. Idę do nich. Rodzice Mario pojechali się odświeżyć. Jesteśmy tylko my…a on chyba właśnie chce z nim porozmawiać…- tłumaczy Natalie.
-Trzymajcie się. Ucałujcie go od nas i przytulcie mocno.
-Dobrze.
Rozłącza się po czym wchodzi do pokoju. Jej mąż siedzi przy łóżku na fotelu. Podchodzi do niego i siada na krawędzi. Lekarz rozmawia z ich przyjacielem. Gotze znajduje się w pozycji półleżącej. Z podpuchniętymi, czerwonymi oczyma, czerwonym nosem i nieodgadnionym wyrazem twarzy, słucha słów lekarza, który trzyma w dłoni dokumenty oraz wyniki badań. Tłumaczy mu na jakiej podstawie stwierdzono śmierć pnia mózgu u jego żony. Tłumaczy, że konsultowali to z wieloma specjalistami, tak jak prosił i wszyscy podpisali się pod wcześniejszą opinią. Wysłuchawszy słów lekarza piłkarz pyta:
-Co teraz? Odłączycie ją od aparatury?- spogląda na mężczyznę w białym fartuchu.
-Jest jeszcze jedna sprawa. Pana żona kiedyś wypowiadała się, że ma w planach założenie fundacji.- zaczyna ostrożnie lekarz. Ma doświadczenie, już niejednokrotnie przeprowadzał tego typu rozmowy, więc wie, iż osoby bliskie dawcom różnie reagują na tą rozmowę.
-Tak, już nawet poczyniła po temu pewne działania…- mówi cicho piłkarz.
-No właśnie. Czy ona chciała…- lekarz przerywa widząc, że chłopak przygląda mu się intensywnie.- Czy pana żona…
-Przyszedł pan zapytać czy podpisała deklarację?- spojrzenie szatyna jest tak intensywne i skupione, że lekarz czuje się odrobinę nieswojo.- Przyszedł pan po to, aby zapytać czy się zgodzę? Po to pan przyszedł tak?- zadaje pytanie za pytaniem. Lekarz nie wie jakiej reakcji ma się spodziewać po mężu pacjentki. Rozumie w jakiej znalazł się sytuacji, to nie jest łatwe. W oczach chłopaka zaczynają lśnić świeże łzy, ale on skutecznie powstrzymuje je, by nie płynęły. Mruga.
-Tak. O to przyszedłem zapytać.- pada szczera odpowiedź.- Wiem, że żaden moment nie będzie dobry na takie pytania. Rozumiem jak się pan czuje…
-Może pan próbować rozumieć, ale proszę mi uwierzyć- nie ma pan pojęcia co czuję. Oby nigdy pan nie był w takiej sytuacji.- łamie mu się głos.
-Proszę mi uwierzyć, że gdybym tylko był w stanie zrobić coś jeszcze, by pana żona mogła żyć, zrobiłbym to bez zastanowienia.- zapewnia mężczyzna w białym fartuchu.
Mario obserwuje go i widzi, że jemu autentycznie jest przykro. Widzi w jego oczach szczery żal i współczucie.
-Proszę mi dać chwilę dobrze?- spuszcza wzrok i wpatruje się w swoje dłonie.- Ja muszę…- zaczyna mówić, chce wytłumaczyć, ale brakuje mu słów…- Muszę… ja…
-Spokojnie.- lekarz kładzie dłoń na ramieniu piłkarza.- Rozumiem i   przepraszam. - lekarz wychodzi, a on patrzy na przyjaciół. Natalie podnosi się z fotela, siada obok niego i mocno go przytula. On daje upust swojemu bólowi mocząc jej bluzkę. Już wie co powie lekarzowi. Wiedział to od momentu, kiedy padło pytanie. Musi się jednak pogodzić  z tą myślą i musi się wypłakać.
***

Na dworze świeci słońce. Przebija się przez przysuniętą żaluzję do pokoju o białych ścianach. Na łóżku leży blondynka, podłączona do mnóstwa aparatów. Niewiele mówi. Wpatruje się w promienie słońca próbujące się wedrzeć do środka:
-Odsuń żaluzję.- prosi ojca.
-Już skarbie.- mówi po czym wstaje i spełnia prośbę swojej córki. Na twarzy dziewczyny pojawia się lekki uśmiech. On tak uwielbia ten uśmiech, tak kocha patrzeć na nią kiedy jest szczęśliwa. Pomimo, że jest poważnie chora, to jednak potrafi cieszyć się z najmniejszych rzeczy. Nie może wychodzić na zewnątrz, jej stan na to nie pozwala. Jest zbyt słaba. On jednak widzi jak bardzo córce brakuje normalności. Zawsze była aktywna, ruchliwa, uwielbiała sport, często biegała rano. Teraz jest przykuta do szpitalnego łóżka, zdana na łaskę i niełaskę losu, jednak ona nie narzeka. Przez cały okres jej choroby, nie usłyszeli  ani jednego słowa skargi. Nigdy. Nie jest zła na swój los, nadal ma marzenia, choć zdaje sobie sprawę, że żadne z nich może już się nie spełnić. Najzwyczajniej w świecie może zabraknąć jej czasu. Linia jej życia może raptownie się przerwać. Nie chce tego, ale z drugiej strony jest na to gotowa. Nie może nic zrobić. Jedyne co pozostało jej i jej rodzicom to liczyć na cud. Ale czy on się zdarzy?
-Tato dziwnie się czuję.- mówi.
-Może pójdę po lekarza?- ojciec staje obok jej łóżka.
-Nie mówię, że źle. Czuję się tak dobrze, tak lekko… Nie potrafię tego wytłumaczyć.- stara się wyjaśnić.
-Już się wystraszyłem, że...
-Nie martw się. Tato, ja ciągle wierzę, że zdarzy się cud…- mówi widząc zaszklone oczy swojego ojca. Widzi, że jej choroba wykańcza rodziców psychicznie. Nie pokazują tego przy niej, ale ona to wie.
-Kochanie oddałbym wszystko, aby zaraz te drzwi się otworzyły, by wszedł tu lekarz z wiadomością, że zaczynają przygotowywać cię do operacji. To byłby najszczęśliwszy dzień w moim życiu…- mężczyzna nie kończy, ponieważ drzwi do pokoju faktycznie się otwierają, wchodzi mężczyzna w białym fartuchu. Na jego twarzy gości wielki uśmiech. W serca córki i ojca wkrada się nadzieja, ale i niepewność. Mężczyzna podchodzi do łóżka:
-Jak się czujesz Emily?- pyta.
-Mówiłam tacie, że jakoś dziwnie. Tak lekko…- mówi z entuzjazmem.- Nie jestem dziś senna, mam wrażenie, że mogłabym nawet wstać i pójść na spacer. Wiem to ułuda, ale…
-Wiesz, marzenia lubią się spełniać.- wypowiada tajemnicze słowa mężczyzna w białym fartuchu.- Być może już niedługo pójdziesz dokąd zechcesz.- dodaje.
Patrzą na niego. Nie wiedzą co do nich mówi. Ich zdziwione miny sprawiają, że lekarz jeszcze bardziej się uśmiecha.-Zdarzył się cud, na który tak długo czekałaś. Zaczynamy przygotowywać Cię do operacji. Najpewniej jutro się ona odbędzie jeśli wyniki badań na to pozwolą.- komunikuje-Tylko nie reaguj zbyt emocjonalnie. Zachowaj spokój. Twoje serce nie zniesie nadmiaru wrażeń. I koniecznie zadzwoń do mamy.- mówi po czym wychodzi z pokoju, a dwie osoby, które w nim zostały nie mogą uwierzyć w to co się właśnie wydarzyło. To cud.
***
Dzień później
Żegna się  z żoną. W pokoju jest także jego córeczka. Chciał, aby była. To jedyna okazja, by malutka mogła poznać swoją mamę. Jest jeszcze maleńka, nic nie rozumie, ale jej tata chce, by pozostała jej pamiątka po tej chwili. Uwieczniają ten moment na zdjęciu. Potem pielęgniarka zabiera małą spowrotem do Sali noworodków, a oni zostają. Po kolei żegnają się z Ann. Na końcu zostawiają z nią Mario. Dają mu czas. Dużo czasu. Jednak nie odchodzą. Czekają za drzwiami. Nie mogą zostawić go samego, nie teraz. Poprzedniego dnia podpisał wszystkie dokumenty, potem miał jeszcze starcie z jej rodzicami, którzy w przypływie żalu i bólu nie zgadzali się z jego decyzją. Padło wiele przykrych słów, ale zniósł i to. Potem co prawda przeżył to po swojemu, ale rozumiał ich. W końcu on stracił kobietę swojego życia, a oni ukochaną córkę. Wiedział jednak, że postępuje słusznie. Wypełnił to czego chciała. Wiele razy na ten temat rozmawiali, opowiadała mu jak przyszedł jej do głowy ten pomysł. Było to po spotkaniu  z pewną dziewczyną w szpitalu. Po 40 minutach piłkarz wychodzi powoli z jej pokoju. Wie, że zaraz ją zabiorą. Za drzwiami wybucha płaczem. Nie jest jednak sam. Ma swoich rodziców, braci, przyjaciół, a inni czekają na niego w Dortmundzie.
***
Czekają. Wiedzą, że niedługo karetka podjedzie pod klinikę. Wiedzą, że w tym drugim szpitalu operacja się zaczęła. Są dobrej myśli. Wiedzą, że wszystko się uda. Tyle czekali, modlili się. Dziś wiedzą już, że szanse na to, by ich córka mogła wrócić do zdrowia, cieszyć się życiem są realne. Wiadomo, że z każdą operacją wiąże się ryzyko, a z taką tym bardziej, ale są gotowi je podjąć. Skoro Emily jest gotowa, oni mogą jedynie być przy niej. W pewnym momencie do pokoju wchodzi anestezjolog:
-Zabieramy Cię Emi.- mówi podchodząc. Rodzice przytulają ją i całują.
-Do zobaczenia za kilka godzin.- mówi dziewczyna- Czekajcie na mnie.- uśmiecha się.
-Będziemy.
Kiedy ich córka znika za drzwiami bloku operacyjnego jej matka wtula się w ramiona męża. Płacze, on też. Boją się, ale wiedzą, że muszą przez to przejść. Wierzą, że za kilka godzin drzwi bloku otworzą się, wyjdzie z nich lekarz i powie, że operacja się udała. Kiedy się od siebie odsuwają widzą na krzesełkach przed blokiem przyjaciół Emily.
***
Są w pokoju z Mario. Jego rodzice pojechali do domu piłkarza. Oni zostali. Marco odkąd przyleciał spał może kilka godzin. Wychodzi ze szpitala tylko się odświeżyć, albo pomóc w załatwieniu formalności z przetransportowaniem ciała do Dortmundu. Bo Ann ma zostać pochowana właśnie tam. Zawsze kochała to miasto i właśnie tam spocznie. Mario długo się nie odzywa, ale w końcu słyszą jego ciche słowa:
-Chcę stąd wyjść.- mówi.- Nie wytrzymam tu dłużej…- marudzi.
-Lekarz mówił, że jutro podejmą decyzję czy możesz opuścić szpital.- tłumaczy Marco.
Natalie na chwilę wychodzi. Wraca po 15 minutach. Marco spogląda na nią siedząc na łóżku przyjaciela. Mario wyciera policzek:
-Już jest po.- mówi cicho dziewczyna. Młodszy z piłkarzy patrzy na nią.
-Gdzie jest? Zabrali ją na dół?- pyta.
-Nie. Z tego co wiem to jeszcze przez chwilę będzie w pokoju obok bloku. Dopiero potem zabiorą ją na dół.- mówi spokojnie.
-Chcę ją jeszcze zobaczyć.- mówi.
Nie próbują odwieźć go od tego pomysłu. Nie dziwią mu się. Po prostu zabierają go tam.
***
Po około 5 godzinach drzwi bloku operacyjnego otwierają się. Osoby siedzące na krzesełkach zrywają się z nich. Do lekarza podchodzą rodzice Emily. Mają nadzieję w oczach. Mężczyzna w ubrany w zielone spodnie i zieloną koszulę uśmiecha się:
-Operacja przebiegła bez żadnych komplikacji. Teraz trzeba czekać i wierzyć, że wszystko co złe już macie za sobą.- pokrzepiająco kładzie dłoń na ramieniu kobiety.- Przed Emily jeszcze długa droga, ale najważniejsze, że doszło do zabiegu.
-Dziękujemy z całego serca.- mówi ze łzami w oczach matka dziewczyny.

Kiedy jakiś czas później ich córka otwiera oczy oni są przy niej. Tak jak obiecali- czekali na nią.
***
Jak wrażenia po przeczytaniu powyższego rozdziału? Pewnie napiszecie, że nadal jest smutno, ale nie może być inaczej. Wydarzyła się tragedia, nie można tego po prostu opisać w jednym rozdziale, bo to przecież w rzeczywistości również nie jest tak, że coś złego się dzieje, cierpimy, a już pyk! i wszystko za nami i idziemy dalej. W moich opowiadaniach, w większości, staram się oddać rzeczywistość, nie chcę stworzyć bajki... Tak więc tak jak my długo borykamy się ze stratą, tak również Mario musi przejść przez cały proces żałoby. Nie da się iść na skróty. 
Dziękuję za komentarze i proszę o jeszcze :) Do następnego, który pojawi się jak pod tym znajdzie się 10 komentarzy :)

sobota, 9 maja 2015

2. Dzień, w którym pękło niebo...

Budząc się zastanawia się gdzie jest. Pierwsze co widzi to beżową ścianę. Potem zauważa kroplówkę, którą ma podłączoną do wenflonu znajdującego się na jego ręce. Drugą rękę ma w gipsie. Przekręca głowę w prawo. Na fotelu stojącym obok łóżka, na którym leży, siedzi jego przyjaciel przytulający do siebie swoją żonę. Natalie płacze.
-Nat…- wypowiada te słowa prawie szeptem, ale oni jednak słyszą.Obydwoje spoglądają w jego stronę. Obydwoje zrywają  się z fotela i stają obok jego szpitalnego łóżka. 
-Mario...- szepce Marco.
Pomocnik Bayernu przymyka na chwilę oczy, bo w tym momencie docierają do niego obrazy z poprzedniej nocy. Przypomniał sobie imprezę u Jerome, to jak bawił się razem z Ann  z córkami przyjaciela, potem ułożyli je do snu. Później przyszło więcej znajomych, rozmawiali, śmiali się, żartowali. Impreza była wspaniała. Kolejne wspomnienia ma już z jazdy powrotnej do domu. Uśmiech Ann, jej słowa, rzęsisty deszcz, który nagle zaczął padać, po chwili przeradzając się w ulewę. Pamięta skrzyżowanie, pocałunek , a potem światła i huk. Otwiera oczy:
-Gdzie jest Ann?- pyta spoglądając na przyjaciela i jego żonę.- Gdzie jest moja żona?- ponawia pytanie. Na twarzach przyjaciół widzi zmieszanie. Zna ich dobrze, za dobrze. Dostrzega, że coś się dzieje. Gdy odpowiedź nie pada,  próbuje podnieść się  do pozycji siedzącej, ale  w momencie ruchu uderza w niego fala bólu, który, ma wrażenie, że rozsadza mu klatkę piersiową. Z jego ust wydostaje się głuchy jęk, na co reaguje jego przyjaciel. Marco kładzie mu dłonie na ramionach i uniemożliwia podniesienie się:
-Masz pęknięte dwa żebra.- tłumaczy.- Nie wykonuj gwałtownych ruchów.- prosi go wysilając się na spokojny, opanowany ton głosu, choć wewnątrz jest roztrzęsiony.
-Więc powiedz mi co z moją żoną?- ponawia pytanie.- Proszę Was.- patrzy na nich.
 Marco wyciąga telefon, daje mu do ręki. Chłopak spogląda na zdjęcie małego dziecka leżącego w inkubatorze. Podnosi wzrok na Natalie i Marco:
-Julie?- pyta, a głos mu drży.
-Tak. Jest zdrowa, śliczna , idealna.- odzywa się Natalie.- Nie mogłam się na nią napatrzeć.
Wpatruje się dłuższą chwilę w maleńką istotkę ukazaną na zdjęciu. Nawet się uśmiecha na ten widok. Jest tatą. Na samą myśl czuje dumę, bo przecież ona jest owocem miłości jego i jego żony, wyczekiwanym owocem ich miłości. Patrząc przypomina sobie, że przyjaciele nie powiedzieli nic na temat stanu jego żony.
-A Ann? Jak się czuje?- znów pyta.- Mówicie o mojej córce, a nie wypowiedzieliście jednego zdania na temat mojej drugiej połówki.- spogląda na nich.-Co się dzieje? Wiem, że coś jest nie tak, czuję to, widzę gdy na was patrzę. Powiedzcie mi, proszę.
Marco już ma coś powiedzieć, ale w pokoju nagle zjawiają się rodzice chłopaka. Widząc, że jest przytomny podchodzą do łóżka. Natalie i Marco wycofują się trochę do tyłu. Obserwują jak mama skrzydłowego monachijczyków delikatnie całuje syna w posiniaczony policzek, a ojciec łapie za rękę. Kiedy Liliana pyta syna jak się czuje, Jurgen spogląda na piłkarza BvB i jego żonę. Marco domyślając się,  odpowiada na nieme pytanie pana Gotze kręcąc przecząco głową.
-Marco pokazał mi Julie. Śliczna jest.- mówi wzruszony piłkarz.-Zostałem tatą, a Ann mamą. Wy natomiast dziadkami.- kwituje starając się uśmiechnąć, co jest trudne, bo ma opuchniętą twarz.
-Tak kochanie. Julie jest wspaniała.- Liliana stara się uśmiechać, kątem oka spogląda na męża z niepokojem wymalowanym na jej twarzy, a Mario wyłapuje to spojrzenie. Od razu nachodzą go złe przeczucia, bo przecież zna swoich rodziców bardzo dobrze. Znów pyta o żonę. Jego ojciec podchodzi do jego łóżka z drugiej strony. Siada na nim i łapie dłoń syna:
-Musisz o czymś wiedzieć synu.- zaczyna starając się brzmieć spokojnie, jednak  po ciele piłkarza mimowolnie przechodzą nieprzyjemne ciarki. Patrzy na tatę nie zdając sobie jeszcze sprawy jak tragiczną wiadomość ma mu do przekazania mężczyzna.- Odpowiem na każde Twoje pytanie, ale mam do ciebie prośbę.- mówi.- Mogę cię o coś prosić?- pyta.
-Tak, oczywiście.- pada odpowiedź.
-Proszę, byś zachował spokój. 
-Przerażasz mnie tato.- te słowa padają z ust piłkarza.
-Wiem, ale to ważne. Twoje ciało jest w bardzo złym stanie po wypadku i każdym gwałtownym ruchem możesz zrobić sobie wielką krzywdę.- tłumaczy cierpliwie Jurgen.
-Powiedz mi proszę...- mówi jego syn.-Gdzie jest moja Ann? Dlaczego prosisz mnie o zachowanie spokoju?
-Ann...- zaczyna ojciec chłopaka.- Ona... bardzo ucierpiała w tym wypadku.- mówi ostrożnie.
-Jak bardzo?
-Um...Ma poważny uraz głowy.- pada odpowiedź.- Kiedy ją przywieziono, praktycznie od razu trafiła na salę operacyjną. Musieli tak postąpić, by ratować jej życie, a także życie małej Julie...I udało się, Twoja córeczka nie ucierpiała, jest cała i zdrowa, choć wiadomo, jest wcześniakiem, ale lekarze zapewniają, iż wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- Cieszę się, nie mogę sobie nawet wyobrazić, byśmy mogli ją stracić.- szepce Mario, któremu trudno jest mówić głośniej, bo boli go gardło.- Tak na nią czekaliśmy...- dodaje.
-Wiem, że czekaliście...
-A ta operacja Ann?- patrzy na ojca.- Mówiłeś, że ma uraz głowy?
- Ann…-mężczyzna bierze głęboki oddech.-Jest nieprzytomna, zoperowali ją, jednak uraz okazał się dużo poważniejszy, niż pierwotnie założono.- lustruje wzrokiem twarz swojego syna, gotowy reagować gdyby coś złego się z nim działo.
-To znaczy?
-Jej stan jest...- nie daje rady wypowiedzieć tych słów, więc przerywa.-Ona... Jest  na OIOM-ie, niestety nie jest w stanie sama oddychać... Jest podłączona do respiratora.- wyjaśnia w końcu ojciec piłkarza starając się, by jego głos nie drżał i nie załamywał się, co jest niesłychanie trudne w obecnej sytuacji. Obserwuje syna, który po prostu patrzy na niego, jak gdyby nie do końca dotarł do niego sens przed momentem wypowiedzianych słów. W tej chwili jest to zrozumiałe, bowiem Mario jest pod wpływem silnych leków. Po kilkunastu, może kilkudziesięciu sekundach twarz szatyna się zmienia. Osoby będące z nim w pokoju wiedzą, że sens informacji przekazanej przez ojca, dotarł do chłopaka.
-  Czy ona już nigdy?-  zaczyna pytać, ale łamie mu się głos.- Ona z tego wyjdzie?- Pyta patrząc najpierw na swojego tatę, potem mamę, a następnie na Nat i Marco. Szuka potwierdzenia słów, że to tylko chwilowa sytuacja, choć podświadomie wie, że to niemożliwe. Chce usłyszeć, iż dla niektórych banalne słowa  „ Wszystko będzie dobrze” w tej sytuacji jednak padną. Te trzy słowa nie padają, choć on pragnie, aby wyszły z ust którejkolwiek osoby przebywającej z nim.- Czyli to aparatura sprawia, że nadal oddycha, że jej serce bije?- wyrzuca z siebie kolejne pytanie.- Powiedzcie coś.- prosi.- Ja nie rozumiem... To znaczy wiem czym jest respirator i …- przerywa na moment.- Tato powiedz mi, proszę, jeszcze raz…- wpatruje się w swojego ojca.- Proszę. Jestem skołowany, nie rozumiem… Jest pod respiratorem, ale jest szansa prawda? - pyta ciągle.- Błagam powiedz mi, iż istnieje jakakolwiek szansa, błagam powiedz to...- głos mu się łamie praktycznie pow wypowiedzeniu każdego wyrazu.
-Mario…
-Proszę…- jego oczy zaczynają nienaturalnie błyszczeć.- Powiedz mi…- prosi obserwując ich i ich miny, które zdecydowanie nie podobają mu się. Natalie przygryza nerwowo wargę, a Marco opiekuńczo ściska jej dłoń i niebezpiecznie błyszczą mu oczy. Za bardzo.
 -Zanim przyszliśmy zebrało się konsylium lekarzy.- mówi jego mama.  Stwierdzili…- nie jest w stanie mówić dalej, bo łamie jej się głos. Nie jest wcale odporna, nie potrafi przekazywać takich informacji, zresztą nikt chyba nie potrafi.
- Śmierć pnia mózgu.- kończy za żonę Jurgen .-To oznacza…- przerywa ponieważ jego syn podnosi do góry dłoń, więc milknie. Oczy szatyna w jednym momencie stają się jeszcze bardziej błyszczące.
-Wiem co to znaczy… - Te słowa są wypowiedziane bardzo cicho, szeptem.-Wiem...- powtarza. Chłopak nie wytrzymuje. Po jego twarzy, jedna za drugą, zaczynają spływać  łzy. Po kilkunastu sekundach szlocha głośno, nie potrafi tego powstrzymać. Dociera do niego prawda. Już wie. Rozumie. Właśnie powiedziano mu, że jego żona praktycznie jest martwa. Jeśli odłączą aparaturę ona odejdzie. Na zawsze. On zostanie sam. Bez niej. Jednak on się z tym nie zgadza. Nie może tak być, ponieważ nie potrafi bez niej żyć! Nie umie! Czuje jak mama i ojciec przytulają go. Oplatają go ramionami, chcą w ten sposób pocieszyć, jednak w tym momencie nawet to nie pomaga. Łka. Szlocha tak, iż dźwięk jego płaczu odbija się od ścian pokoju. Jego łkanie łączy się z cichszymi. W tym pokoju nie płacze tylko on. 
Mijają sekundy, minuty i nic się nie zmienia.  
W końcu jego umysł się buntuje. Próbuje wyprzeć to wszystko co zostało powiedziane. Próbuje wyrzucić to, co jest bolesne i piłkarz ma coś w rodzaju ataku paniki. Chce się podnieść, próbuje wyrwać kroplówkę, ma zamiar wstać i pójść do Ann, by udowodnić im wszystkim, że się mylą, bo jego żona tylko śpi. Jest pewien, że się obudzi, wszystko wróci do normy. Gdy się szarpie, chce wstać z łóżka, choć ból, jaki go przeszywa przy najmniejszym ruchu jest niewyobrażalny, Marco natychmiast łapie go za ręce, jego ojciec trzyma za ramiona i zmusza, by się położył:
-Spokojnie Mario. Spokojnie.- Marco stara się go uspokoić.- Spokojnie.- powtarza jak mantrę.
-Chcę ją zobaczyć. Zabierz mnie do niej. Zabierz.- szlocha zrozpaczony piłkarz.- To nie może być… nie może być… prawda.- łka głośno patrząc w zaczerwienione oczy swojego przyjaciela, który choć bardzo się stara nie potrafi zatrzymać bólu, który w tym momencie odczuwa.
-Spokojnie. Oddychaj spokojnie, proszę Mario.- powtarza uparcie Marco, nie może zrobić nic innego,nie jest w stanie zmienić biegu zdarzeń choćby nie wiadomo jak bardzo się starał. Nie jest cudotwórcą.
-Zabierz mnie do niej.- słyszy słowa przyjaciela.- Błagam cię Marco.- próbuje wytrzeć łzy dłonią, ale tylko bardziej je rozmazuje.- Proszę.- błaga.
-Obiecuję, tylko leż spokojnie. Postaraj się.- mówi. -Mario obiecuję, że jak spróbujesz trochę się  uspokoić to zawołam lekarza i zapytamy dobrze?- pyta.- Spokojnie.- powtarza.
-Obiecujesz, że mnie do niej zabierzesz?- pyta łkając, próbując złapać oddech, patrząc przyjacielowi w oczy.
-Tak, obiecuję.- mówi. Natalie zawołaj lekarza dobrze?- zwraca się do żony. Nadal trzyma ręce Mario, ale czuje, że ten się rozluźnił. Oddycha szybko, płacze, ale już nie próbuje się podnieść. Po 5 minutach zjawia się mężczyzna w białym fartuchu. Podchodzi do łóżka i widzi przerażonego, zapłakanego piłkarza:
-Już lepiej widzę.- mówi doktor.
-Tak.- przytakuje Reus.- Odrobinę.
-Chcę zobaczyć moją żonę.- z ust Mario wydobywa się prośba skierowana do lekarza.- Proszę mi pozwolić.- prosi i tak jak obiecał blondynowi, nie próbuje się podnosić.
-Powinien pan leżeć.- To pierwsze słowa, które wypowiada lekarz.- Ma pan pęknięte dwa żebra, jest pan mocno pokiereszowany- wylicza, ale do piłkarza nie docierają te słowa ponieważ ponawia prośbę.
-Proszę pozwolić mi zobaczyć moją żonę.- policzki ma mokre od łez, oczy czerwone, czerwony nos.- Błagam pana.
-Ale…- próbuje zaprotestować lekarz, chcąc kierować się dobrem pacjenta.
-Proszę zrozumieć.- interweniuje Reus, bo to przecież wyjątkowa sytuacja. Spogląda na ordynatora. Obydwaj wiedzą o co chodzi, wiedzą, że to wyjątkowa sytuacja, ale Marco nie decyduje się powiedzieć tego na głos. Nie chce, by Mario to słyszał, choć zapewne zdaje sobie z tego sprawę.
-Dobrze. Poproszę siostrę, by przyprowadziła wózek i zabrała pana do żony.- lekarz zgadza się.
-Ja przyprowadzę wózek. Proszę nie fatygować pielęgniarek.- słyszy lekarz z ust blondyna. Po chwili obydwaj z ordynatorem opuszczają pokój. Za drzwiami Marco słyszy pytanie skierowane przez lekarza:
-Może zlecę jakiś lek uspakajający?
-Porozmawiam z nim. Sam zdecyduje.-pada odpowiedź.
-Miał atak paniki?
-Tak, ale krótki. Po chwili się uspokoił. Chyba lepiej jak to wypłacze.- mówi skrzydłowy BvB- Co pan myśli?
-Tak, leki pomagają, ale to nie jest dobre rozwiązanie. Natomiast pan Gotze będzie musiał zadecydować co dalej. Wiem, że obydwoje zdeklarowali się, iż w razie jakiegoś wypadku chcą by ich organy wewnętrzne zostały przeszczepione. Jednak prawda jest taka, że potrzebujemy dodatkowej zgody na pobranie.- tłumaczy lekarz.
-Wiem, ale on potrzebuje czasu. Dopiero dowiedział się, że jego żona żyje dzięki aparaturze.- tłumaczy skrzydłowy BvB.
-Naturalnie. Wszystko trzeba przygotować.- przyznaje rację ordynator.
-Obiecuję, że porozmawiamy z nim.- zapewnia skrzydłowy BvB.
-Dobrze. Najpierw jednak pozwólmy mu się z nią godnie pożegnać. Zawiadomię personel, by w żaden sposób nie utrudniał wejścia na oddział. Pani Ann jest w jednoosobowym pokoju więc nie będzie problemu.- zapewnia.
-Dziękujemy za wszystko.
***
Mężczyzna i kobieta siedzą w gabinecie lekarskim. Słuchają uważnie co mówi do nich lekarz prowadzący ich córkę. W pewnym momencie po policzkach kobiety zaczynają jedna po drugiej spływać wielkie jak grochy łzy. Jej mąż łapie jej dłoń. Jemu też jest ciężko, też chce mu się płakać kiedy słyszy wypowiadane słowa przez lekarza, ale postanawia, że musi być silny. Dla żony i dla córki. Nie mogą się poddać.
-Czyli jedynym ratunkiem jest szybka operacja?- upewnia się
-Tak. Państwa córka jest coraz słabsza. Obecnie znajduje się na pierwszym miejscu na liście. Nic więcej nie możemy zrobić. Trzeba czekać.
-To czekanie jest najgorsze…
-Wiem.
***
Marco pcha wózek korytarzem. Piłkarz siedzący na nim już z daleka widzi olbrzymie szklane drzwi prowadzące na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej. Z jednej strony chce już znaleźć się przy swojej żonie, kobiecie, którą kocha całym sobą, a z drugiej w głowie dźwięczą mu słowa wypowiedziane przez jego ojca. Nie dopuszcza na razie myśli, że to co mówił, to prawda. Nie chce w to wierzyć, nie może. Przecież Bóg nie może mu jej odebrać. Po prostu nie może. Nie jest złym człowiekiem, więc dlaczego miałby odebrać mu najważniejszą osobę w jego życiu? Drzwi się otwierają automatycznie. Marco pcha go kolejnym korytarzem, aż w końcu zatrzymuje wózek przed kolejnymi szklanymi drzwiami. Te są mniejsze, ale również automatycznie się odsuwają. Już przez szybę widzi Ann. Kiedy przyjaciel ustawia wózek bardzo blisko łóżka Mario patrzy na żonę. Ma obandażowaną głowę, podłączona jest do wielu urządzeń. Od jej ciała ciągnie się mnóstwo kolorowych kabelków. Urządzenia pikają, albo wydają swoje charakterystyczne odgłosy:
-Zostawić cię z nią samego?- pyta Marco.
-Tak. Możesz?- pyta.
-Będę za drzwiami.- mówi.-Nie wykonuj gwałtownych ruchów, proszę. Nie chcę byś zrobił sobie krzywdę.- prosi go.  Mario kiwa potakująco głową. Blondyn opuszcza pokój. Staje za szklanymi drzwiami. Nie spuszcza z oczu przyjaciela ponieważ boi się o niego. Widzi jak piłkarz bierze dłoń żony i z czułością całuje, a potem przytula do swojej twarzy. Jest pewien, że płacze. Jemu też łzy napływają do oczu ponieważ wie, że dziewczyna leżąca za szklanymi drzwiami niedługo odejdzie. Właściwie już odeszła, ponieważ to urządzenia podtrzymują funkcje życiowe organizmu. Nie wyobraża sobie nawet bólu chłopaka siedzącego przy niej. Nie potrafi. Nie chce nawet myśleć co czułby, gdyby to jego Natalie coś się stało. Odpycha od siebie te myśli. Drzwi na oddział odsuwają się. Widzi jak jego żona zmierza w jego stronę. Jest ubrana w zielony fartuch, taki sam jaki ma na sobie on. Tu nie można wchodzić inaczej ubranym. Tu praktycznie w ogóle nie można przebywać, ale ta sytuacja jest wyjątkowa. Natalie staje obok niego, a on czuje jak jej ręka obejmuje go w pasie. Przytula ją do siebie:
-Gdzie rodzice Mario?- pyta jej.
- Jego mama nie była w stanie tu przyjść.- wyjaśnia malarka- Rozpłakała się jak go zabrałeś. Płakała tak bardzo, że Jurgen wyprowadził ją z oddziału, by mogła się uspokoić. - słyszy z ust brunetki. 
Patrzą na chłopaka siedzącego przy łóżku żony. Przytulonego do jej dłoni. Nie wchodzą. Dają mu czas. Niewiele go ma.
***
Po godzinie Marco wchodzi do pokoju.
-Mario musisz odpocząć. Obiecałem lekarzowi…- delikatnie sugeruje mu, że muszą już iść.
-Nic nie muszę. Chcę tu zostać. Ona mnie słyszy. Na pewno i wróci do mnie…- mówi drżącym głosem, prawie szeptem, gdyż jego gardło boli jeszcze bardziej, opuchnięte od płaczu.
-Mario…
-Powiedz, że do mnie wróci, że wróci do Julie. Powiedz proszę. Błagam cię. Powiedz, że zdarzy się cud. Przecież cuda się zdarzają.- podnosi wzrok na przyjaciela.
-Chciałbym bardzo, by tak było. Uwierz mi, że oddałbym wszystko. – blondynowi łamie się głos i łza spływa po jego policzku.- Musimy iść. Lekarz zgodził się, ale pod warunkiem, że potem odpoczniesz. Jesteś po wypadku, musisz uważać na siebie.- próbuje wytłumaczyć przyjacielowi .
-Po co mam wyzdrowieć? Po co? Wiesz jak bardzo chciałbym leżeć tu zamiast niej? Nie masz pojęcia jak o tym marzę. To ja powinienem być na jej miejscu.- te  słowa są tak bardzo szczere, że aż boli.
-Nie mów tak.- protestuje blondyn.- Nie mów tak, nie myśl...

-Tak właśnie myślę. Jeśli ona umrze, ja chcę umrzeć razem z nią. Nie będę potrafił bez niej żyć.- zaczyna szlochać, a potem powoli podnosi się. Marco staje za nim bojąc się, że przyjaciel się przewróci. Jest jeszcze bardzo słaby. Mario czując wielki ból w klatce piersiowej nachyla się i składa na jej ustach pocałunek. Całuje jej ciepłe wargi, a potem wybucha jeszcze większym płaczem. Na swoich ramionach czuje dłonie przyjaciela, który po chwili pomaga mu usiąść na wózku, okrywa mu nogi kocem i zabiera z pomieszczenia. Nie protestuje, nie ma na to siły. Po drodze skręca jeszcze w jeden korytarz. Mario , który zasłania twarz dłonią, nie zwraca uwagi na to, gdzie przyjaciel go zabiera. Dopiero kiedy wózek się zatrzymuje, on podnosi wzrok i widzi, że stoją przed wielką szybą. Za nią stoją inkubatory. W pewnym momencie pielęgniarka ustawia jeden z nich dokładnie przed nimi. W środku leży maleńka dziewczynka. Jest w czapeczce i pieluszce. Śpi słodko. Marco uśmiecha się patrząc na tę małą istotkę, jego żona też. A 23 latek siedzący na wózku pomimo tego, że cieszy się iż został tatą, nie potrafi tego okazać. Znów płacze. Płacze, bo Julie nigdy nie pozna swojej mamy, nie poczuje ciepła jej matczynych ramion, nie usłyszy zaśpiewanej przez nią kołysanki czy przeczytanej bajki. Nigdy też nie ubierze na stopy szpilek swojej rodzicielki, nie powie, by jej również pomalowała paznokcie. Nie powie jej, że jest piękna i ona także chce być tak piękna, więc również potrzebuje odrobiny szminki na jej małe usta. Bo przecież w na pewnym etapie tak robią małe dziewczynki. Jednak jego mała dziewczynka nigdy tego nie pozna, nigdy nie pozna swojej mamy.
***
Wiem, że prosiliście, by smutku było jak najmniej, ale nie da się tak. Przepraszam za to. 
Komentujcie, bo następny rozdział już czeka na publikację. To od Was zależy kiedy pojawi się następny wpis. 
Tradycyjnie- minimum 10 komentarzy- następny rozdział.